poniedziałek, 20 października 2014

20. "Świeże rany"

Witajcie, trybuci :3
Mam dla was kolejny rozdział! :D Wreszcie się doczekaliście ^^ Okropnie Was przepraszam, że tyle musicie czekać, ale teraz się postaram, żeby kolejny rozdział pojawił się o wiele szybciej. Przynajmniej spróbuję :3 A tymczasem zapraszam do czytania i komentowania <3 Niech los zawsze Wam sprzyja! <3
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


Śpię lekko, ale jak prawie każdej nocy nękają mnie przerażające koszmary. Widzę twarz Prim, przeplataną z krwawymi obrazami. Słyszę szumy poduszkowców, a potem krzyki. Tysiące dziecięcych twarzy błaga mnie o pomoc. Zmiechy. Błękitne oczy i znów krew.
Budzę się i sama jestem zdziwiona. Nie wrzeszczałam. Nawet cichy jęk nie wydobył się z mojego gardła. Może zdołałam się już przyzwyczaić do takich snów? Leżę cicho na wznak, a mała nieznośna łezka próbuje wydostać się z kącika mojego oka. Nie chcę zaczynać dnia od depresyjnego szlochu. Tym bardziej, że to pierwszy ranek w nowym roku. Przykładam zimne dłonie do twarzy, oddychając głęboko. Nie płacz, nie płacz, nie płacz. Chciałabym móc zapomnieć wszystkie swoje sny, albo w ogóle nie śnić, bo z tym co czyni moja wyobraźnia nie da się żyć.
Dopiero teraz dochodzi do mnie, że druga strona łóżka jest całkiem pusta. Opierając się na łokciach wycieram łzy i wstaję. Na dworze jest całkowita plucha. Niebo usłane czarnymi chmurami zwiastuje obiecujący dzień. Uwielbiam taką pogodę. Chyba nawet skuszę się na mały spacer po Łące.
Podchodzę bliżej do okna i uświadamiam sobie, że przed domem jest małe zamieszanie. Effie biega od drzwi Johanny do Haymitcha. Peeta rozmawia z byłym mentorem, Enobaria wybiega do nich w pidżamie, a Beetee gorączkowo do kogoś telefonuje. Mam wrażenie, że coś stało. Przez jakiś czas obserwuję ich w oknie i postanawiam zejść na dół. Szybko się przebieram, żeby Peeta nie miał znów do mnie zbędnych pretensji.
-Co się dzieje?- pytam prosto z mostu, gdy wychodzę z domu. Peeta i Haymitch natychmiast przerywają tą przejmującą konwersację.
-Dzień dobry, skarbie- zwraca się do mnie były mentor, a na jego twarzy pojawia się krzywy uśmiech. Nie jestem do końca pewna, czy aby doszedł do siebie po wczorajszym dniu. Zbliża się chwiejnym krokiem, a z jego buzi wydobywa się ohydny zapach alkoholu. No, jasne, że nie…
-Co się dzieje?- powtarzam pytanie już trochę zniecierpliwiona, opierając dłonie na biodrach.
-Annie pojechała do szpitala, zaczęło się- Peeta podchodzi do mnie mijając Haymitcha. To dlatego od samego rana było tu takie zamieszanie.
-Ale obiecałam jej, że pojadę z nią. Peeta, błagam muszę tam być. Chcę dotrzymać słowa- mówię, ciągnąc go w stronę domu.
-Nie ma mowy. Annie już na pewno jest w pociągu.
-W pociągu?- dziwię się, przystając przed gankiem. Przecież do Czwórki nie trzeba podróżować pociągiem. Jest wystarczająco blisko Dwunastki, że można pojechać samochodem.
-Annie chciała jechać do szpitala w Kapitolu. Sam byłem zdziwiony. Przecież szpital w Czwórce jest o wiele bliżej.
-Ale to nie zmienia faktu, że muszę tam być. Proszę, Peeta…
-Pojechała z nią Johanna i twoja mama. Na pewno dobrze się nią zajmą, więc nie musisz się niczym przejmować- wyjaśnia, głaszcząc mnie delikatnie po ramieniu.
-W gruncie rzeczy to może nawet lepiej, żebyście pojechali- wtrąca się Haymitch- Na jutro umówiłem was z Ceasarem na wywiad.
Co?! O, nie… Jak Haymitch może nas o tym powiadamiać dopiero teraz? Przecież nawet nie zdążę poukładać sobie w głowie odpowiedzi na prawdopodobne pytania. Jak on może być aż tak nieodpowiedzialny?!
-Słucham?! Haymitch, ty chyba sobie nie zdajesz sprawy w jakiej stawiasz nas sytuacji!- drę się na niego niemiłosiernie, nawet nie zważając na per „pan” przed jego imieniem.
-Och, daj spokój, Katniss. Całe Panem przecież nie może się doczekać, kiedy wyjawicie im waszą słodką tajemnicę- mówi, jak gdyby nigdy nic. Mam ochotę mu przyłożyć, ale w ostatniej chwili się powstrzymuję.
-No, oczywiście! My będziemy stresować się na scenie, a ty będziesz sobie wygodnie siedział na widowni! A do tego jak zwykle upity do nieprzytomności! Nie obchodzimy cię w najmniejszym calu! Nie interesują cię nasze uczucia i czy sobie z tym wszystkim poradzimy! A wiesz, co cię interesuje najbardziej?! Bimber! Tylko dla tego świństwa jesteś w stanie wszystko zrobić!- wybucham, odwracając się na pięcie i wracając do domu. Wystarczająco głośno trzaskam drzwiami, żeby Haymitch dosłyszał.
Przykładam dłonie do czoła, żeby się uspokoić. Może trochę mnie poniosło, ale wreszcie mu wszystko wygarnęłam. Wyjmuję różę z wazoniku na stole, przy okazji kalecząc sobie dłonie. Biorę wazon i ciskam nim w ścianę, gdzie rozpada się na milion kawałeczków. Siadam na kanapie, chowając twarz w dłoniach. Jednak pierwszy dzień tego roku nie obejdzie się bez łez. Po paru minutach zaczynam być na siebie zła. Naprawdę niepotrzebnie tak nawrzeszczałam na Haymitcha i zaczynam tego żałować. Nie powinnam się tak do niego odzywać, tym bardziej, że wszystko, co powiedziałam nie było zgodne z prawdą. Przecież nam pomógł i to wiele razy. W najbliższym czasie go przeproszę.
Ale pozostaje jeszcze kwestia wywiadu. Haymitch już raz go przekładał, a i tak nas nie ominie. Przecież całe Panem chce się dowiedzieć, co słychać u nieszczęśliwych kochanków z Dwunastego Dystryktu.
Po jakimś czasie Peeta wchodzi do domu i od razu siada obok mnie na kanapie.
-Przepraszam! Nie chciałam tak Haymitchowi wszystkiego wygarnąć… Poniosło mnie i za bardzo się przejęłam! Ja naprawdę przepraszam!- szlocham, ale Peeta tylko mnie przytula, pozwalając mi się wypłakać. Nie trwa to długo, a powodem może być brak powietrza, bo zaczynam się powoli dusić.
-Katniss, ja też nie jestem zadowolony z propozycji Haymitcha, ale decyzja należy do ciebie. Mogę się dostosować. Jeśli naprawdę tego nie chcesz porozmawiam Haymitchem- spokojnie zwraca się do mnie Peeta. Zawsze zaskakuje mnie jego opanowanie w takich sytuacjach.
Naprawdę przeholowałam z odnoszeniem się do byłego mentora… Mówiłam, co mi ślina na język przyniesie, chociaż „mówiłam” to nie właściwe określenie. Może, jak jutro wystąpimy w tym cholernym wywiadzie, to Haymitch naprawdę mi wybaczy? Ale z drugiej strony zdążę się przygotować? Ubrania, fryzura, makijaż… Przecież to zajmie cały dzień, a w Kapitolu możemy być najwcześniej jutro rano. W dodatku nie ma z nami Cinny…
-Okay. Możemy pojechać. I tak ten wywiad nas nie ominie, a nie warto go cały czas odkładać. Poza tym Ceasar na pewno się za nami stęsknił- mówię ironicznie, a Peeta cicho się śmieje.
-A przy okazji możemy też odwiedzić Annie… Cięłaś się?- Peeta z przerażeniem spogląda na moje dłonie. Z paru miejsc kapie krew.
-Nie, to tylko róża. Pokaleczyłam się, gdy wyjmowałam ją z wazonu- wskazuję głową na kawałki ceramiki.
-I kolejny wazon poszedł… Katniss, nie możesz wyładowywać złości na przykład na… poduszce?- pyta, sprzątając kawałki.
-Nie, nie mogę- odparowuję, rzucając w niego poduszką. Bingo, trafiam w głowę. Peeta tylko pobłażliwie na mnie spogląda- Nie chcę się przechwalać, ale cela to mam świetnego.
Po chwili mnie unosi i delikatnie przerzuca sobie na plecy.
-Hej, puszczaj mnie! Peeta!- protestuję, ale niezbyt entuzjastycznie. Zanosi mnie do sypialni i kładzie na łóżku.
-Wiesz, że skoro jutro mamy wywiad to powinniśmy się już pakować?- mówię, ale on zamyka mi usta pocałunkiem. Znów rozkoszuję się jego dotykiem. Jak zwykle nie potrafię mu odmówić. Nawet nie staram się protestować, choć wiem, że mamy mało czasu. Ciepłymi wargami powoli schodzi na szyję. Zamykam oczy, a świat wiruje mi pod powiekami. Delikatnie rozpina guziki mojej koszuli, a ja oplatam go nogami w pasie. Tysiące słów ciskają mi się na usta, żeby wyrazić, jak bardzo go kocham.
-Katniss, jak mogłaś zachować się tak niekulturalnie w stosunku…- do pokoju niespodziewanie wchodzi Effie, zastając nas w dość kłopotliwej sytuacji. Od razu od siebie odskakujemy, a ja pospiesznie zakrywam się koszulą. Effie przykłada dłonie do ust, stojąc w progu- Ja… ja… Przepraszam was, kochani… Nie powinnam tak wchodzić bez pukania. Przepraszam…- wyjąkuje i wychodzi z pokoju, zamykając drzwi.
Z Peetą tylko spoglądamy na siebie i od razu parskamy śmiechem.
-Widziałeś jej minę?- pytam, dopinając guziki koszuli.
-Lepsze było to, jak nas przepraszała- odpowiada, nadal się śmiejąc.
-Czy zawsze ktoś musi nam przeszkodzić? Najpierw Johanna, teraz ona… Ale pamiętaj, że jeszcze to dokończymy- wstaję, przelotnie całuję Peetę w usta i wychodzę z pokoju. Schodzę na dół do salonu, gdzie Effie stoi przy kominku, oglądając zdjęcia Prim.
-Jejku, Katniss naprawdę was przepraszam… Jestem zdenerwowana, bo dopiero teraz dowiedziałam się od Haymitcha o wywiadzie. Przecież nie zdążymy tego wszystkiego przygotować. Sukienka, włosy, makijaż…- Effie wylicza na palcach, a ja widzę, że jest naprawdę przerażona.
-Spokojnie, z wszystkim się wyrobimy. Peeta zaczął już się pakować. Uwierz mi, Effie zdążymy. Nie musisz się niczym przejmować. Po południu wyjedziemy i jutrzejszego ranka będziemy już w Kapitolu- ściskam pokrzepiająco jej dłonie.
-To może zadzwonię do Fulvii i Flaviusa. Przyszykują strój, zaplanują makijaż.
-Świetny pomysł, pójdzie o wiele szybciej- entuzjastycznie kiwam głową, pragnąc by Effie już poszła. Dobrze, że chociaż nie musiałam jej się tłumaczyć z zaistniałej sytuacji z Peetą. Naprawdę mi głupio i mam nadzieję, że nikomu tego nie powtórzy.
Effie na szesnastocentymetrowych szpilkach biegnie do domu Haymitcha zatelefonować do moich stylistów, a ja tymczasem uświadamiam sobie, że na pewno znów zdoła wepchnąć na moje stopy podobne buty. Zrezygnowana przewracam tylko oczami i wracam do sypialni, by pomóc Peecie się pakować.
Zakładam, że w Kapitolu spędzimy co najmniej parę dni. Wywiad, później jeszcze chciałabym odwiedzić Annie w szpitalu. Do jednej walizki układam ubrania, a do drugiej mniej przydatne rzeczy, takie jak na przykład perła, czy medalion od Peety. W gruncie rzeczy nawet nie wiem, dlaczego je biorę, ale po prostu czuję się pewniej. Są częścią mnie. Są częścią Peety. Są częścią naszej miłości.
Siedzę na łóżku, trzymając medalion w dłoni. Skromny, złoty wisiorek, który z pozoru niczym nie różni się od innych. A jednak… Pamiętam, jak w Trzynastce cały czas wisiał mi na szyi, pod ubiorem. Nie zapomniałam o nim, tak jak o Peecie. Torturowanym. Osaczanym. Cały czas jego cząstka była ze mną. Mój medalion. Ostatni prezent od Peety. Ostatni, zanim Snow go nie zniszczył. Zanim go nie zepsuł do ostateczności. Zanim nie zmienił go nie do poznania. Peeta mnie znienawidził. Pamiętam to uczucie, jakby towarzyszyło mi przez całe życie. Ja go kochałam, a on chciał mnie zabić i to najgorszym ze sposobów. Cały czas mam przed oczami jego wzrok. Pełen nienawiści, przepełnionej żalem. Domyślam się, co wtedy myślał… „zabić ją, zabić ją, zabić ją” . Tylko to mu chodziło po głowie. Ale nie mam do niego żalu. Wiem, że to nie był on. To był zmiech. Ale prawdziwy Peeta jest nadal w środku…
Otwieram medalion, a przed moimi oczyma ukazują się trzy zdjęcia: Gale’a, mamy i Prim. Tamtejszej nocy na plaży Peeta oznajmił, że mam dla kogo żyć i podarował mi ten wisiorek. Teraz już została tylko mama. Żyję tylko dla niej i dla Peety. Z trzech osób na zdjęciach została tylko jedna. Niewiarygodne, jak wiele może zmienić się w przeciągu roku. Nigdy nie myślałam, że mogę stracić tak wiele ważnych dla mnie osób w tak krótkim czasie. Nie otrząsnęłam się jeszcze z jednej śmierci, to już muszę pogodzić się z następną… Nie chciałabym już nikogo stracić. Nie chcę znów tak okropnie cierpieć. Nie chcę…
Ocieram medalion z kropelek łez i zawieszam go sobie na szyi, wkładając pod koszulę. Przecieram dłońmi twarz, by otrząsnąć się z zadumy. Czas wrócić do teraźniejszości. Niestety…
Moje myśli wędrują ku Annie. Uporała się już z Andy’m? A może już go tuli w swoich ramionach? W końcu za kilka miesięcy będę w takiej samej sytuacji, co ona. Tylko Annie ma o wiele gorzej. Andy będzie wychowywał się bez ojca. A ona będzie musiała mu go zastąpić. Współczuję jej z całego serca i postanawiam, że jeśli zdołam to chociaż trochę jej pomogę. W końcu Finnick zginął, by nas uratować. Byśmy mogli doprowadzić rewolucję do końca. Byśmy przywrócili ład i porządek w Panem. Przysłużył się milionom ludzi. I należy go zapamiętać jako uczynnego i lojalnego człowieka…
Nagle przychodzi mi do głowy pewien pomysł. Może by tak podarować Andy’emu jakąś zabawkę. Annie na pewno się ucieszy. Z drugiej strony nie zdążę nic uszyć przed wyjazdem i na pewno straciłam już zapęd do krawiectwa. Wtem staje mi przed oczyma pluszowy piesek Prim… Tak jak prawie każdą zabawkę uszyłam ją własnoręcznie. Siostra dostała tego psa na swoje piąte urodziny. Pamiętam jej szczery uśmiech… Naprawdę nie mam pojęcia, jak ja zdołałam przeżyć jej śmierć. Załamanie. Depresję…
Postanawiam podarować tego pluszowego pieska Andy’emu. Prim raczej nie będzie mi miała tego za złe. Schodzę na dół po klucze. Zamknęłam drzwi do jej pokoju, jak tylko wróciłam do Dwunastki z Kapitolu. Nie mogłam tam wchodzić. Nie chciałam… Za dużo wspomnień. Za dużo jej rzeczy. Za dużo Prim…
Staję przed drzwiami do jej pokoju, razem z Peetą. Wie, jak dla mnie to ważne, by teraz mieć kogoś u boku. Na pewno nie obejdzie się bez łez, więc chwyta mnie za rękę. Zbliżam klucz do zamka w drzwiach. Pierwszy raz otwieram je po powrocie z Kapitolu. Pierwszy raz po śmierci Prim…
Przekręcam zamek i wchodzę do pokoiku. Peeta zostaje za progiem. Pozwala samej oswoić mi się z tym bólem.
Staję pośrodku. Wszystko zostawiła. Wszystko. Pościel na łóżku niechlujnie położona. Jej maskotki na półkach starannie poukładane. Ubrania w szafie nietknięte. Przykładam dłonie do ust. Tylko jej brakuje. Mojej małej siostrzyczki…
Pierwsza, gorąca łza spływa cicho po policzku. Nie chcę ruszać tego, co zostawiła. Ona ostatni raz dotykała te wszystkie rzeczy. Jej grzebień jeszcze nawet z blond włosami. I właśnie teraz wybucham niekontrolowanym płaczem. Miotają mną wstrząsy, cała drżę. Wiem, że to nie jest dla mnie korzystne, a tym bardziej dla dziecka. Podchodzę do szafy i wtulam się w jej ubrania. Ostatni raz wdycham jej zapach. Ostatni raz… Nadal nie mogę sobie tego uświadomić, że już nie mam siostry. Jestem jedynaczką. Nie mogę znieść tego bólu. To dla mnie zdecydowanie za dużo do przezwyciężenia.
Nagle ogarnia mnie fala gniewu. Jestem wściekła. Zła. Na samą siebie. Po co doprowadziłam do tej cholernej rebelii?! Bo nie potrafiłam się podporządkować władzom?! Bo byłam tylko wyrzutkiem społeczeństwa?! Gdyby nie moja upartość i bunt tyle ludzi nie zginęłoby przeze mnie. Tak, zgadza się. Przeze mnie. Zabiłam własną siostrę. Rebelia to moja zasługa. Kosogłos zamiast chronić ludność wszystkich ich pozabijał…
Wpadam we wściekłość. Krzyczę na całe gardło, nawet nie wiem co takiego. Majaczę o Prim. O Panem. O Kosogłosach. Klęczę na dywanie, cała drżąc. Peeta do mnie podbiega. Próbuje mnie jakoś uspokoić. Przytula mnie, ale ja zamiast to przyjąć jeszcze bardziej się denerwuję. Zaczynam wrzeszczeć,  wyzywać go i na dodatek okładać pięściami.
-Odejdź ode mnie! Zostaw mnie w spokoju! Słyszysz?! Nie chcę twojego współczucia! I tak nic nie rozumiesz! Chcę umrzeć w spokoju! Tutaj! Zostaw mnie!- krzyczę nie zważając na słowa. Nie myślę, co wygaduję. Peeta pomimo tego mnie nie zostawia. Chwyta mnie za nadgarstki, tak że nie mogę mu się wyrwać. Opieram głowę o jego dłonie. Łzy okropnie parzą mnie pod powiekami. Spoglądam w jego niebieskie oczy. Widzę w nich przerażenie, troskę. Wiem, że jestem w stanie zamknąć się w sobie, tak jak mama po śmierci taty. Nie chcę tego zrobić. Peeta wtedy zostanie całkowicie sam. Nie mogę mu uczynić tego, co mama mi i Prim przed laty. Nie potrafię go zostawić…
Peeta unosi mnie, a ja nadal płaczę, kurczowo trzymając się jego szyi. Po chwili kładzie mnie na łóżku, przykrywając miękką kołdrą. Sam kuca obok łóżka, trzymając mnie za rękę. Co jakiś czas ociera łzy z moich policzków. Najważniejsze, że mam wsparcie, ale nie wybaczę sobie tego, jak nawrzeszczałam na Peetę. Do tego na nic nie zważając okładałam go pięściami. Powinien odwrócić się na pięcie i mnie tam zostawić. A jednak nie zrobił tego. Czy ja zawsze muszę niekontrolowanie wypowiadać słowa pod czyimś adresem, których nigdy nawet bym nie pomyślała?
Po jakimś czasie uspokajam się. Peeta głaszcze mnie po policzku. Wstaję i przytulam się do niego. Nie mogę już płakać.
-Przepraszam…- szepczę, a on mnie obejmuje.
-Nie masz za co, Katniss- kręci przecząco głową, całując mnie w czubek głowy. Dobrze wie, że już zawsze będę tak reagować na śmierć Prim. Nic nie może na to poradzić.
Przynosi z jej pokoju pluszowego pieska, którego chcę podarować Andy’emu i znów zamyka pokój na klucz. Może to i dobrze. W najbliższym czasie z pewnością moja noga tam nie postanie. Rany po śmierci Prim są jeszcze stanowczo za świeże… 


sobota, 27 września 2014

19. "Wymarzony prezent"



Witajcie, kochani ;D Wreszcie dodaję tak upragniony przez was rozdział, a także bardzo przepraszam, że tyle musieliście czekać, ale zaczęła się szkoła i nie mam prawie na nic czasu :c Więc rozdziały będę dodawała w miarę możliwości szybko :3 Akurat z tym rozdziałem wzmagałam się całe 3 tygodnie, więc jest dłuższy i mam nadzieję, że przypadnie wam do gustu ;* Liczę na wasze komentarze <3 Pozdrawiam i zapraszam do czytania :3
 
 ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Gwałtownie budzę się wcześnie rano i czuję, jak wczorajsza kolacja podchodzi mi do gardła. Odruchowo przytykam dłoń do ust, myśląc że jakimś sposobem pohamuję te dokuczliwe nudności. Leżę w tej nadziei jeszcze przez parę sekund zanim z rozmachem odrzucam kołdrę i biegnę do łazienki, kolejny raz wymiotując… jak zwykle. Od paru dni co ranek muszę budzić się, wyskakując z łóżka i kierunek- łazienka. Nie wiem, ile to jeszcze potrwa, ale już chciałabym mieć to za sobą…



-Znów to samo?- Peeta wchodzi do łazienki, gdy przemywam dłonią usta.



-Myślałam, że tym razem cię nie obudzę. Przepraszam- opieram się dłońmi o umywalkę, a on delikatnie głaszcze mnie po plecach.



-Dzielna jesteś, zobaczysz za parę dni ci przejdzie- cmoka lekko mój policzek, co jeszcze bardziej mnie irytuje.



-Ja po prostu mam już tego dość. Cały czas tylko rzygam, jak kot, bóle głowy, zawroty… Nie poradzę sobie. Mam dość tej cholernej ciąży!- krzyczę, ale Peeta mnie przytula, głaszcząc po włosach. W moich oczach pojawiają się łzy, a po chwili cicho szlocham w jego podkoszulek.



-I jeszcze wahania nastroju…- dokańcza, a ja lekko kiwam głową- Katniss, poradzimy sobie. Obiecuję ci. Jeszcze tylko parę dni i wszystko wróci do normy.



-Obiecujesz?- upewniam się, a on kiwa głową, patrząc mi w oczy, a ja lekko uśmiecham się przez łzy- Następnym razem postaram się cię nie obudzić.



-Katniss, przestań z tym budzeniem… ja nie jestem najważniejszy.



-Ja też nie…



-Owszem, dla mnie jesteś- szepcze i delikatnie muska moje usta- A tak na marginesie… wesołych świąt, kochanie.



Chwilę zajmuje mi przypomnienie sobie, co dzisiaj za dzień. No, tak-Wigilia. Dzień szczęścia i radości. Dzień, w którym każdy jest miły i życzliwy. Dzień rodzinny. Tak, właśnie-rodzinny, co oznaczało dla mnie kolejny stres… Na 17:00 wszyscy jesteśmy umówieni u Haymitcha. To tam będziemy świętować Boże Narodzenie i tam oznajmimy wszystkim naszą słodką tajemnicę. Po prostu nie mogę się doczekać… na samą myśl znów mnie mdli. W gruncie rzeczy naprawdę nie wiem, dlaczego tak się tym przejmuję. „Będzie dobrze”- zapewniam, ale samą siebie przecież nie okłamię…



-Wesołych świąt…- zarzucam mu ręce na szyję, przekrzywiając lekko głowę.



Po paru pocałunkach idziemy się jeszcze chociaż troszkę zdrzemnąć. Jest dopiero około 5:00 nad ranem. Naprawdę mam sobie za złe, że ciągle muszę budzić Peetę i to jeszcze tak wcześnie. Obiecuję sobie, że następnym razem go nie obudzę. A na pewno będzie ten „następny raz”…



Zaraz po położeniu się z powrotem do łóżka znów mam mdłości. Próbuję troszkę odczekać, aż Peeta zaśnie. Wpatruję się w zegarek, stojący na nocnej szafce, głęboko oddychając. Po paru minutach wyślizguję się ostrożnie z łóżka, biegnąc do łazienki i kolejny raz zwracając chyba cały wczorajszy posiłek.



Prostuję się, głęboko oddychając, ale wtem czuję silne ukłucie w brzuchu. Momentalnie zginam się w pół robiąc obolałą minę. Później kolejne ukłucie i kolejne. Chcę wołać Peetę, ale przecież obiecałam sobie i jemu, że już więcej go nie obudzę. I dotrzymam tego słowa.



Nagle czuję, jakby głowa miała mi pęknąć na milion kawałeczków, a łazienka zaczyna wirować mi przed oczami. Chwytam się ściany, zaciskając powieki i czekając, aż zawroty miną. Wtem znów ukłucie w brzuchu, dzięki któremu zsuwam się na podłogę. Bardzo szybko oddycham, zupełnie tak, jakbym za chwilkę miała się dusić… Naprawdę nie mam pojęcia, co mi jest… Może powinnam zawołać Peetę? Może to coś poważnego? Nie chodzi mi o głowę, ale te ukłucia wydają mi się podejrzane.



Po paru minutach, gdy zawroty troszkę mijają próbuję się podnieść z zimnych kafelek i wrócić do łóżka. Może tam mi przejdzie. Ból głowy nadal nie minął, wręcz jeszcze bardziej się nasilił, ale pomimo tego ostrożnie wstaję, przy czym towarzyszą mi jęki bólu. Znów czuję ostre ukłucia, nawet boleśniejsze niż wcześniej. Zginam się wpół i tym razem nie udaje mi się powstrzymać krzyku. Krzyczę, ale nie o pomoc. Krzyczę z bólu…



Nagle coraz bardziej zaczyna mi się kręcić w głowie i czuję, jak tracę równowagę. Robię jeden krok do tyłu, próbując złapać się umywalki, czy ściany, ale już się przewracam… O dziwo, nie czuję uderzenia w twarde kafelki, ani nic mnie nie boli, no może oprócz brzucha. Odwracam głowę i widzę zaniepokojoną twarz Peety. Z ledwością zdołam na niego patrzeć, ale w jego niebieskich oczach zauważam znów tą samą iskierkę, którą widziałam zaraz po wypadku, kiedy mnie ratował. Próbuję nie zamykać oczu, by jeszcze bardziej go nie niepokoić, ale to na nic. Czuję tylko, jak Peeta bierze mnie na ręce, a po chwili kładzie na miękkim łóżku. Sufit jeździ, to w prawo, to w lewo, a ja czuję coraz to boleśniejsze ukłucia. Znów krzyczę, przewracając się na lewy bok i kuląc z bólu. Próbuję w miarę regularnie oddychać. Lekko odwracam się w kierunku Peety, ale jego tutaj nie ma. Nie ma go przy mnie. Chcę się podnieść, wołać go, ale znów kolejne boleśniejsze ukłucie przebija mi brzuch. Zamykam oczy, zaciskając zęby. Boże, kiedy mi to przejdzie?! Ale teraz nie martwię się o siebie. Bardziej o dziecko… Co te bóle mogą oznaczać? Może powinnam jechać do szpitala?



Moje rozmyślania przerywa wchodzący pospiesznie do pokoju Peeta, który w ręce trzyma szklankę wody.



-Połknij, to ci pomoże- mówi tylko, podając mi tabletkę i wodę.



-Ale ja nie powinnam w takim stanie…



-Katniss, nic ci się nie będzie. Zaufaj mi…- kładzie dłoń na mojej, spoglądając mi w oczy. Oczywiście, że mu ufam. Czuję, że kolejne ukłucie nadchodzi i w mgnieniu oka połykam tabletkę, popijając wodą.



-Dziękuję- szepczę, a Peeta kuca obok łóżka, cały czas trzymając mnie za rękę i głaszcząc po włosach. Kładę głowę na poduszkę i już po paru minutach zawroty ustają. Jeszcze czuję parę ukłuć, ale nie tak bolesnych, jak poprzednie.



-A teraz wytłumacz mi, co to było, mała?- pyta, całując moje koniuszki palców.



-Sama nie wiem. Po prostu nie chciałam cię budzić. A samo tak wyszło, że zaczęło kręcić mi się w głowie…



-Gdybym wtedy nie usłyszał twoich jęków, to nawet nie chcę myśleć, co by się z tobą stało, Katniss… Obiecaj mi, że jak się będzie coś dziać, to bezwarunkowo mnie wołasz, okay?



-Okay…



-Obiecujesz. Prawda czy fałsz?



-Prawda- szepczę, lekko się uśmiechając. Peeta mnie przytula, całując w czoło.



-Może pojedziemy do szpitala? Upewnimy się, że wszystko jest z wami w porządku…



-Peeta, wszystko jest już okay. Nie przejmuj się…- cmokam go w usta i uśmiecham się na tyle, żeby mi uwierzył.



Sama nie wiem, czy dobrze robię, nie mówiąc mu o tych bólach brzucha. Może lepiej byłoby pojechać do szpitala… Ale z drugiej strony dzisiaj Wigilia i chyba bym sobie tego nie wybaczyła, gdybym zepsuła wszystkim Święta… Mam nadzieję, że to się już więcej nie powtórzy…



Jeszcze pół godziny leżę w łóżku, ale tylko dlatego, że Peeta mi kazał. W gruncie rzeczy sama bym tak postąpiła, lecz chcę jeszcze pomóc Peecie przy pieczeniu pierników. Podjął się tego zadania, bo umówiliśmy się, że każdy gość przyniesie jakiś przysmak. Chciałabym mu tylko pomóc, bo chyba wszyscy wiedzą jaka ze mnie „wspaniała” kucharka…



Powoli wstaję z łóżka, chwytając się nocnej szafki. Jeszcze troszkę pokój wiruje mi przed oczami, ale po chwili całkiem ustaje. Ostrożnie kieruję się do kuchni, gdzie zastaję Peetę w fartuchu, upacianego mąką.



-I jak tam, kucharzu? Zdążyłeś już coś upichcić?- pytam, strzepując biały pył z policzka Peety.



-Miałaś jeszcze leżeć…- wzdycha tylko, patrząc mi w oczy.



-Ale chciałam ci choć troszkę pomóc- z początku nie jest zbytnio przekonany, ale po chwili ustępuje i mam mieszać kilogram mąki z sodą. Nie musi być to trudne…



Tak nam mija połowa dnia. Upiekliśmy masę pierników, które z pewnością będą wszystkim smakować. W końcu piekł je Peeta, a ja tylko coś tam mieszałam, albo dodawałam przyprawy. Z drugiej strony nie chciałabym zepsuć tych ciastek, ale cieszę się, że chociaż troszkę pomogłam.



Przebieram się w długą, granatową suknię, którą zawsze zakładałam w Wigilię… jeszcze kiedy żyła Prim… To pierwsze Święta bez mojej siostry, więc są dla mnie okropnie bolesne. Wszystko w mgnieniu oka się zmieniło przez te ostatnie dwa lata. Prim wylosowana, ja na Igrzyskach, Peeta, przeżyliśmy, Turnee, Ćwierćwiecze Poskromienia, Rebelia, Kosogłos, tyle osób przeze mnie zginęło… Tyle osób teraz cierpi, tak samo, jak ja, że nie może tych Świąt spędzić z bliskimi, których już nie ma…



Próbuję odgonić od siebie te myśli, ale jakoś nie udaje mi się. Wycieram dłonią policzki i robią delikatny makijaż. Włosy rozplatam z warkocza, dzięki czemu falami opadają mi na ramiona. Na koniec tradycyjnie wpinam broszkę z Kosogłosem.



-Wyglądasz cudnie, Igrająca z ogniem- mówi Peeta, gdy wychodzę z łazienki. Podchodzi do mnie i namiętnie całuje moje usta. Chociaż w taki sposób może mnie odstresować przed Wigilią…



Peeta wykłada pierniki na tacę. Wypiekliśmy je w kształcie różnorodnych  choinek, dzwonków, gwiazdek z lukrem i posypką. Muszą, po prostu muszą być pyszne.



-Hej, mała…- mówi Peeta, gdy porywam jedną z choinek i pochłaniam ją w całości. Miałam rację, są wyśmienite. Smak korzenny z truskawkowym lukrem- Przynajmniej apetyt ci dopisuje- dodaje, po czym uśmiecha się, dalej wykładając pierniki.



Pół godziny przed 17:00 jesteśmy już gotowi do wyjścia. Siedzę na łóżku i bawię się sznurkiem, zawiązując go w supeł i ponownie rozwiązując. Cały czas myślę tylko o Prim, Finnicku i innych, bez których pierwszy raz spędzę Święta. Pewnie Annie musi czuć to samo co ja. Straciłam siostrę, ona miłość swojego życia, ale pomimo tego jest silna… a przynajmniej silniejsza ode mnie. Ja nadal nie mogę pogodzić się z odejściem Prim. Pamiętam, jak przygotowywałam ją na takie okazje, jak Wigilia. Byłam jej osobistą stylistką. Czesałam jej blond kosmyki, które zawsze niesfornie się splątywały. Wybierałam sukienkę, buty. A teraz? Nic. Po prostu muszę się przyzwyczaić do tego, że nigdy nie dotknę jej puszystych włosów, nie złożę życzeń Bożonarodzeniowych, nie zrobię dla niej prezentów, z których tak bardzo zawsze się cieszyła. Najbardziej w pamięci zapadł mi własnoręcznie wyszywany miś. Pamiętam, jak męczyłam się przy szyciu tej maskotki, chyba z tydzień, ale efekt końcowy nie był najgorszy. Przynajmniej dla Prim była to najukochańsza zabawka…



Teraz mogłabym wyszyć dla niej z tysiąc takich maskotek, byle jeszcze jedną Wigilię spędzić właśnie z nią. Mam nadzieję, że chociaż będę czuła jej obecność…



Chowam sznurek do szufladki, wycierając rękawem sukienki policzki. Obiecałam sobie, że nie będę płakać, gdy jestem już przyszykowana, ale oczywiście nie potrafię dotrzymać danego słowa.



-Gotowa, kochanie?- Peeta pojawia się w progu pokoju, uśmiechnięty, ale gdy tylko na mnie spogląda uśmiech od razu znika mu z twarzy. Podchodzi bliżej i siada obok mnie na łóżku, wycierając resztki łez z mojego policzka.



-Po prostu to moje pierwsze Święta bez Prim… Naprawdę nie wiem, jak przetrwam tą Wigilię bez niej- znów zalewam się łzami, ale tym razem Peeta jest obok. Wtulam się w niego bezgranicznie, nadal płacząc niczym mała dziewczynka.



-Wiem, co czujesz, Katniss… To też moje pierwsze Boże Narodzenie bez mamy, taty… bez braci- mówi, głaszcząc mnie po włosach.



No, tak… przecież Peeta też stracił rodzinę. Zupełnie o tym zapomniałam…



-Peeta… jak wy obchodziliście Wigilię?- pytam, spoglądając mu w oczy i wycierając łzy z policzków. On tylko przygryza wargę, spuszczając wzrok.



-Rano pomagałem tacie w piekarni. W Boże Narodzenie ludzie najchętniej kupowali chleb, więc zazwyczaj do późnego popołudnia nic innego nie robiłem. Później bracia nakrywali do stołu i po prostu zaczynaliśmy Wigilię. Potrawy nie były zbyt obfite, ale większe niż w normalny dzień. Nie dostawaliśmy żadnych prezentów, bo mama uznawała, że Święta, spędzone w gronie najbliższych to najcudowniejszy prezent, jaki kiedykolwiek można było sobie wymarzyć. Oczywiście się z nią zgadzałem, bo jaka materialna rzecz zastąpi rodzinę?- na koniec spogląda tymi swoimi niebieskimi oczami na mnie. Nie wiem, co powiedzieć. Mam tylko łzy w oczach, więc bez wahania znów się w niego wtulam. On otacza mnie ramieniem, głaszcząc po ręku.



Nie wiedziałam, że Peeta zawsze tak spędzał każdą Wigilię. Bez ubierania choinki, bez prezentów, bez dzielenia się opłatkiem. Od rana tylko pracował z ojcem w piekarni. Myślałam, że jego życie było idealne. Nie musiał martwić się o  ubrania, jedzenie, rodzinę, życie… A tymczasem źle go oceniłam.



Więc w te Święta jedziemy na tym samym wózku. Ja spędzę je bez mojej siostry, a on bez rodziców i braci… Dla niego to też na pewno musi być ciężkie, ale tego po prostu nie okazuje. Chce być silny. Musi być silny, bo jest teraz głową naszej rodziny. Ja powinnam być taka sama, ale nie potrafię…



Moje ciepłe łzy spadają na dłoń Peety. Wydaje się być niewzruszony, tylko wpatruje się w kąt pokoju, nadal mnie obejmując. Wiem, że myśli o mnie. Myśli o nas. O tym, co się zdarzyło. Co musieliśmy przeżyć. Z czym się zmierzyliśmy.  Słyszę mój przyspieszony oddech, przez który przebija się stłumiony szloch. Nie chcę płakać. Nie teraz. Zaciskam powieki, by powstrzymać się przed kolejnym wylewem łez. No, dalej, Katniss… przestań. Za chwilkę u Haymitcha rozpocznie się Wigilia, a ty będziesz cała zapłakana…



-Kocham cię- głos Peety na dobre zatrzymuje moje łzy. Podnoszę głowę, a nasze spojrzenia spotykają się. Czuję, się dokładnie tak, jak podczas Dożynek, kiedy pierwszy raz spojrzałam mu w oczy. Lodowaty dreszcz przeszywa moje ciało, więc zbliżam swoje wargi do jego. Fala zimna, zalewająca moje ciało zmienia się w falę gorącą. Wsuwam dłoń w jego blond włosy, a on delikatnie przesuwa palcami po moich plecach. Rozkosz, która teraz mnie ogarnia rozprasza wszelkie inne myśli. On jest moim lekarstwem na wszystkie zmartwienia i problemy. Moją witaminą, która mnie wzmacnia…



Znów spoglądam w jego niebieskie oczy. Zdobywam się na lekki uśmiech, choć wcale go nie chciałam. Muszę tylko zapewnić, że już wszystko w porządku. Uspokoiłam i już wszystko będzie dobrze…



Chciałabym zatrzymać czas, kiedy patrzę na niego… Zatrzymać świat, który chce nam tą chwilę skraść… Niech wszystko stanie w miejscu… Błagam…



-Dziękuję- szepczę Peecie na ucho. 



-Ale za co?



-Za pokazanie mi, że miłość naprawdę istnieje…- jeszcze raz muskam jego usta, wstaję przesuwając palcami po jego dłoni i kierując się w stronę łazienki. Czuję na sobie jeszcze na sobie jego spojrzenie, a ciepły dreszcz znów przebiega mi po plecach.



Wchodzę do łazienki i opieram się plecami o zamknięte drzwi. Przygryzam wargę, bo wiem, że muszę się przygotować na spotkanie z najgorszym. Mam na myśli oczywiście oznajmienie wszystkim naszą słodką tajemnicę. Na samą myśl skręca mnie w żołądku. Jedynym pocieszeniem jest to, że Peeta będzie zaraz obok mnie. On jest dla mnie wsparciem w tych najgorszych chwilach i zawsze będzie.



Poprawiam rozmazany makijaż i już jestem gotowa do wyjścia. Nakładam buty i jeszcze raz przeglądam się lustrze, czy aby wszystko poprawiłam.



-To co? Przygotowana?- Peeta wchodzi do przedpokoju z tacą pełną pierników.



-Nie do końca…- wzdycham, wbijając wzrok w podłogę.



-Będzie dobrze. Obiecuję ci, Katniss…- zapewnia mnie Peeta z pokrzepiającym uśmiechem na ustach. Ufam mu i wierzę, że tak będzie.



Po chwili jesteśmy już u drzwi Haymitcha. Śnieg cicho pruszy, jak to w Wigilię. Wiatr szczypie mnie w policzki, a z ust wydobywa się para, która natychmiast znika. Na szybach zawitały różnorodne gwiazdki, natomiast z dachu zwisają długie sople lodu. Magiczne. Tylko szkoda, że nie możemy być w tym dniu w komplecie…



-No, wreszcie jesteście- Haymitch wita nas, uśmiechając się od ucha do ucha. Ubrany jest w niebieski garnitur i chyba użył wody kolońskiej. Jeny, Effie całkowicie go zmieniła.



Wchodzimy do domu i od razu czuć różnorodne smaczne zapachy. Pomimo stresu na mojej twarzy gości uśmiech. Choinka ubrana jest na samym środku salonu, a kominek przystrojony jest światełkami. Nie wiedziałam, że Haymitch potrafi tak upiększyć dom…



Przed moimi oczyma ukazuje się Effie, która ubrana jest w ciemnozieloną sukienkę. Nie ma już bujnej fryzury, ani krzykliwego makijażu, lecz ze szpilek wciąż nie może się wyleczyć.



-Oh, moi kochani zwycięzcy- Effie podchodzi, przytulając mnie na powitanie- Tak się cieszę, że was widzę, kochani.



-Stęskniłam się, Effie- wzdycham, a ona robi zatroskaną minę, jeszcze raz mnie przytulając- Przy okazji, zrobiłaś Haymitchowi pranie mózgu? Od kiedy jest tutaj tak czysto i przyjemnie? I, Effie on użył wody kolońskiej… Coś ty mu zrobiła?



-Nie chciałam mieszkać sama w tamtym wielkim domu, więc przeniosłam się do niego. Teraz jest pod moją kontrolą i żaden kurz nie umknie moim oczom- wyjaśnia Effie, a ja zaczynam martwić się o Haymitcha, czy wyjdzie z tego żywy. Przecież ona ma totalnego bzika na punkcie czystości i ubioru, więc już współczuję Haymitchowi.



Później witam się z każdym po kolei i siadamy do stołu. Przyrządzonych jest dokładnie dwanaście potraw, zgodnie z tradycją, a każda wygląda po prostu pysznie. Chcę posmakować każdej, chociaż nie wiem, czy dam radę. Panuje tu iście rodzinna atmosfera, ale bardzo brakuje mi Prim…



Zajadam się kapustą z ziemniakami, przyrządzoną przez mamę, kiedy nadchodzi czas, przez który stresowałam się cały dzisiejszy dzień. Peeta daje mi znaki, żebyśmy wstali. Tak też czynię. Szybko połykam jedzenie i wstajemy. Serce bije mi, jak oszalałe. Ręce mam całe zimne i czuję się, jakbym miała iść na Dożynki… Zaczynam drżeć, a ciarki szaleńczo biegają mi po plecach.



Peeta bierze do ręki kieliszek z łyżeczką i stuka, by zwrócić wszystkich uwagę. Momentalnie przerywają dotychczasowe czynności i zwracają się ku nam. Czuję na sobie wzrok wszystkich i nie mogę wydusić z siebie ani słowa.



-Ja i Katniss chcielibyśmy coś ogłosić- zaczyna Peeta i spogląda na mnie, dając mi do zrozumienia, że to ja powinnam dalej mówić. Biorę głęboki oddech i chwytam go za rękę. Czuję od niego ciepło, które dodaje mi otuchy. Będzie dobrze... Będzie dobrze…



-Peeta i ja… My…- spoglądam na niego, a on staje za mną, obejmując mnie w pasie. Wie, co zrobić, abym poczuła się pewniej. Znów biorę głęboki oddech- Spodziewamy się dziecka…



Napięcie uchodzi ze mnie natychmiastowo. Zaraz po wypowiedzeniu tych słów następuje krótka, niezręczna cisza, ale według mnie trwa ona całą wieczność. Nadal jestem zimna i cała drżę, ale przynajmniej mam to już za sobą.



-No, gratulacje, ciemna maso- odzywa się jako pierwsza Johanna. Wstaje, klaszcząc i kręcąc głową. Od razu śmieję się, spuszczając głowę. Po chwili wszyscy wstają, klaszcząc i szczerze się uśmiechając. Łzy napływają mi do oczu, ale to nie są te łzy, którymi zwykle płaczę. To łzy radości.



Spoglądam na mamę, która ociera dłonią policzki, a ja po chwili robię to samo. Nagle Peeta staje naprzeciw mnie i namiętnie całuje moje usta. To nagroda, jaką mnie obdarowuje, po tym jak musiałam się stresować. Słyszę naokoło jeszcze głośniejsze klaskanie i wiwaty, dzięki którym wiem, że nie potrzebnie się tak bałam. W końcu to moja rodzina…



Następnie każdy z osobna gratuluje mi i Peecie, a ja jestem już po prostu wykończona tym całym dniem. Jedyne, czego w tej chwili chcę, to położyć się w ciepłym łóżku, przytulona do Peety.



Spoglądam na zegarek. Dochodzi północ. Siedzę przy stole, a oczy same mi się zamykają. Od czasu do czasu słyszę bełkot upitego Haymitcha i kolejne wlewane wino do kieliszka. Śpiewaliśmy już kolędy, więc chcę poprosić Peetę, żebyśmy wrócili już do domu, ale on rozmawia o czymś z Johanną. Znudzona podchodzę do okna i siadam przy parapecie. Wpatruję się w pełnię Księżyca i gwiazdy, które tak magicznie błyszczą w tą świąteczną noc.



-Wesołych świąt, Prim- szepczę i samotna łza spływa mi po policzku. Od razu czuję zimny powiew wiatru, więc odwracam się w kierunku drzwi wejściowych, które z niewiadomej przyczyny same się otworzyły. Haymitch idzie je zamknąć, po drodze także się zataczając. Wzdycham, znów wpatrując się w niebo.



Po chwili czuję na ramieniu czyjąś dłoń. Odwracam się, a przed moimi oczyma ukazuje się Peeta. Uśmiecham się i od razu wstaję. Wreszcie wracamy do domu.



-Wesołych świąt, kochanie- szepcze Peeta, podając mi pięknie opakowany prezent.



-Peeta, przecież umówiliśmy się, że nie będziemy robić sobie prezentów…



-Ale to tylko drobiazg- wyjaśnia i puszcza mi oko. Szybko odpakowuję podarunek i otwieram pudełko, w którym lśni śliczna ramka w kształcie serca, a w środku znajduje się nasze zdjęcie ze ślubu.



-Boże, Peeta… jest piękna. Dziękuję- patrzę mu w oczy, uśmiechając się. Nie wiedziałam, że ocalało chociaż jedno zdjęcie ze ślubu.



Peeta spogląda w górę, na sufit, na którym znajduje jemioła dokładnie nad nami.



-Wesołych świąt- szepczę, a mój wzrok wędruje w dół do jego ust.



-Wesołych świąt, kochanie- odpowiada, szczerze się uśmiechając.



Cicho chrząka, a po chwili tym razem ja złączam nasze usta w pocałunku. Znów świat się zatrzymuje. W tym momencie istniejemy tylko i wyłącznie my. Zegar właśnie wybija północ, a ja wiem, że najlepszym prezentem gwiazdkowym nie była ramka, chociaż też jest wyjątkowa. Moim wymarzonym prezentem świątecznym jest Peeta… i mam nadzieję, że zostanie na zawsze…