czwartek, 21 stycznia 2016

44. "Mój dotyk palił go niewygaszalnym ogniem"

Hey, hey!
Tak, jeszcze żyję i przybywam z pierwszym rozdziałem w tym roku. Przepraszam za wielki poślizg, ale jeszcze komputer mam zepsuty, więc pisałam go znów na telefonie. Wiem, że notka taka nijaka, praktycznie nic się nie dzieje, ale chciałam dać im trochę tego złudnego szczęścia i zapowiadam, że od następnego rozdziału już wszystko się zmieni :3
Dziękuję za te wszystkie komentarze pod ostatnim rozdziałem, które tradycyjnie niewyobrażalnie mnie motywują oraz za te wszystkie wyświetlenia, których z dnia na dzień jest coraz więcej ♥
A ten rozdział dedykuję Alexis Odair ♡
Zapraszam do czytania i wyrażania swojej opinii w komentarzach!
Do następnej notki, która być może pojawi się już w przyszłym tygodniu!
PS Na końcu może pojawić się scena erotyczna, więc jeśli ktoś nie chce jej czytać, może po prostu ją pominąć.
K. G.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
 Wcale nie byłam zdziwiona, kiedy na dźwięk jego głosu łzy jeszcze obficiej zaczęły spływać po moich policzkach, ale tym razem nie ze strachu o jego życie. To były łzy ulgi i wiary w to, że jeszcze nie wszystko stracone.
Nadal leżał w tym samym miejscu, wciąż osłabiony, ale żywy. Nawet nie zważając na ratowników, którzy jeszcze pomagali Peecie dojść do siebie, podbiegłam do niego i najdelikatniej, jak tylko potrafię wtuliłam się w jego szyję. Przez chwilę cicho łkałam, karcąc w duchu samą siebie za moment słabości, który z drugiej strony w zupełności mi się należał. Czułam jego równomierny oddech w swoich włosach, za który jestem wdzięczna po dziś dzień.
 Kiedy poczułam dłoń na swoim ramieniu, chcącą nas rozdzielić, szybko podniosłam głowę, by wzrokiem odnaleźć te same błękitne oczy, które ani trochę nie straciły na kolorze. Zauważyłam pokrzepiający, ale lekki uśmiech na jego umęczonej twarzy i wtedy usłyszałam szept, który był skierowany tylko do mnie:
-Nie zostawię cię. Obiecuję.
 Zacisnęłam zęby na wardze i niezauważalnie pokiwałam głową, zdobywając się na delikatny uśmiech. Z ledwością powstrzymałam łzy, które za wszelką cenę chciały wydostać się na moje policzki.
 Ta z pozoru nic nie znacząca obietnica napawała mnie jeszcze większą nadzieją w to, że w końcu może być lepiej. Chociaż nie powinnam się jej poddawać, gdyż później może okazać się zgubna.
 Peeta jeszcze raz ścisnął moją dłoń, po czym wstałam, by zamienić kilka zdań z doktorem Aureliusem o jego stanie zdrowia. Mężczyzna wyjaśnił mi, że jad gończych os, którym torturowali Peetę w Kapitolu wciąż płynie w krwioobiegu chłopaka. Nie ma na to konkretnego lekarstwa, które od razu zadziałałoby w stu procentach. Jedynym wyjściem zminimalizowania jego ataków są tabletki, pomagające utrzymać kontakt z rzeczywistością. Sama nie do końca pojmuję, jak działają, ale piszę się na wszystko, co miałoby choć w najmniejszym stopniu pomóc Peecie.
 Doktor Aurelius dał mi także trzy strzykawki z przeźroczystym płynem w środku, ostrzegając, żebym użyła ich tylko w razie konieczności w krytycznych przypadkach. Domyślam się o jakie "krytyczne przypadki" mu chodziło. Kiedy nic nie stanie Peecie na przeszkodzie, by skręcić mi kark. A ja tylko mam cichą nadzieję, że nigdy nie będę miała powodu, by wbić igłę od strzykawki w jego ciało.
Zupełną ostatecznością jest terapia oraz leczenie przeprowadzane w Kapitolu, ale Peeta z miejsca się nie zgodził, co mnie wcale nie zdziwiło. Badania organizowane byłyby raz na miesiąc i trwałyby około tygodnia. Mój mąż musiałby tam nocować, ale nie to najbardziej zniechęca go do podjęcia leczenia. Problemem jestem, jak zwykle ja. Jeszcze teraz mogłabym jeździć razem nim, chociaż i tak narażałoby mnie to na większy stres, lecz później nie mogłabym sobie na to pozwolić. Im bliżej do porodu, tym mniej podróży. Poza tym Peeta pod żadnym pozorem nie chce zostawiać mnie samej po tych wszystkich wypadkach, po których ledwie uszłam z życiem.
 Teraz, po dwóch tygodniach od tego felernego zdarzenia radzimy sobie, mam nadzieję lepiej. Peeta nie zapomina o codziennej dawce tabletek, które przepisał mu doktor, a ja uczę się na nowo rozpoznawać jego stan świadomości.
 Ataki z upływem czasu stają się coraz rzadsze, z reguły pojawiają się raz na dwa dni. Z początku było nam bardzo trudno. Bałam zbliżać się do mojego chłopca z chlebem, zazwyczaj kuląc się w kącie pokoju. Pozwalałam, by sam zmierzał się ze swoim cierpieniem, co było samolubnymi poczynaniami z mojej strony. Wrzaski przeplatane z przekleństwami wypełniały cały dom i każdy jego zakamarek. Zakrywałam wówczas uszy dłońmi, by odciąć się od jego bólu, który dotykał również mnie, lecz jęki i tak przedarły się przez tą osłonę, aż dotarły do serca, by raz za razem ranić je coraz nowszymi przekleństwami, które machinalnie wydobywały się z ust chłopaka.
 Z każdym atakiem jednak stawałam się śmielsza, nie chciałam, by strach na nowo nie pozwalał mi pomóc Peecie. Postanowiłam zacząć mały kroczkami. Najpierw powoli do niego podchodziłam, ściskając kurczowo w dłoni strzykawkę od doktora Aureliusa. Nadal obawiałam się jego wybuchów i prób zabicia mnie najróżniejszymi sposobami. Ale jednak bardziej bałam się o Willow, dlatego jedną ręką zawsze obejmowałam mój brzuch. Peeta natomiast zazwyczaj chwytał się czegoś stabilnego- szafki nocnej, blatu kuchennego, czy też krzesła. Mocno zaciskał powieki, chcąc odgrodzić się od przerażających obrazów, które przedzierały się przez jego umysł. Obserwowałam każdy jego ruch, bym była w stanie w porę odeprzeć atak, a każdy krok w jego stronę stawiałam ostrożnie, jakbym polowała na płochliwą zwierzynę w lesie. Zaczynałam przemawiać do niego kojącymi słowami, tak jak on zawsze to robił, gdy budziłam się z wrzaskiem prawie każdej nocy. Peeta zawsze starał się zagłuszyć mój głos swoimi wrzaskami, więc kiedy to nie pomagało, w ostateczności decydowałam się na śpiew, który był ostatnią deską ratunku. Słowa pieśni o dolinie próbujące za wszelką cenę przedostać się przez przekleństwa prawie zawsze pomagały. Chłopak momentalnie cichł i uspokajał swoje rozdygotane ciało. Dopiero wraz z kolejnymi atakami zaczynał się uodparniać na mój śpiew, nie reagował na mój głos. Wtedy wiedziałam, że muszę zadziałać w inny sposób. Porzuciłam próby śpiewu, chociaż cały czas powtarzałam mu kojące słowa. W końcu podchodziłam na tyle blisko, by położyć dłoń na jego plecach. Niemal mogłabym przysiąc, że poczułam, jak jego mięśnie napinały się. Mój dotyk palił go niewygaszalnym ogniem. Za jego sprawą wrzeszczał jeszcze głośniej, a z jego ust wodospadem lały się okropne wyzwiska pod moim adresem. Z początku próbował się wyrywać, nawet kilka razy obrywałam w ramię, czy plecy, ale nie były to bolesne ciosy. Jakby Peeta wcale nie chciał mi ich zadawać, a ja wiem, że tak jest.
Wraz z kolejnymi ataki przełamywałam się i nie tylko dotykałam dłonią pleców Peety. W końcu gładziłam go po ramionach, sunęłam ręką wzdłuż całej długości kręgosłupa, aż oplatywałam jego tors rękoma, przytulając się do jego pleców. Z każdym ciężkim oddechem i coraz cichszym krzykiem akceptował moją obecność, uspokajał się. I tak czekaliśmy w bezruchu wśród moich szeptów i jego jęków, aż oboje przywykniemy do tej nowej sytuacji, która stanie się już naszą codziennością.
 Wtedy uświadomiłam sobie, że żadne tabletki, czy też zastrzyki w pełni nie pomogą Peecie. To ja jestem jego jedynym lekarstwem, który może ukoić jego niewyobrażalny ból po torturach, które także miały miejsce tylko i wyłącznie z mojego powodu. Postanowiłam więc pomagać mu najlepiej, jak umiem i nadal kochać pomimo przezwisk, skierowanych prawie codziennie właśnie w moim kierunku.
 Siedzę w łazience na krześle tuż za Peetą, który w ciszy czeka, aż skończę nożyczkami strzyc jego blond włosy. Wokół nas unosi się przyjemna woń waniliowego szamponu po wspólnym prysznicu. Zimna podłoga chłodzi moje nagie stopy, przez co nieznacznie się wzdrygam, ale staram się skupić na włosach Peety. Sunę nożyczkami po bokach jego głowy, skracając przydługie kosmyki, które już od dawna nie były strzyżone. Nie obcinam ich zupełnie krótko z dość samolubnych przyczyn- podczas pocałunków, uwielbiam wplatać palce w jego włosy, przez co jeszcze bardziej zatracam się w jego ustach.
-Przepraszam cię- słyszę jego cichy szept, po którym momentalnie marszczę brwi i na chwilę przerywam strzyżenie.
-Przepraszasz, za co?
-Dopiero teraz uświadomiłem sobie, jak wiele dla mnie poświęcasz- wzdycha, a ja już mam ochotę zaprzeczać, lecz on mi przerywa. -Narażasz się na niebezbieczeństwo i to nie tylko siebie, gdy próbujesz uspokoić mnie w czasie ataków, a ja nawet nie potrafię się tobą zaopiekować, jak kochający mąż i przyszły ojciec. Chciałbym móc wynagrodzić ci każdą chwilę, kiedy przeze mnie cierpiałaś. Ukarać się za te wszystkie momenty, w których robiłem coś wbrew tobie. Możesz uciąć mi język za każde wyzwisko, które wypowiedziałem do ciebie. Masz moje pozwolenie na obcięcie moich rąk za każdy cios, który był wymierzony na twoim ciele. To będzie rekompensująca kara, chociaż i tak za mała za te wszystkie krzywdy, które ci wyrządziłem.
 Słowa z każdym następnym zdaniem wypływają z jego ust z prędkością światła, a ja jestem nimi przerażona. Mam wrażenie, że za chwilę nastąpi kolejny atak, więc przytulam się do jego rozgrzanych pleców, by jakoś mu zapobiec, ale Peeta nie przestaje mówić:
-Miałem się wami opiekować, chronić was najlepiej, jak umiem, ale nie potrafiłem. To przeze mnie Gale prawie cię zgwałcił, przeze mnie trafiłaś na salę operacyjną z krwotokiem. Kiedy sobie o tym przypominam, myślę o sobie, jak o najgorszym człowieku na ziemi. Katniss, tak bardzo cię za to wszystko przepraszam- odwraca się w moją stronę i dopiero teraz mogę dostrzec lśniące łzy, spływające po jego czerwonych policzkach. Momentalnie czuję w gardle duszącą gulę, więc pozwalam ustąpić jej miejsca szklącymi się oczami. Jest mi Peety okropnie żal, domyślam się, co może teraz czuć. Takie same emocje towarzyszyły mi po śmierci Prim. Myśli, że nie zdołałam jej ochronić towarzyszyły mi przy każdych codziennych czynnościach, raniły do żywego.
 Nie mogę tak dłużej na niego spoglądać, tym bardziej, gdy żadne słowa nie chcą wydostać się z moich ust, więc niepewie zbliżam swoje wargi do jego. Ten pocałunek wydaje mi się inny. Przypomina mi musnięcie skrzydeł motyla. Wypełniony jest współczuciem i wybaczeniem. Jest moją obietnicą na lepsze jutro i na to, że wszystko możemy zacząć od początku.
 Kiedy odrywamy się od siebie, by zaczerpnąć powietrza i dotykamy się jedynie czołami, niewinny uśmiech wkrada się na moje usta. Peeta chwyta moje dłonie w swoje, by złożyć na nich pojedyncze pocałunki, natomiast ja scałowuję z brody jego łzy, tak jak on to robił, gdy zawsze budziłam się z koszmarów.
-Masz rację. Zacznijmy wszystko od nowa. Teraz... teraz będzie lepiej. Obiecuję ci, że będę lepszym mężem i ojcem- szepcze, obejmując dłońmi mój brzuch. -Będę się wami opiekował, będę was strzegł, niczym najcenniejszy skarb. Masz moje słowo, Katniss. Nigdy cię nie zawiodę. Przy mnie będziesz już zawsze bezpieczna, nie pozwolę już nikomu cię skrzywdzić.
 Uśmiecham się pomimo łez, ale i tak nie jestem w stanie wykrztusić ani słowa. Peeta od niepamiętnych czasów potrafił zauroczyć mnie swoim darem mowy. Swoje wypowiedzi zawsze przystrajał w piękny, niecodzienny sposób, który kładł mnie na kolana.
-Dziękuję, że los jednak okazał się dla mnie łaskawy po tych wszystkich latach i obdarował mnie takim skarbem, który trzyma mnie przy życiu- wzdycham, obejmując dłońmi twarz Peety i zatracając się w błękicie jego oczu, który od zawsze mnie uspokajał. Jego ciepłe dłonie figlarnie suną wzdłuż moich pleców, wiem, że domagają się więcej pieszczot, więc znów zbliżam swoje usta do jego, by zapomnieć o tych wszystkich okropnościach, z którymi musimy zmierzać się na porządku dziennym.
-Teraz będzie inaczej. Będzie lepiej- szepcze między pocałunkami, wprost na moje usta- Obiecuję ci to.
 Po chwili ostrożnie bierze mnie na ręce i zanosi do sypialni, gdzie kładzie na łóżku. Za oknem panuje błoga cisza. Gęsta ciemność spowiła ulice Dwunastego Dystryktu, ale pomimo tego, jestem w stanie dojrzeć drobne iskierki, tańczące w oczach Peety. Światło księżyca rzuca lekki cień na jego rozpromienioną twarz, dzięki której ja również się uśmiecham.
 Jego dotyk napawa mnie długo nieodczuwalną przyjemnością. Krąży dłońmi po całym moim nagim ciele, zmuszając mnie do urywanych wzdychań, ale wiem, że to dopiero początek. Odpłacam mu się tym samym, chociaż wiem, że teraz musimy być ostrożniejsi ze względu na Willow.
 Peeta obcałowuje każdy centymetr mojego ciała, ale w mojej głowie wciąż pojawiają się ohydne obrazy Gale'a, próbującego zedrzeć siłą ze mnie ubranie. One nigdy nie znikną, zawsze w takich momentach będą mnie nawiedzać, niczym koszmary w każdą noc, psując całą rozkosz, jaką Peeta mnie obdarowuje. Powtarzam sobie w myślach, że jestem w objęciach mojego męża, a tylko on w pełni ma dostęp do mojego ciała, więc nie mam się czego bać. Chłopak nie zrobi mi krzywdy, nie celowo, dlatego co chwilę szepcze do mojego ucha, że tu jest. Nie chodzi mu, rzecz jasna o "bycie" fizyczne. Ma na myśli raczej strefę duchową i umysłową. Nadal jest tutaj mój chłopiec z chlebem, a nie Kapitoliński zmiech, żądny mojego cierpienia.
 Kiedy stajemy się jednością, kiedy czuję, jak porusza się we mnie, wpadam w jeszcze większą rozkosz. Peeta kocha mnie całym sobą. Nie powstrzymuję się od jęczenia jego imienia, bo to jeszcze bardziej go podnieca. Co chwilę wypuszcza powietrze tuż nad moim uchem i muska ustami moją skroń. Powtarza też, jak bardzo jestem dla niego ważna i jak bardzo mnie potrzebuje, a ja nie wątpię w żadne jego słowo. Pot szybko wstępuje ma nasze nagie ciała, a ja nie pamiętam, kiedy ostatni raz byliśmy w takim bliskim, intymnym kontakcie. Wbijam delikatnie paznokcie jednej dłoni w plecy Peety, drugą zaś zaciskam na prześcieradle łóżka. Chłopak przejmuje nade mną kontrolę, a ja w zupełności mu się oddaję.
 Leżymy w bezruchu w swoich objęciach, w pełni zaspokojeni i spełnieni. Blondyn od czasu do czasu głaszcze mój brzuch, a potem całuje w kącik ust, ale oboje przez dłuższy czas nie możemy zasnąć. Nieznacznie wiercę się pod kołdrą, bo mam wrażenie, że w każdej pozycji jest mi niewygodnie. Wyślizguję się więc z ramion Peety, by położyć się na wznak, gdzie już jest mi lepiej. Zamykam na chwilę oczy, ale po chwili ponownie czuję męskie dłonie na moim brzuchu. Chłopak zniżył się do jego poziomu, by móc objąć go rękoma i przytulić się do niego. Ten widok rozczula mnie jeszcze bardziej. Muszę powstrzymać niechciane łzy, które zaczęły kumulować się pod moimi powiekami za sprawą hormonów.
 Przyglądam się spokojnej twarzy mojego męża, na której błąka się niewinny uśmiech. Przeczesuję dłonią kilka razy jego blond włosy i zastanawiam się, jak to możliwe, że po tylu okropieństwach, których byłam świadkiem odnalazłam tak kruche szczęście?





poniedziałek, 21 grudnia 2015

43. "Chronimy się nawzajem, pamiętasz?"

2 miesiące... przepraszam Was najmocniej, ale tak, jak pisałam, nadal mam zepsuty komputer, ale przemogłam się i napisałam ten rozdział na telefonie. Wiem, że jest taki nijaki, ale nie chciałam zostawiać tej historii z aż tak długą przerwą, która z pewnością jeszcze by się ciągnęła. Ale przemogłam się i pierwszy raz napisałam notkę na telefonie i mogę uznać to za taki świąteczny prezent ode mnie dla Was. Mam nadzieję, że nie będziecie źli i Wam się spodoba.
Chciałam jeszcze Wam bardzo podziękować za te wszystkie motywujące komentarze pod ostatnim rozdziałem. Nawet nie wiecie, ile to dla mnie znaczy, więc proszę Was o opinię także i pod tą notką.
Kolejną kwestią, którą chcę poruszyć jest coś nietypowego. Ostatnio cofnęłam bloga i przeczytałam te zupełnie pierwsze rozdziały i jestem wprost załamana. Te notki były koszmarne. Prawie żadnych opisów, a styl mojego pisania był okropny. Nie wiem, jak mogliście czytać te notki, ale dziękuję Wam, że zostaliście ze mną aż do teraz. Więc chciałabym edytować tamte rozdziały, poprawić je pod względem gramatycznym i nie tylko. Fabuła zostałaby, tylko dodałabym więcej opisów. Wiem, że nie powinnam tak robić, ale ta myśl męczy mnie od dawna. Napiszcie mi, co o tym sądzicie, a jeśli Wam to nie odpowiada, może całe fanfiction, wraz z poprawionymi pierwszymi rozdziałami wstawiałabym także na mojego Wattpada? Oczywiście nowe notki pojawiałyby się głównie tutaj, ale także i tam. Koniecznie napiszcie.
A teraz chciałabym życzyć Wam wesołych Świąt i szczęśliwego Nowego Roku, bo myślę, że już w tym roku kolejnej notki nie wstawię, ale kto wie? Może akurat dostanę weny?
Ten rozdział chciałabym dedykować love dream za jej mega długi komentarz, który do teraz cieszy moją buzię. Dziękuję Ci ♥
A teraz zapraszam do czytania oraz komentowania x
Pozdrawiam,
K. G.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
 Do moich uszu dochodzi stłumiony odgłos tłukącego się szkła z piętra niżej. Wraz z każdym kolejnym niespodziewanie podskakuję na łóżku. Przestraszony wzrok wlepiam w drzwi do sypialni, modląc się, by nie zdołał ich wyważyć. Na szczęście zaraz po tym, gdy usłyszałam, że Peeta znów dostał ataku, zamknęłam je na klucz. Nie miałam innego wyjścia. Nie chcę aż tak się od niego separować, znów oddalać się i wznosić mury, które będzie musiał burzyć przez długi czas, ale najwyraźniej się boję. To wszystko. Nawet nie o siebie. Obawiam się o Willow, naszą córkę, która rośnie we mnie od prawie już pięciu miesięcy. Boję się, że Peeta nie zapanuje nad sobą i znów może zrobić coś, czego później będziemy żałować oboje. Nie powstrzymam go, tym bardziej kojącymi słowami, którymi to on obsypywał mnie zaraz po przebudzeniu z przerażającego koszmaru. Jeden niewłaściwy ruch i Willow może już więcej się nie poruszyć, a ja nie mogę wyobrazić sobie poranków, kiedy to ona już więcej mnie nie obudzi po rzadko w pełni przespanej nocy. Kiedy będę miała na sumieniu kolejne istnienie i już więcej nie będę potrafiła czerpać przyjemności z niczego.
 Nie, nie mogę stracić ani jej, ani mojego chłopca z chlebem.
 Jaskier żałośnie pomiaukuje pod drzwiami, machając swoim krzywym ogonkiem we wszystkie strony. Najwyraźniej nie podoba mu się, jak mój mąż demoluje nam salon i kuchnię, ale nie mam odwagi, by tak po prostu do niego zejść i pomóc mu dojść do siebie.
 Nigdy nie zapomnę wyrazu jego twarzy, gdy już miał wyjść z sypialni, by zostawić mnie zupełnie samą z wszystkimi łzami, które kumulowały się pod moimi powiekami. Widziałam, jak walczy sam ze sobą i, że to jeszcze nie jest w pełni ten sam, mój Peeta. W jednej chwili zaciskał pięści, podtrzymując się framugi drzwi, a w następnej gorzkie łzy powoli płynęły po jego policzkach. Ten widok łamał mi serce raz za razem, ilekroć go wspominałam. Nie wiedziałam, co mam robić. Miałam kompletną pustkę w głowie, tak samo, jak w tej chwili. Jeszcze trochę oszołomiona po próbie podduszenia tępo wpatrywałam się w jego poczynania. Nawet nie chcę wyobrażać sobie, jakie szaleństwa przez ten krótki czas kryły się w jego umyśle. Dopiero, gdy szybko zbiegł po schodach zdołałam się otrząsnąć i zacząć trzeźwo myślec. Uspokoiłam szloch na tyle, aż mogłam dostrzec klamkę u drzwi pokoju. Otarłam szybko łzy wierzchem dłoni i cicho wyszłam z pomieszczenia, lecz po chwili już tego żałowałam. Moim oczom ukazał się całkiem inny Peeta. Peeta, który nie może poradzić sobie z samym sobą. Najpierw tarzał się po podłodze w salonie, wydając przy tym okropne zwierzęce dźwięki, których nie byłam w stanie słuchać. Zdążył rozbić już kilka naczyń, w tym porcelanową zastawę od mamy, której odłamki leżały naokoło jego ciała. Krzyczał i kłócił się z samym sobą, jakby stał się nagle dwiema osobami w jednej, a ja po prostu stałam na górze schodów, obserwując całą tą scenę i nie mogąc złapać tchu. Łzy zbierały się na moich policzkach coraz obficiej i prześladowała mnie tylko jedna myśl: że już go bezpowrotnie straciłam.
 I właśnie wtedy mnie zauważył. W mgnieniu oka wstał, przeraźliwie dysząc i już biegł w moim kierunku. Frustrację na jego twarzy mogłam dostrzec nawet nz piętra wyżej. Postąpiłam instynktownie- w ostatniej chwili zamknęłam się w sypialni, przekręcając klucz w drzwiach. Peeta dopadł do nich sekundę po charakterystycznym dźwięku, który może nawet uratował mi życie. Pierwsze, co zrobiłam, to pozwoliłam, by z mojego gardła zniknęła ogromna gula i popłynęła wraz z łzami po moich policzkach. Czułam, jak mój mąż uderza pięściami w drzwi, jak drewno za moimi plecami się ugina, a ja razem z nim. Zakryłam usta dłonią, by stłumić mój szloch, a tym bardziej, żeby Peeta go nie dosłyszał. Być może to jeszcze bardziej by go nakręciło.
 Zsunęłam się na podłogę, chowając twarz w kolana. Miałam kompletny mętlik w głowie. Strach nie tylko sparaliżował moje ciało, ale także i umysł. Do moich uszu dochodziły wrzaski mojego męża, tuż za ścianą, aż  w końcu ponowny odgłos tłukącego się szkła zmieszał się razem z nimi, ale już nieco dalej. Zdałam sobie sprawę, że Peeta znajduje się już w kuchni, więc odetchnęłam z ulgą i odchyliłam głowę, by oprzeć ją na drzwiach.
 Czekam na kolejne przekleństwa, wypełnione nienawiścią i odrazą pod moim adresem, które później znów będą echem odbijać się w mojej obolałej głowie. Kiedy znów udaje mi się je dosłyszeć zaczynam grzebać wszelkie nadzieje na powrót mojego normalnego chłopca z chlebem. Raz za razem kręcę tylko głową, na znak tego, że nie zgadzam się z moimi okrutnymi myślami. Nie mogę po raz kolejny go stracić.
 Schylam się do szafki nocnej, by wydobyć z jej szuflady perłę. Tę samą, którą Peeta ofiarował mi na arenie Ćwierćwiecza Poskromienia. W takich chwilach tylko ona, poza moim mężem okazuje się być najlepszym lekarstwem. Zaciskam na niej palce i zamykam oczy, by uspokoić moje roztrzęsione ciało i umysł, aż ta bezczynność zaczyna mnie przytłaczać. Chcę jakoś mu pomóc, ale nawet nie wiem jak. Muszę coś zrobić. Nie mogę bezczynnie siedzieć zamknięta w pokoju, kiedy mój mąż wzmaga się z bolesnymi wspomnieniami z Kapitolu.
 I wtedy nie mogę dosłyszeć żadnych tłukących się naczyń. Być może Peeta już wszystkie zużył i nie ma na czym rozładować gniewu i nienawiści, ale jeszcze okropniejsza myśl przedziera się przez wszystkie inne. Myśl, że coś mógł sobie zrobić.
 Zastygam w bezruchu i nasłuchuję. Kopnięciem uciszam Jaskra, który momentalnie przestaje miauczeć, ale za to atakować moją stopę. Wzdycham i cicho podchodzę do ściany, by położyć na niej ucho i skupić się na tym, co może dziać się w salonie. Tak, jak myślałam, nie słyszę już odgłosu rozbijanych naczyń. Zastąpiło je głośne dyszenie Peety i jego jęki, które z minuty na minutę nabierają na sile.
 Muszę coś zrobić.
 Nagle do głowy przychodzi mi myśl, która może nas wszystkich ocalić. Doktor Aurelius. Próbował leczyć mojego męża w Trzynastym Dystrykcie, więc zna jego przypadek. Przypominam sobie, że w dzień powrotu do Dwunastki wcisnął mi w dłonie karteczkę z numerem telefonu, oznajmiając, że w razie problemów zawsze mogę do niego zadzwonić. W pierwszym odruchu miałam ochotę wyrzucić ją do kosza na śmieci, ale jednak wepchnęłam ją do kieszeni moich spodni, które w tamten dzień miałam na sobie.
 Zrywam się, jak oparzona i szybko przetrząsam wszystkie ubrania w szafach, jakby od tego miało zależeć moje życie. W gruncie rzeczy zależy, lecz nie moje, ale mojego powodu, dla którego jestem w stanie dalej żyć i stawiać temu wszystkiemu czoła. W końcu po paru minutach żmudnych poszukiwań wydobywam z kieszeni spodni kartkę z numerem telefonu. Jest już trochę sprana, ale nadal mogę dostrzec pojedyncze cyfry na niej napisane i wystukać je na klawiaturze telefonu. Przyciskam go do ucha i czekam, aż po paru sygnałach odzywa się znajomy mi głos, ale nie daję mu dojść do słowa. Rozhisteryzowana oznajmiam tylko, że Peeta znów ma atak i, że musi jak najszybciej przybyć. Dopiero później przypominam sobie, że doktor Aurelius pracuje przecież w Kapitolu, ale traf chciał, że akurat na parę dni wybrał się do Dwunastki. Kamień spada mi z serca, gdy oznajmia, że za parę minut powinien już być.
 Znów podchodzę do ściany i tak, jak poprzednim razem nasłuchuję wszystkich odgłosów, jakie dobiegają z piętra niżej. Tyle, że nie słyszę już nic. Zrobił sobie coś, to oczywiste- tą myśl jako pierwszą podsuwa mój umysł. Nie chcę jej słuchać. Na siłę przyciskam ucho jeszcze mocniej, aż po paru minutach zaczyna bardziej boleć mnie głowa. Wpadam w przerażenie, kiedy rzeczywiście nic już nie słyszę. Żadnych rozbijanych talerzy, wrzasków, ani nawet jęków. Opieram się o ścianę i już mam się po niej zsunąć, kiedy Willow nie pozwala mi na to. Jest niecierpliwa i zapewne zła, że nie mam zamiaru pomóc jej tacie. I ma słuszną rację. Dotykam palcami miejsca na brzuchu, gdzie córka przed chwilą kopnęła, przypominając mi tym, że powinnam ratować jej tatę.
 Katniss, zastanów się, jakby Peeta postąpił na twoim miejscu? Skrywałby się w pokoju, czy może wyszedł do ciebie, by ukoić twój ból?
 Zbieram się w sobie, przełykam wielką gulę w gardle, która zdaje się być wielkości mojej pięści i niepewnie przekręcam klucz w drzwiach. Drugą dłoń wciąż trzymam na brzuchu, bo wiem, że Willow jest ze mną i nie pozwoli mi teraz zrezygnować i zawrócić.
 Mam wrażenie, jakby Peeta tylko czyhał pod drzwiami i czekał na moje lekkomyślne postąpienie. Gdy otwieram drzwi, już przygotowuję się do odepchnięcia ataku, ale jednak na schodach nie ma po nim najmniejszego śladu. Oddycham z ulgą i najciszej, jak mogę wychylam się zza balustrady. Dostrzegam na podłodze jeszcze więcej odłamków szkła, niż się spodziewałam. Pod kominkiem leżą pęknięte fotografie Prim, mamy i taty oraz telewizor, którego i tak nieczęsto zdarzało nam się oglądać. W kuchni dostrzegam połamane krzesła, ale jest jeszcze coś, co sprawia, że omal nie dławię się własnymi łzami.
 Krew. Wszędzie pełno krwi. Na blacie kuchennym, podłodze, prowadzącej do przedpokoju oraz salonu. Przyciskam dłoń do ust, by nie krzyknąć z przerażenia, kiedy zauważam bezwładne ciało, poplamione krwią i leżące na kanapie. Szybko zbiegam ze schodów i już nawet nie boję się, że może mi coś zrobić, czy też nie. Klękam przy nim, zauważając jeszcze więcej czerwonych plam na jego ubraniu i ciele.
-Boże, Peeta, coś ty narobił?- powstrzymuję się od wyrzucenia wszystkich moich emocji wprost na wpół przytomnego męża. Dopiero po chwili z trudem otwiera oczy i uważnie mi się przygląda.
-Zrobiłem ci coś?- pyta z wyrzutem, a ja tylko pospiesznie kręcę głową. Delikatnie odgarniam blond włosy poprzyklejane do jego rozpalonego czoła. Po chwili przykładam w to miejsce usta i tak, jak myślałam, Peeta ma gorączkę.
-Za chwilę powinien być tutaj doktor Aurelius, tylko błagam, nie zasypiaj- mówię cicho, próbując powstrzymać nieznośne łzy, które jak zwykle cisną się pod moje powieki w najmniej oczekiwanym momencie. Peeta oddycha ciężko, cały czas nie spuszczając ze mnie wzroku. Uśmiecham się pokrzepiająco, chociaż mogło wyglądać to jak grymas. Blondyn chwyta mnie za dłoń, a ja mam dziwne wrażenie, że po raz ostatni widzę go żywego. Przypomina mi się mój okropny sen, po narkozie w szpitalu. Peeta był prawie w takiej samej sytuacji, tyle że na jego ciele widniały dużo głębsze rany.
 Wtem przypominam sobie o rozcięciach na jego ciele, które jak najszybciej trzeba zdezynfekować i zatrzymać z nich krwawienie.
-Muszę cię opatrzeć- oznajmiam i szybko wstaję, kierując się do kuchni. Czuję, jak Peeta niechętnie puszcza moją dłoń, a po chwili w oddali słyszę jego zaprzeczenia, ale i tak nie słucham, jakiej są treści.
 Próbuję myśleć racjonalnie i nie wpadać przedwcześnie w panikę. Rzadko kiedy zdarzało mi się opatrywać czyjeś rany, ale w tym przypadku jest to konieczne, jeśli chcę utrzymać Peetę przy życiu chociaż do przybycia doktora, tym bardziej, że stracił bardzo dużo krwi. Przekopuję mój umysł, by natrafić na wspomnienie mroźnej zimy, kiedy mama opatrywała moje rany po spotkaniu z kolczastym drutem i lodowatym chodnikiem. Potrzebna jest mi woda utleniona, sterylna gaza i bandaż.
Podchodzę do szafki i nie muszę się zbytnio wysilać, gdyż wszystkie przydatne rzeczy leżą prawie na widoku.
-Peeta, przypomnij mi, na kiedy mam wyznaczony termin porodu?- pytam z kuchni, chociaż, rzecz jasna znam odpowiedź na to pytanie. Chcę po prostu sprawdzić, czy mój mąż nie zasnął i jeszcze utrzymuje kontakt z rzeczywistością.
-27 sierpnia- słyszę jego słaby głos, który każe mi się pospieszyć. Biorę wszystkie przydatne rzeczy i szybko wracam do wycieńczonego Peety.
 Siadam na podłodze, tuż przy kanapie, ale widzę, że chłopak nie jest z tego zbytnio zadowolony. Próbuje się przesunąć, chcąc zrobić miejsce i dla mnie, ale momentalnie krzywi się z bólu. Kręcę tylko przecząco głową, żeby mną się nie przejmował. Teraz to on jest tu w znacznie gorszej sytuacji.
 Na gazę nalewam wodę utlenioną i zabieram się za dezynfekowanie ran chłopaka najpierw na dłoniach i całej długości ramion. Na początku lekko się wzdryga i zaciska szczękę, ale nie odzywa się ani słowem. Przyznaję, że kompletnie nie wdałam się w leczniczą naturę mamy. Przy każdym zetknięciu gazy z raną Peety ja także zaciskam zęby, bo najzwyczajniej nie chcę sprawiać mu bólu. Dopiero później przypominam sobie, że to dla jego dobra. W międzyczasie pytam go o różne istotne rzeczy, albo proszę, żeby opowiedział mi o dniu, w którym pierwszy raz mnie zobaczył. Usiłuję go czymś zająć, żeby nie myślał o bólu i o tym, co stało się przed chwilą.
 Kiedy kończę dezynfekować jego ramiona, zajmuję się ranami na tułowiu, które są znacznie głębsze i większe. Pomagam powoli ściągnąć mu koszulę, przy czym nie obyło się od syków bólu, w przeważającym stopniu także i moich. Na widok krwi i rozcięć na jego plecach oraz torsie mam ochotę odejść stąd, jak najdalej, najlepiej do lasu, jak przed laty, kiedy mama przyprowadzała do domu rannych, a ja nie miałam zamiaru patrzeć na ich cierpienia. Tyle, że teraz jej tutaj nie ma i nie może zająć się Peetą, a ja muszę jakoś sama sobie dać radę i w końcu wziąć się w garść.
 Najpierw odkażam rany na jego plecach, przy czym próbuję miarowo oddychać i nie wpatrywać się za długo w czerwoną ciecz, spływającą po jego ciele. Później nakładam w tych miejscach jałowy opatrunek i zabieram się za kolejne krwawe cięcia, tym razem na torsie. Zastanawiam się, jakim cudem zrobił sobie tak głębokie rany, ale przypominam sobie nóż, leżący na podłodze w kuchni w samym środku kałuży krwi i postanawiam już nie drążyć tego tematu w mojej głowie.
-Przepraszam- słyszę jego szept, a ja nawet nie zorientowałam się, kiedy skończył opowiadać o pierwszym dniu w szkole. Podnoszę na niego mój wzrok. Peeta spogląda na mnie z wyrzutem w oczach i na twarzy. Jego błękitne tęczówki wypełnione są cierpieniem, ale już nawet się nie wzdryga, kiedy odkażam mu rany.
-Przestań- kwituję, wracając do poprzedniej czynności, ale Peeta chwyta mój podbródek w palce, żebym na niego spojrzała.
-Dlaczego to robisz? Po tym wszystkim, co narobiłem?
-Kiedy w końcu zrozumiesz, że to nie twoja wina? Ataki nie są zależne od ciebie. Wiem, że nie możesz ich kontrolować, a robię to wszystko, bo cię kocham, bez względu na przebłyski wspomnień- odpowiadam bez namysłu, nie mogąc dłużej patrzeć na jego obolały wzrok i dalej delikatnie odkażając jego rany, ale po chwili dodaję ze szklącymi się oczami: -Chronimy się nawzajem, pamiętasz?
Peeta potakuje głową, spuszczając wzrok na moje dłonie, które kończą dezynfekować jego rozcięcia. Zakładam na nich tylko jałowy opatrunek, tak jak wcześniej i pozwalam mu położyć się na kanapie. Odkładam wszystkie przybory na stół i znów przy nim kucam.
-Dziękuję- szepcze, posyłając mi lekki uśmiech, który podnosi mnie na duchu. Delikatnie, uważając na rany splatam nasze dłonie i proszę go, by przypomniał mi o dniu, w którym ukląkł przede mną na jedno kolano. Nadal nie chcę, żeby zasypiał, tylko skupił się na tych wspomnieniach, bo wiem, że może się już nie obudzić, tym bardziej, że gorączka wciąż nie ma zamiaru odpuścić.
-Nadal jesteś rozpalony- stwierdzam, kiedy kolejny raz muskam wargami jego czoło. Powinnam podać mu coś na zbicie gorączki, ale nie wiem, czy mamy tego typu lekarstwa w domu. Poza tym nie chciałabym go już zostawiać samego.
 Peeta nie przestaje mi opowiadać o pamiętnym wieczorze nad jeziorem, kiedy wyciągnął czerwone pudełeczko z przepięknym pierścionkiem zaręczynowym w środku, na którego widok zalałam się łzami. Zatapiam się w jego pięknie dobranych słowach, głaszcząc go po dłoni i od czasu do czasu po blond włosach. I tak czuwam przy nim, jak przy rannym zwierzęciu, cała w obawach, że doktor Aurelius nie zdąży przybyć, a Peecie wciąż się nie poprawia. Przypominam sobie noc w jaskini, podczas naszych pierwszych Głodowych Igrzysk i mój strach o jego życie. Wtedy jednak miałam szansę zaryzykować, by pójść po lekarstwo i wykorzystałam ją. Jednak dziś pozostaje mi tylko czekać.
 Pomimo, że zatamowałam krwawienie z wszystkich jego ran, chłopak zdaje się z każdą minutą słabnąć. Kiedy kończy opowiadać o oświadczynach, nie mam pomysłu, czym jeszcze mogłabym go zająć. Do mojego umysłu wdarł się strach, że pomimo moich starań nie zdołam dalej utrzymać go przy życiu. Próbuję nie myśleć w ten sposób, tylko napawać się dotykiem jego gorącej dłoni i chłonąć każdą chwilę z nim spędzoną, ale widzę, że coraz bardziej słabnie. Z ledwością zdoła na mnie patrzeć, chociaż prawie co chwilę proszę go, żeby nie zasypiał. Ukradkiem spoglądam na jego klatkę piersiową, która wolno unosi się i opada. W duchu modlę się, żeby doktor Aurelius jak najszybciej się zjawił, bo za chwilę nie będzie miał po co przychodzić. Wychylam się zza kanapy, kierując wzrok ku drzwiom i oknu. Blady księżyc rozświetla moją zaniepokojoną twarz, a łagodny wiatr cicho porusza koronami drzew w Wiosce Zwycięzców, ale poza tym ani śladu po doktorze.
Zrezygnowana wracam do mojej poprzedniej pozycji i wtedy zauważam, że Peeta ma zamknięte oczy. Nie zważając na rany, zaczynam w desperacji mocno potrząsać jego ramieniem.
-Peeta! Obudź się, słyszysz?! Nie możesz mnie teraz zostawić!- krzyczę na niego, próbując nie wpadać w panikę, ale w ogóle mi to nie wychodzi. Chłopak wcale nie reaguje na moje błagania i nie otwiera oczu, co jeszcze bardziej mnie niepokoi. Nie przestaję nim potrząsać, dochodzi nawet do tego, że w rozpaczy uderzam pięściami w jego tors. -Proszę cię, zostań ze mną! Nie dam sobie rady bez ciebie, słyszysz?! Nie chcę samotnie wychowywać naszej córki i budzić się z koszmarów, kiedy ciebie nie będzie obok! Peeta!
 Moje błagania z każdą następną sekundą przemieniają się we wrzaski, przeplatane z desperackim szlochem. Nie mam pojęcia, co w takiej sytuacji miałabym zrobić. Panika doszczętnie oczyściła mój umysł z jakichkolwiek racjonalnych myśli. Zaciskam pięści na jego torsie, przeraźliwie płacząc, aż braknie mi tchu.
 Wtem czuję czyjeś ręce zacieśniające się na moich ramionach. W pierwszych myślach mam Peetę, który jakimś cudem usłyszał w końcu moje błagania. Podnoszę się, ale chłopak wciąż jest nieprzytomny, a ja zostaję siłą od niego odciągnięta. Przez łzy cały obraz przed oczami mam rozmazany, przez co nie potrafię dostrzec twarzy osób, które zajęły się Peetą oraz mną, ale kiedy zauważam charakterystyczne okulary na nosie doktora Aureliusa, już wiem, że jesteśmy w dobrych rękach.
 Mężczyzna wraz z dwójką ratowników medycznych najpierw próbują przywrócić Peetę do życia, wykonując na nim sztuczne oddychanie. Mnie natomiast trzeci z nich zabiera do kuchni, gdzie sadza na krześle. Nadal jestem pogrążona w swoim własnym strachu i okropnym płaczu, więc nie słyszę, co takiego mówi do mnie ciemnowłosy ratownik, kiedy widzę, że porusza ustami. Nie reaguję na jego pytania, więc po chwili zrezygnowany napełnia wodą szklankę, stojącą na kuchennym blacie i podaje mi ją. Wypijam jej zawartość na raz, choć prawie się krztuszę od nadmiernego płaczu. Kiedy odstawiam naczynię do zlewu, orientuję się, że zostałam sama.
 Nie mam siły, ani odwagi pójść do salonu, by znów ujrzeć nieprzytomnego Peetę, a teraz może nawet i martwego. Przykładam dłoń do ust, kiedy ta nieznośna myśl rodzi się w mojej głowie. Mam wrażenie, że to wszystko jest tylko kolejnym przerażającym koszmarem. Wbijam paznokcie w dłonie i nadgarstki, w nadziei, że po chwili obudzę się cała zlana potem oraz łzami, ale wśród kojących ramion Peety i jego spokojnego głosu. Bez niego nie mam zamiaru już budzić się w takie noce. Nie chcę poranków spędzać sama przy Śliskiej Sae, przygotowującej dla mnie śniadanie. Nie chcę znów opłakiwać kolejnej bliskiej mi osoby i obwiniać się za jej śmierć.
 Gdybym tylko wiedziała wcześniej. Gdybym wcześniej do niego zeszła i opatrzyła te rany, nie straciłby aż tyle krwi. A tymczasem siedziałam w tym pokoju przeszło godzinę, bez jakiegokolwiek współczucia, czy pomocy.
Boże, Katniss, coś ty narobiła?



sobota, 12 grudnia 2015

"There are much worse games to play"- recenzja Kosogłosa cz. II

"Deep in the meadow, under the willow
A bed of grass, a soft green pillow
Lay down your head, and close your eyes
And when they open, the sun will rise."

Koniec.
Nasza przygoda z Igrzyskami po części dobiegła końca. Najpierw książki, teraz przepiękne ekranizacje. Wiem, że nie tylko do mnie nie może to wszystko dotrzeć. Wciąż mam takie głupie wrażenie, że za rok do kin wejdzie kolejna część. Mój mózg bez przerwy podpowiada mi: "Eh, nie martw się. Przecież dzieli nas tylko 12 miesięcy od kolejnego wspaniałego filmu, a jeszcze mniej od pierwszego zwiastunu, plakatu, czy spotów."
Nie. Nie będzie już nic. Nie ma odliczania do premiery. Nie będzie tych wyczekiwanych zwiastunów. Nic już nie będzie takie samo, jak przedtem i kropka. I właśnie ta myśl tak niewyobrażalnie mnie boli.
Obiecałam Wam recenzję "Kosogłosa cz. II". Przepraszam, że dopiero po 3 tygodniach od premiery ją publikuję, ale ten czas był chyba najcięższym w moim życiu. Głównie właśnie przez tą ostatnią część. Po prostu nie mogłam się pozbierać i wrócić do tego mojego monotonnego życia, które teraz jest jeszcze bardziej szare i bezsensowne niż przedtem. Powiem krótko- jestem załamana. Już naprawdę długo nie czułam tak rozdzierającej pustki, nawet po przeczytaniu ostatniego zdania na ostatniej stronie "Kosogłosa". Wtedy wiedziałam, że będą jeszcze ekranizacje, na które z utęsknieniem czekałam, ale teraz to uczucie jest po prostu nie do zniesienia. Nie mogłam wcześniej zabrać się za tą recenzję, bo już na początku wybuchałam płaczem, który później przeradzał się w bezkresne szlochy. Nie chcę pisać typowej recenzji, takiej jakiej uczą nas w szkołach. Jeśli nie macie nic przeciwko, napiszę ją po swojemu.
Od dnia, kiedy powoli zakochiwałam się w tej pięknej historii obawiałam się końca. Zadawałam sobie pytania: "Co będzie po tym wszystkim? Po tym, jak wrócę z kina do domu?" Nie mogłam wyobrazić sobie tego dnia. Wydawał mi się tak okropny, że już na początku zaczęłam się go obawiać, ale zarazem był tak odległy. Z biegiem czasu przestałam się przejmować tą myślą. Zostało przecież jeszcze tak dużo dni do "Kosogłosa cz. I", a co dopiero do ostatniej części. Niestety, nim się obejrzałam już stałam u progu drzwi prowadzącej do mojej sali kinowej.
Ostatni tydzień przed premierą "Kosogłosa cz. II" czułam taki dziwny wewnętrzny ból. Bez przerwy wspominałam te piękne chwile, które dała mi trylogia. Słuchałam soundtrack'ów, które naprawdę codziennie doprowadzały mnie do łez. Zarazem tak bardzo pragnęłam zobaczyć już ten film, ale z drugiej strony skrycie nie chciałam, żeby ten 20 listopada nadszedł. Boże, ile bym teraz dała, żeby premiera tej ostatniej części odbyła się dopiero za rok. Żebym miała jeszcze na co z zapartym tchem czekać.
20 listopada, godzina 21:00 rozpoczyna się już drugi maraton "Igrzysk Śmierci" na którym jestem. I już na wylosowaniu Prim pierwsze łzy popłynęły po moich policzkach. Do dziś nie wiem, dlaczego tak zareagowałam. Miliony razy oglądałam ten film i nigdy wcześniej nie płakałam na wyczytaniu nazwiska Prim, a jednak. Może dlatego, że był to swego rodzaju początek końca. Od tego wszystko się zaczęło, a tej nocy również miało się skończyć.
Potem nastąpiła śmierć Rue, na której również już tradycyjnie płakałam, ale do tego podniosłam trzy palce w górę, tym samym oddając jej już ostatni raz hołd i podziękowanie. Nie zważałam na to, co pomyślą sobie o mnie ludzie, którzy przyszli do kina na zwykły seans. Taki, jak każdy inny. Jestem trybutem i nie mam powodów, by się tego wstydzić.
Pomińmy fakt, że obok mnie, oprócz mojej przyjaciółki, z którą wybrałam się na seans, siedziała kobieta, która co chwilę rozmawiała ze znajomą, albo pisała do kogoś SMS-y. Nie cierpię, gdy ktoś tak lekceważy innych i nie liczy się z tym, że komuś może to przeszkadzać, więc w pewnym momencie nie wytrzymałam i obdarowałam ją zabójczym spojrzeniem, niczym Katniss Johannę w windzie w "W pierścieniu ognia".
Rozpoczęła się druga część, a wraz z nią moje lęki, że z każdą następną częścią zbliżamy się do tej ostatniej. Całe pudło chusteczek miałam już w pogotowiu, gdyż "W pierścieniu ognia" nadal jest moją ulubioną ekranizacją z wszystkich czterech i na niej również zawsze muszę płakać. Nie myliłam się. Musiałam sięgać po chusteczkę, już w Dystrykcie Rue oraz kiedy Peeta wpadł na pole siłowe i powoli umierał na arenie. Przypomniało mi się, że tutaj jeszcze widzimy go "normalnego". Takiego, jaki był zawsze. Pomyślałam o tym, ile nacierpi się w kolejnych częściach, jak straci miłość swojego życia... Potem napisy końcowe i "Atlas"- Coldplay, a ja wciąż płaczę na tym fotelu przy dziwnych spojrzeniach innych osób. Przeżywałam te wszystkie filmy od nowa, tak jakbym oglądała je po raz pierwszy, chociaż dobrze znałam każdą kwestię i każdą scenę.
"Kosogłos cz. I" znowu ranił mnie raz za razem. W zeszłym roku płakałam na wszystkich scenach, w których pojawiał się Peeta, ale teraz nie. Po raz pierwszy nawet najdrobniejsza łza nie stoczyła się po moim policzku na tych wszystkich okropnych momentach. Na widok osaczonego Peety tylko cicho jęczałam. Może dlatego, że byłam już po prostu zmęczona i nawet energetyki nie pomogły, a przede mną jeszcze ostatnia część. Nawet przyznam się bez bicia, że w pewnym momencie zasnęłam, ale nie na długo, bo przyjaciółka obudziła mnie akurat na "Drzewo Wisielców". Na usprawiedliwienie mam fakt, że w nocy spałam tylko 6 godzin, a przed maratonem nawet się zdrzemnęłam z tych emocji. Dopiero pod koniec "Kosogłosa cz. I" się ogarnęłam i doszło do mnie, że za chwilę ostatnia część i jak na zawołanie na duszeniu Katniss rozryczałam się na dobre. To było okropne. Oglądać tą scenę trzeci raz na dużym ekranie. Moje serce po raz kolejny rozpadło się na milion kawałków.
"Kosogłos cz. II"
Kiedy ostatni raz ujrzałam logo "Lionsgate", od razu na wstępie nie wytrzymałam i łzy popłynęły wodospadem. Wiem, jestem nienormalna, żeby płakać już na samym logo, ale targały mną takie emocje, że po części wiedziałam, jak to się skończy.
Na samym początku Francis uraczył nas wspaniałą i wcale nie łamiącą serca sceną, w której to Prim (niestety zamiast Delly) przychodzi odwiedzić Peetę. Z początku nie podobała mi się ta zmiana, ale w końcu uznałam, że Prim także nieźle wypadła w tej roli. Jestem po prostu zachwycona grą aktorską Josh'a. Tak pięknie wcielił się w postać Peety, że aż brak mi słów. Kiedy wrzeszczał na Prim, że Katniss jest zmiechem i nie wolno jej ufać, siedziałam jak wryta, nie mogąc złapać tchu. Pierwsza scena w ostatniej części, która złamała mi serce, a będzie ich naprawdę sporo.
Kolejnym takim momentem był tekst Peety, że teraz wolałby rzucić ten chleb świniom, niż Katniss. Tak te słowe mnie zabolały, jakby wypowiedział je bezpośrednio do mnie. Kompletnie się tego nie spodziewałam.
Bardzo podobała mi się scena, w której Peeta dołącza do Drużyny 451 i bez przerwy powtarza szeptem "My name is Peeta Mellark. My home is District Twelve." Świetnie, że pokazali go z takiej dość "szaleńczej" strony po tym, co zrobili mu w Kapitolu.
Później nie mogłam się połapać, co dzieje się na tym ekranie. Wszystko następywało w zawrotnym tępie. Śmierć Boggs'a, czarna lawa, atak Peety, a w końcu schronienie się w jednym z budynków. Musiałam po prostu zbierać szczękę z podłogi. Efekty specjalne bardzo świetnie dopracowane. Konanie Boggs'a, o dziwo nie wstrząsnęła mną tak, jak w książce, ale również było drastyczne.
Później kanały=najbardziej niesprawiedliwa śmierć wszech czasów. Moja przyjaciółka, która uwielbia Finnick'a (pozdrawiam Natkę) już na samym wstępie, kiedy schodzili do podziemi zaczęła płakać, a potem ja razem z nią. Walka ze zmiechami jest chyba moją ulubioną filmową bójką. Boże, jak cudownie to ukazali. Chociaż, co takiego cudownego może być w walce z kilkudziesięcioma oślizgłymi stworami? Otóż, te sceny były tak realnie ukazane i tak trzymały w napięciu, że prawie spadłam z fotela. Najbardziej podobało mi się to, jak Katniss i Peeta ochraniali się nawzajem przed tymi stworami. Zupełnie, kiedy Cato walczył z nimi na rogu obfitości. I wreszcie wkracza Finnick, wymachując trójzębem, a ja wiem, że już za chwilę koniec. Jego koniec. Ochronił ich. Obronił swoich przyjaciół i się za nich poświęcił.
Peeta wdrapał już się na górę, potem Katniss, a ja wciąż się łudzę, że Odair zdoła się uratować. Jeszcze tylko parę zmiechów do zabicia. Stracił swój trójząb i próbował też wdrapać się po drabinie. Już prawie jest na górze, a ja już cała w skowronkach, że go nie uśmiercą, że Finnick przeżyje, aż tu nagle... jeden ze zmiechów ściąga go w dół. O mało nie wydarłam się na całą salę. Chłopak uderzył plecami o metalowy stopień i zwalił się razem ze stworem do wody. W tym momencie przypomniało mi się, co mówił o miesiącu miodowym z Annie. Że urządzą go sobie w Kapitolu. Nie, Finnick. Już nigdy jej nie zobaczysz, a co dopiero mówić tu o miesiącu miodowym.
"Nightlock, nightlock... nightlock" i holo eksploduje, tym samym skracając okrutną śmierć Odair'a jeszcze wcześniej tłumiąc jego okropne wrzaski i błagania. Od tego właśnie momentu, bez przerwy płakałam do końca filmu.
Następnie pożegnanie u Tigris, które wyprzedzało wyjście na ulice Kapitolu. Katniss, jeszcze tak niepewnie przytulająca Peetę, ale już później z przekonaniem. Kiedy blondyn powiedział "When I'll see you again, it'll be a different world" uświadomiłam sobie, że były dwie przyczyny tych słów. Nie wiedział, czy przeżyją to wszystko i powiedział, że spotkają się w zaświatach, czyli innym świecie, albo kiedy już Katniss zabije Snow'a i nastanie kres Głodowym Igrzyskom. Tak, czy siak bardzo urzekło mnie to zdanie i ten moment.
Nawet nie wiecie, jakie nerwy mnie trzymały, kiedy Gale i Katniss próbowali wmieszać się w tłum podczas pochodu do Pałacu Prezydenckiego. Przed nimi Strażnicy Pokoju, za nimi też i już prawie jeden z nich dotyka ramienia dziewczyny, kiedy rebelianci przejmują kontrolę nad sytuacją.
Bardzo wstrząsnęła mną scena, w której dziewczynka w żółtym płaszczyku rozpaczliwie płacze nad ciałem zmarłej matki oraz kiedy przestraszone dzieci zostają przenoszone do "żywego muru" przed Pałacem Prezydenckim. Wiedziałam, że za chwilę pojawi się w tym miejscu niewinna Prim, więc moje szlochy z każdą minutą coraz bardziej się nasilały.
Katniss weszła na podwyższenie i już pierwsze poduszkowce nadlatywały, spuszczając bomby do rąk dzieci, które po chwili wybuchały. A później widzimy Prim, która za wszelką cenę próbuje im pomóc. Była sanitariuszką, chciała uratować życie tym rannym dzieciom, tak jak kiedyś jej siostra uratowała jej, zgłaszając się na trybuta.
I Katniss wreszcie ją zauważa i zaczyna rozpaczliwie krzyczeć "Prim! Primrose!", zupełnie jak w dniu Dożynek, ale tym razem nie zdołała jej ochronić. Nim młodsza siostra zdążyła jedynie rozchylić usta, by wypowiedzieć jej imię, eksplodowały pozostałe spadochrony, a Katniss zapaliła się, jak żywa pochodnia. To wszystko działo się tak szybko. W jednej sekundzie Prim jeszcze próbowała pomóc dzieciom, a w następnej- martwa.
Wciąż nie dochodził do mnie fakt, że za chwilę wszystko się skończy, szczególnie kiedy nastała scena egzekucji Snow'a. Katniss wyszła na plac, tym razem sama, bez Peety u boku, by posłać tą ostatnią strzałę i zakończyć wszystko raz na zawsze. Ale nie wycelowała ją w Prezydenta, tak jak myślała większość osób na sali. Jakież było ich zdziwienie, kiedy strzała znalazła się w piersi Coin. "Sezonowcy"- mruknęłam pod nosem i rozkoszowałam się widokiem Almy, spadającej z balkonu. Nienawidzę baby, a ta scena była jeszcze lepsza, niż ją sobie wyobrażałam. Śmiech Snow'a przyprawił mnie o dreszcze, ale niezmiernie się cieszę, że Francis nie zapomniał o Peecie, który zabiera Katniss pastylkę z łykołakiem. Po tym wszystkim siedziałam ze szczęką przybitą do podłogi i strumieniem na policzkach.
Bardzo podobała mi się następna scena, czyli czytanie listu od Plutarcha przez Haymitch'a.  Świetnie obmyślane, żeby wszystko objaśnić na jednym świstku papieru. I kiedy mentor powiedział "wracamy do domu" już po raz kolejny przygotowywałam się mentalnie na ten nieuchronny koniec, który w końcu przecież musiał nadejść, ale najpierw nastąpiło pożegnanie z Effie.
Czym my sobie zasłużyliśmy, by oglądać łzy Trinket? Uwielbiam ją, a dzięki tej części jeszcze bardziej ją pokochałam. No i był pocałunek! Hayffie! Kocham za to Francis'a, że dodał ten wątek, choć wcale go w książce nie było. A może jednak Collins ukryła go przed nami, tak między wierszami? Najważniejsze, że reżyser wysunął nam go w filmie.
"-Obiecaj mi, że to znajdziesz.
-Znajdę co?
-Życie zwycięzcy."
Ten dialog kompletnie mnie rozbroił. Później tylko siedziałam i ryczałam razem z Effie, tylko zastanawia mnie, dlaczego nie pojechała razem z nimi? To już chyba na zawsze pozostanie zagadką.
Nie wyobrażam sobie lepiej zagranej sceny, w której Katniss wrzeszczy na Jaskra, że Prim już nie wróci. Po prostu wiłam się z bólu na tym fotelu, bo cierpienie Katniss było i moim cierpieniem.
Później Peeta sadzający prymulki przed domem Katniss. Nie, nie, nie. Tego było już za wiele. Nie mogłam uspokoić się z tych emocji, tym bardziej, że za chwilę nastąpi epilog i wielki koniec wszystkiego.
Zrastanie się Everlark złamało mi serce, choć moim zdaniem za mało z tego pokazali. Liczyłam na przebłyski wspomnień Peety, kiedy chwytał się oparcia krzesła i czekał aż ustąpią. Albo Katniss budząca się z koszmarów. To były też ważne wątki, ale nie chcę już narzekać, tym bardziej, że to ostatnia część, jaka kiedykolwiek była nam dana, więc powinniśmy być z niej w 100% zadowoleni.
List od Annie i zdjęcie z jej synkiem, które wychowuje się, niestety bez ojca. Następnie patrzenie na deszcz, siedząc w drzwiach i ten wzrok Katniss. Uwielbiam tą scenę już od samego zwiastunu.
A później to, na co wszyscy od dawna czekaliśmy. Sławne, a zarazem tak cudowne "You love me. Real or not real?". W tym momencie moje łzy zamieniły się w wodospad Niagara.  Tyle razy wyobrażałam sobie tą scenę, tak długo od samego początku na nią czekałam. Nie mogę uwierzyć, że już, tak po prostu mamy ją za sobą. Ostatnie, najpiękniejsze słowa z książki.
Epilog. Był... był... niesamowity. Aż brak mi słów. Mogłabym go oglądać i oglądać bez końca. Najcudowniejsze sceny, jakie kiedykolwiek widziałam. Peeta bawiący się z dzieckiem. Nigdy nie zapomnę jego uśmiechu, kiedy mógł na Łące pobawić się ze swoim synkiem. A później Katniss, która opowiada córce o swoich koszmarach. Boże, tonęłam we własnych łzach, kiedy uświadomiłam sobie, że to ten sam tekst z książki. Nie byłam na to przygotowana. Na taki cios, jaki zada mi epilog, bo był jeszcze piękniejszy, niż go sobie wyobrażałam.
"Ale są znacznie gorsze zabawy." I koniec. Ostatnie słowa z książki, jak i filmu.
A wiecie, co jeszcze złamało mi serce na sam koniec? Moment, w którym Rye rzuca się na Peetę, żeby go przytulić. Coś we mnie wtedy pękło. Było to tak piękne, że nie potrafię tego opisać słowami. Widzieć chłopca z chlebem, jako szczęśliwego tatę, który przezwyciężył wspomnienia z Kapitolu i na nowo mógł pokochać miłość swojego życia.
Kiedy zgasł ekran nie mogłam się ruszyć. A do tego "Deep in the Meadow", śpiewane przez Katniss. To było za dużo dla mnie jak na jedną noc. Siedziałam, jak wryta na tym fotelu, może trochę skulona, ale na pewno nie w pełni świadoma tego, co się stało. Jedyne, co byłam w stanie robić, to płakać, ale nie tak normalnie. To był ryk, albo nawet wycie. Płakałam do tego stopnia, że zaczęłam wydawać okropne, zwierzęce dźwięki i musiałam przytykać dłonie do ust, żeby je jakoś stłumić. Potem zaczęłam się dusić od tych szlochów i nie mogłam ruszyć się z miejsca. Byłam jak sparaliżowana. Nie zwracałam uwagi na ludzi, którzy niewzruszeni opuszczali salę, aż w końcu zostałam tylko ja i moja przyjaciółka. Zrozumiałam, że musimy już iść, choć chciałam zostać do końca napisów, ale   w jakim celu? Żeby zobaczyć, że po nich nie ma już nic? Że nie ma już zmieniającego się Kosogłosa? Żeby jeszcze bardziej się przygnębić?
W końcu wstałam z tego fotela. Nogi miałam jak z waty, zebrałam się do kupy i schodząc po schodach myślałam tylko o tym, żeby z nich nie spaść, choć i tak parę razy się potykałam. Po wyjściu z sali na świeże powietrze kolejny raz pękłam i na dobre się rozpłakałam. Tak często wyobrażałam sobie ten moment. Kiedy wychodzę z kina po ostatniej części Igrzysk, że w końcu musiał nadejść, a ja wciąż nie byłam na niego przygotowana. Ale na szczęście mam już go za sobą.
Całą drogę do domu bezustannie płakałam, aż mogłam wreszcie zdać się na nic nie warte  pocieszenia mamy. Ja i tak czułam okropny ból, a ona i tak wiedziała, że nic tym nie zdziała, więc pozwoliła mi po prostu to przecierpieć. Nadal okropnie płakałam, więc położyłam się w łóżku, aż w końcu udało mi się jakoś zasnąć.
Wiem, że za bardzo to wszystko przeżywałam, ale trybuci wiedzą, jaki to ból. Poza tym, jak już coś pokocham, to całym sercem i bardzo boli mnie, kiedy muszę się rozstać. Igrzyska naprawdę były i nadal będą jedną z najlepszych rzeczy, jakie spotkały mnie w dotychczasowym życiu. I wciąż po 3 tygodniach nie mogę oswoić się z myślą, że już nigdy nic nie będzie takie samo. Nigdy nie będę na nic tak z utęsknieniem czekać. Nigdy nie przyjdę na kolejne części ten pierwszy raz. Nigdy nie ujrzę nowych zdjęć z planu, czy wywiadów z naszą cudowną obsadą. Nie pogodzę się z tym końcem, który prześladował mnie od samego początku.
Chciałabym teraz cofnąć się w czasie do momentu, w którym dopiero poznawałam tą historię i stopniowo się w niej zakochiwałam. Jeszcze nigdy żadna książka nie zawładnęła moim sercem do tego stopnia.
Nawet teraz, po 3 tygodniach od premiery odczuwam tą dziwną pustkę, że nie mam już na co czekać. Że moje życie stało się szare i monotonne, bo faktycznie tak jest, ale oczekuję zapowiedzi, że będzie toczyć się dalej, bez względu na to, jak ważne ponieśliśmy straty. 
Ale jedno jest pewne. Nie zapomnę o tej pięknej historii, która tak wiele mnie nauczyła, i której tak wiele zawdzięczam. Zawsze będzie częścią mnie. I po prostu do dzisiaj dziękuję, że mogłam tak się w niej zagłębić i pokochać ją bez pamięci.
Katniss dała radę po wojnie wrócić do normalnego życia, więc i my musimy spróbować.

"But there are much worse games to play..."

"Here it's safe, here it's warm
Here the daisies guard you from every harm
Here your dreams are sweet and tomorrow brings them true
Here is the place where I love you..."







czwartek, 19 listopada 2015

This is the end.

Witajcie, kochani!
Tym razem, niestety nie przybywam z nowym rozdziałem, ale już objaśniam, dlaczego. Nie z powodu braku czasu, czy z powodu szkoły, ale mam znacznie poważniejszy problem. A mianowicie, komputer mi padł. Jestem tym totalnie załamana, bo nie mam na czym pisać notek, a nawet nie wiem, czy to co napisałam uda mi się odzyskać. Poza tym naprawa komputera też może trochę zająć, ale postaram się jak najszybciej mieć już go sprawnego.
Bloga nie zawieszam. Nie potrafiłabym obejść się od nie kontynuowania tej historii, ale wkrótce wrócę po naprawie komputera. Na pewno was o tym powiadomię na moim asku, a także tutaj. Przepraszam, ale to nie ode mnie zależy ;-;
Drugą kwestią jest to, że już jutro wychodzi ostatnia część Igrzysk- Kosogłos cz. II!
Czy tylko ja prawie cały czas płaczę i uwierzyć w to nie mogę? Jutro skończy się odliczanie, niecierpliwe czekanie, ale także skończy się ta piękna historia, która zawładnęła na pewno nie tylko moim sercem.
Idziecie na premierę, czy może na maraton? Nie krępujcie się i podzielcie się tym oraz swoimi odczuciami w komentarzu. A teraz takie pytanko ode mnie: spotkam się może z kimś na maratonie Igrzysk w Cinema City w Bydgoszczy? Nie bójcie się napisać!
Więc teraz mogę Wam życzyć tylko miłego seansu, żebyście nie załamali się psychicznie i macie przeżyć.
Niech los zawsze Wam sprzyja! Stay alive! .III.
PS Myślałam nad tym, żeby napisać taką oddzielną notkę o mojej opinii o Kosogłosie cz.
II, o odczuciach, maratonie na którym jutro będę.
Co o tym myślicie?
K. G.

sobota, 24 października 2015

42. "Nie chcę dalej tego ciągnąć"

Witajcie, kochani!
Tak, jeszcze żyję i przybywam z nowym rozdziałem, którym mam nadzieję Was choć troszkę zaskoczę :3 Wiem, że znów był duży odstęp pomiędzy notkami, ale wszystkie skargi kierujcie do mojego "kochanego" gimnazjum ;-; Ale jako zadośćuczynienie rozdział o wiele dłuższy od poprzednich i mam nadzieję, że to również docenicie :3
Nie ukrywam, że bardzo zależy mi na waszych komentarzach i następna notka pojawi się, o ile tutaj zobaczę powyżej 5 komentarzy. Przepraszam, ale tylko takim sposobem mogę zachęcić Was do komentowania.
Więc zapraszam do czytania i wyrażania swojej opinii w komentarzach <3
Pozdrawiam i niech los zawsze Wam sprzyja!
PS Zostało tylko 27 dni do Kosogłosa cz. II! ;-;
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Ciepły wiatr łagodnie owiewa moją twarz. Na chwilę przymykam oczy, starając się zapomnieć o wszystkich problemach, które otaczają mnie przez kilka ostatnich dni. Wdycham świeże powietrze, uspokajając oddech.
Dzisiejszy powrót do domu okazał się jeszcze trudniejszy, niż przypuszczałam. Gdy tylko przekroczyłam próg drzwi, wszystkie wspomnienia wróciły do mnie ze zdwojoną siłą. Na kanapie nadal widziałam Gale’a, który próbuje zedrzeć siłą moje ubranie. Miałam wrażenie, jakby wciąż był obecny w tym domu. Na początku było najgorzej- gdy tylko wzrok skierowałam ku kanapie, momentalnie zaczęłam szlochać. Później łzy przerodziły się w krzyki, których nie byłam w stanie opanować. Zataczając się po całym salonie i unikając kojących dłoni Peety wpadłam w histerię. Nie bardzo pamiętam, co miało miejsce po tych zdarzeniach, ale ostatnie, co zdążyłam zarejestrować, to moje przeszywające wrzaski na każdy dotyk, jakim Peeta mnie obdarowywał, chcąc w jakiś sposób ukoić mój strach.
Zamknięta wśród czterech białych ścian byłam równy tydzień. Większość tego czasu spędziłam na odpoczywaniu i drzemaniu, co wcale nie było łatwe zważając, że każdej nocy budziłam się z wrzaskiem przeszywającym całą salę. Doskonale wiedziałam, co mnie czeka, gdy tylko zamknę oczy- kolejna wyprawa do domu, na kanapę, gdzie Gale już na mnie czekał, uśmiechając się zawadiacko.
Prawie codziennie odwiedzali mnie wszyscy po kolei. Markotny  Haymitch, który i tak nie zamieniał ze mną zbyt wielu zdań, będąc na odwyku przez pielęgniarki, grożące wyrzuceniem z terenu szpitala. Effie, która nieporadnie próbowała mnie pocieszać, lecz doceniałam jej starania. I na koniec oczywiście Johanna, która nie krępowała się przed podbieraniem ode mnie morfaliny. Jednak ona i Peeta przesiadywali ze mną najdłużej.
Nie rozmawiałam z nim już więcej o incydencie z Gale’em. Mój mąż wie, że na razie to dla mnie drażliwy temat, co nie zmienia faktu, że nasze stosunki znacznie się ochłodziły. Johanna jednak zawsze starała się rozładować napiętą atmosferę pomiędzy nami. Nie mam pojęcia, jak długo jeszcze będą ciągnęły się te „ciche dni”. Peeta stara się nie okazywać tego dystansu do mnie, ale bez problemu potrafię go zauważyć. Choćby oznaką tego może być celowe odwracanie wzroku przez niego, kiedy rozmawiamy. Może „rozmawiamy” to niewłaściwe określenie przy wymianie zimnych i oschłych paru zdaniach.
Wzdrygam się na wspomnienie jego chłodnego tonu. Jeszcze nigdy nie słyszałam, żeby odzywał się do mnie w tak nieprzyjemny sposób. W gruncie rzeczy, ja także nie popisałam się uprzejmością. Samo wypomnienie mu, że tamtej nocy przesiadywał w piekarni było kompletnie nie miejscu. Nie mógł przewidzieć, co takiego zdarzy się, kiedy akurat będzie miał nocną zmianę. Nikt nie mógł.
Nie wiem, ile już czasu stoję na balkonie z rękoma skrzyżowanymi na piersi. Dopiero teraz dochodzi do mnie, że cała aż zesztywniałam. Prostuję się, a dłonie opieram na balustradzie, obserwując nowo wybudowany Pałac Sprawiedliwości oraz Ćwiek, który już w pełni nie służy, tak jak przed laty. Nie uważamy go za czarny rynek, handlujący zakazanymi towarami. Ludzie po prostu przyzwyczaili się do tego miejsca i powstał tutaj już całkiem legalny, normalny rynek.
Mój wzrok od Ćwieku wędruje ku Łące, a potem automatycznie spoglądam na las. Przyglądam się, jak ciepły wiatr łagodnie porusza wierzchołkami najróżniejszych drzew. Ten widok uspokaja mnie i odpręża, ale nadal nie mogę zapomnieć o najgorszym. Że to właśnie tam może przesiadywać Gale. Na tą rychłą myśl moje ciało tężeje, a plecy przeszywają nieprzyjemne dreszcze. Mam dziwne wrażenie, że nawet teraz, w tej chwili może mnie obserwować. Gwałtownie odskakuję od barierek, gdy sobie to uświadamiam. Z drugiej strony Gale nie jest na tyle głupi, żeby po tym, co mi zrobił ukrywać się gdzieś w lesie. Może brać pod uwagę fakt, że zgłosiłam sprawę do Strażników Pokoju, a oni pierwsze, co zrobiliby w tym kierunku, to oczywiście zaczęliby poszukiwania od lasu.
Nagle nieruchomieję, gdy czuję czyjeś dłonie, oplatające mnie wokół pasa. W pierwszej chwili mam zamiar krzyknąć, ogarnięta paniką, ale gdy jego palce złączają się na moim brzuchu i tym samym mogę dostrzec na nich obrączkę, już nieco się uspokajam. Peeta delikatnie i jeszcze niepewnie przytula mnie od tyłu, dając mi tym nieznacznym gestem powód do uśmiechu. Kładę swoje dłonie na jego i kciukiem głaszczę ich zewnętrzną część.
-Jesteś spięta- stwierdza szeptem, tuż przy moim uchu, co jest powodem moich lekkich dreszczy. Milczę. Jedyne, co jestem w stanie w tej chwili zrobić, to położyć głowę na jego obojczyku. Nie mam ochoty znów wracać do niekończącej się rozmowy o tamtej felernej nocy. A tym bardziej nie dzisiaj.
Peeta, widząc moją rezygnację nie odzywa się już ani słowem. I tak tkwimy w nieruchomym uścisku aż chłopak zaczyna delikatnie przesuwać palcami po moim brzuchu. Jak za pstryknięciem palcami, zapominam o jakichkolwiek problemach i troskach. Ten drobny gest sprawił, że zaczynam myśleć tylko o nas, jako o kochającej się rodzinie, która nie może żyć w ciągłym strachu i uprzedzeniu. Przez ostatnie lata już dość chodziłam przerażona na jakikolwiek drobny ruch, nawet z mojej strony. Nie mogę tego kontynuować, bo będzie mi tylko coraz ciężej, a Willow nawet mi tego nie ułatwia.
Jeszcze przez chwilę stoimy w zupełnej ciszy, obserwując Dystrykt Dwunasty pogrążony w głębokim śnie, aż moje usta niekontrolowanie wypowiadają pytanie, które mnie samą zaskakuje:
-Jak my jej o tym wszystkim opowiemy?- szepczę i dopiero po krótkim czasie dochodzi do mnie, co takiego właśnie powiedziałam. Peeta tylko lekko muska moje czoło ustami.
-Będziemy musieli się przełamać i wszystko jej wyjaśnić, jak na kochających rodziców przystało- odpowiada, a jego słowa zanikają wśród wiosennego wiatru. Po chwili jednak dodaje: -Boisz się?
-To zależy czego bardziej. Samego rozwiązania, czy tego, co będzie po nim.
-Pamiętaj, że bez względu na wszystko, będę przy tobie. Zawsze. Razem damy sobie radę nawet z najgorszymi przeciwnościami losu, jeśli tylko na nowo obdarzymy się zaufaniem.
Słowa Peety lekko mnie zaskakują, ale już domyślam się, w jakim kierunku zmierza ta rozmowa. Marszczę brwi, obracając się w jego ramionach tak, że teraz jego oddech przyjemnie owiewa moją twarz.
-Przecież ja ci ufam… ale nie jestem pewna, czy ty ufasz mi, zważając na to, że każda nasza rozmowa schodzi na ten sam tor i założę się, że teraz też tak będzie.
Twarz Peety momentalnie przybiera smutny wyraz, aż przez moment robi mi się go żal. Przez jego błękitne tęczówki przebija się rozczarowanie, ale też determinacja i już wiem, że nadal nie zamierza tak łatwo mi odpuścić.
-W takim razie powiedz mi, co tak naprawdę wydarzyło się tamtego wieczoru, a już nigdy o tym nie wspomnę- wiedziałam, że prędzej czy później o to zapyta. Teatralnie przewracam oczami, okazując moje niezadowolenie, a chłopak przysuwa mnie bliżej siebie- Jeśli nie masz przede mną żadnych tajemnic, możemy znów sobie zaufać i zacząć wszystko od nowa.
-Ale ja ci ufam, a skoro ty nie potrafisz zaufać mnie, to ty masz z tym problem. Poza tym, niby co mielibyśmy zacząć od nowa? Gale wciąż jest na wolności, a tak długo, jak on bez żadnych przeszkód będzie poruszał się po Dwunastce, żadne z nas nie zazna spokoju. Już po zrujnowaniu naszego starego domu chciałam zacząć wszystko od nowa, bez zbędnych zmartwień i obaw o własne życie, ale właśnie wtedy zaczęło się najgorsze. Sam przecież to odczuwałeś. Strach opanował nasze życie do tego stopnia, że nie potrafiliśmy cieszyć się nawet z najmniejszych rzeczy. Peeta, ja nie chcę dalej tak tego ciągnąć. Nie chcę, żeby Willow to odczuła. Że nasze życie to jedna, wielka tykająca bomba, która w każdym momencie może wybuchnąć…
Z trudnością hamuję się przed kolejnym w tym dniu wylewem łez i przełykam wielką gulę w gardle. Spoglądam w jego oczy, błyszczące jak zawsze, ale mam wrażenie, że właśnie w tym momencie, z sekundy na sekundę tracą swój blask. Zamiast niego, widzę w nich tylko swoje własne odbicie i żadnego ludzkiego uczucia. Jestem przekonana, że dzieje się coś złego, kiedy Peeta kładzie swoją dłoń na moim policzku.
-Dlatego, żeby to wszystko zakończyć potrzebujemy swojego wsparcia i zaufania. Katniss, dlaczego po prostu nie możesz mi powiedzieć o tamtym wieczorze? Masz przede mną coś do ukrycia, prawda?
-A dlaczego tak bardzo ci na tym zależy, żeby wiedzieć?
-Bo najzwyczajniej cię kocham, a teraz nie tylko martwię się o ciebie, ale i o was dwie. Nie chciałbym znów stracić jedynych, najważniejszych osób w moim życiu. Katniss, proszę…- jego głos jest ciepły i przepełniony troską, więc nie sposób jest mu się oprzeć, ale muszę zachować trzeźwy umysł, żeby nie dać się omamić. Peeta spogląda na mnie pokrzywdzonym wzrokiem, a ja nie potrafię już dalej tego wszystkiego ukrywać, szczególnie pod naciskiem jego oczu. Już moje usta moją mu wszystko wyśpiewać, kiedy postępuje szybko i niespodziewanie. Natychmiast zbliżam swoje wargi do jego z takim impetem, że chłopak na chwilę traci równowagę. Zaczynam gwałtownie i namiętnie całować jego usta, a Peeta mi w tym wtóruje. Nie spodziewałam się tego po nim. Zawsze zaczynał delikatnie i nieśmiało- dopiero potem przechodził do coraz śmielszych pocałunków.
Zajadle smakuję jego ust po tak koszmarnie długim czasie, a on tradycyjnie przejeżdża palcami po linii mojego kręgosłupa. Wplatam palce w jego blond włosy i zamykam oczy, rozkoszując się tą rzadką chwilą beztroski, jaka została nam dana. Mam wrażenie, jakby wszystko inne przestało istnieć. Jakbym nigdy nie brała udziału w Igrzyskach, nigdy nikogo nie zabiła, nigdy nie spotkała Gale’ a i nie straciła siostry. Jakbym wiodła całkiem spokojne życie i żaden strach nie zamieszkał w moim sercu. Kiedy jednak Peeta odrywa swoje usta od moich, cały czar prysł. Znów powróciło do mnie wszystkie wspomnienia. Jesteśmy tylko parą żyjących zwycięzców, stojących na balkonie swojego domu w Dwunastym Dystrykcie i nigdy nie uwolnimy się spod szponów obezwładniającego strachu.
-Błagam, nie przestawaj… Chcę o tym wszystkim zapomnieć, a tylko ty potrafisz to uczynić- szepczę, mając łzy na czubku nosa, ale Peeta tylko chwyta w palce mój podbródek, by móc spojrzeć w moje szare oczy.
-Bądź prawdomówna, proszę…
Szybko w myślach analizuję wszystkie zdarzenia, jakie mogą wpaść do głowy Peety po tym, jak powiem mu o wiadomości Sierry i o tym, że w ogóle miałam czelność ruszyć się z domu w środku nocy. Chłopak jest aż nadto opiekuńczy, więc mogą mu przyjść wszystkie pomysły do głowy, byle tylko zapewnić mi bezpieczeństwo. Zażąda, żebym pod jego nieobecność w ogóle nie wychodziła z domu, zamknie mnie w pokoju, albo w najlepszym wypadku nakaże Haymitchowi lub Johannie pilnowanie mnie. Prawdomówność kategorycznie odpada.
-Dobra, wygrałeś…- mówię niezadowolona- Sprzątałam, to wszystko. Potem zadzwonił dzwonek do drzwi, myślałam, że to ty wróciłeś z pracy i zapomniałeś kluczy od domu, więc bez zastanowienia otworzyłam. Sam wiesz, kto za nimi stał…
Peeta powoli analizuje moje słowa, ale nie jest nimi przekonany. Marszczy brwi i powoli kiwa głową, a ja już wiem, że mi nie wierzy. Koniec. Straci do mnie zaufanie i zamknie mnie na cztery spusty.
-A to ciekawe, Johanna mówiła mi coś zupełnie innego- mówi zaczepnie, a ja staję jak wryta.
Johanna! A to papla… Wiedziałam, że nie powinnam była jej jeszcze ufać! Mojego krótkiego wypadu do lasu nie potrafiła zachować w tajemnicy, a co dopiero wiadomość, którą otrzymałam od Sierry.
Peeta nagle odsuwa się ode mnie na krótką odległość. Widzę w jego oczach gniew i przebijającą się frustrację, a ja już wiem, że nie mam co liczyć na więcej pocałunków.
-Dlaczego musisz mnie tak okłamywać?! Katniss, jesteśmy małżeństwem! Związek przede wszystkim opiera się na zaufaniu, a nam go brakuje! Johanna wszystko mi powiedziała. Że byłaś w środku nocy w lesie i urządziłaś sobie krótkie polowanie. Wyjaśnij mi, co ty sobie wtedy myślałaś?! Po pierwsze- jesteś w ciąży. Kiedy to w końcu do ciebie dotrze?! Teraz nie tylko chodzi o ciebie, ale także o naszą córkę, na której i tak wszystko się odbija. Naprawdę chcesz zabić kolejne istnienie?!- tutaj na chwilę przerywa, zaciskając powieki i odwracając się ode mnie. Szybko i kurczowo chwyta się balustrady, a ja milczę. Stoję tylko, jak słup soli, bo co w takiej sytuacji powinnam zrobić? Po chwili w końcu pokonuję odrętwienie i pewnym krokiem podchodzę do Peety, który zdaje się z sekundy na sekundę coraz ciężej i łapczywiej oddychać. Słyszę swoje własne bicie serca, kiedy ostrożnie kładę dłoń na jego ramieniu. Chłopak momentalnie odwraca się w moim kierunku, przy okazji odrzucając moją rękę.
-To właśnie przez tą wyprawę do lasu, Gale zdołał cię dopaść! Domyślił się, że nie pozwoliłbym wyjść ci z domu w nocy, a skoro jednak wyszłaś, to muszę być gdzieś indziej. Sama zastawiłaś na siebie sidła! Sama jesteś za to wszystko winna!- Peeta jeszcze nigdy aż tak nie podnosił na mnie głosu. Zmierza w moim kierunku, niczym taran, a ja tylko się cofam, uważając, żeby nie potknąć się o brzeg dywanu, gdy wchodzimy do pokoju. Wściekłość wymalowana na jego twarzy nie zwiastuje nic dobrego, a ja obawiam się najgorszego. Że błyszczące wspomnienia w każdej chwili mogą powrócić.
-Nie rozumiesz, że zachowałaś się jak małe, rozkapryszone dziecko, które nie myśli, jakie mogą mieć konsekwencje jego postępowanie?! I ty się wtedy dziwisz, że nie mam do ciebie zaufania?! Nie mam i nie będę miał, jeśli w tej chwili się nie opamiętasz! Naprawdę chcesz pogrzebać nasz związek?! Chcesz tego?! Bo w tym momencie wisimy nad krawędzią. Kolejny raz mnie okłamałaś, ja nie mogę tego tak po prostu puścić mimo uszu, Katniss!
Z każdym krokiem, jaki wykonuje w moją stronę dostrzegam, jak jego tęczówki diametralnie ulegają zmianie. Najpierw błękitny blask zastępuje zielonkawa poświata, która nadaje twarzy chłopaka jeszcze większej wściekłości. Po chwili jednak tęczówek już w ogóle nie potrafię dostrzec. Zostały zastąpione przez czarne, jak węgiel źrenice, a to oznacza tylko jedno.
Część mnie krzyczy, żebym uciekała, być może jeszcze zdołałabym dobiec do drzwi Haymitcha, ale decyzję podejmuję stanowczo za późno. Nadal cofam się na oślep, aż w końcu moje nogi dotykają miękkiego prześcieradła łóżka. Peeta naciera na mnie, cały aż kipiąc z frustracji. Czekam na uderzenie, które zwali mnie z nóg. Być może już się nie podniosę. Być może stracę córkę. Być może stracę męża.
Jednak zamiast uderzenia następuje popchnięcie, dzięki któremu upadam na łóżko. W następnej sekundzie nastaje ciemność, a mi zaczyna brakować tchu. Chwilę zajmuje mi orientacja w sytuacji. Jedyne, co słyszę to pogardliwy głos Peety i niezbyt miłe słowa skierowane w moim kierunku.
Duszę się. Nie mogę oddychać. Poduszka, przyciskana z całej siły do mojej twarzy odcina mi dopływ powietrza. Nie daję za wygraną, bo tak, jak powiedział Peeta, teraz nie chodzi tylko o mnie. Próbuję się jakimś cudem oswobodzić, ale moje wysiłki na nic się nie zdają. Chłopak jest za silny, a tym bardziej dla mnie. Bardzo szybko zaczynam panikować, a do moich oczu napływają łzy strachu. Kiedy zaczynam już tracić siły i oswajać się z opcją nieuchronnej śmierci, zaciskam paznokcie na nadgarstkach Peety, pomagając mu w ten sposób wrócić do rzeczywistości, bo dzięki cierpieniu może się skupić na tym, co jest tu i teraz. Wbijam paznokcie tak mocno, że czuję, jak jego krew spływa po moich palcach. Nie chcę sprawiać mu bólu, ale teraz to jest jedynym wyjściem, żebym mogła przeżyć.
 Ściskam jego nadgarstki tak mocno, że aż boli, ale nie przestaję, aż w końcu zupełnie tracę siły. Mam wrażenie, jakby moje płuca płonęły żywym ogniem. To koniec- myślę i odrywam paznokcie od jego nadgarstków i wtedy właśnie nie czuję już nacisku na twarz. Ostatkami sił zdejmuję poduszkę i łapczywie wdycham świeże powietrze, tak długo aż zaczynam się krztusić własnymi łzami. Parę minut zajmuje mi uspokojenie oddechu oraz mojego rozdygotanego ciała. Po chwili odwracam wzrok ku Peecie, który kuli się pod jedną ze ścian pokoju, wbijając paznokcie w nadgarstki. Jego twarz jest roztrzęsiona i cała czerwona, ale powoli dochodzi do siebie. Widzę to w jego oczach, które stopniowo nabierają znów błękitnej barwy.
Wykończona opadam na łóżko nie zwracając uwagi na dyszącego Peetę w kącie pokoju. W tym momencie pamiętam tylko o tym, żeby oddychać.
Po paru minutach czuję jego palce na moim policzku. Momentalnie ogarnięta paniką, że znów chce mnie udusić, podnoszę się do pozycji siedzącej, unikając jego dłoni.
-Spokojnie, Katniss. Nic ci już nie zrobię…- uspokaja mnie, a ja mu wierzę, bo nie widzę nic niepokojącego w jego oczach- Nic ci nie jest?
W odpowiedzi tylko przecząco kręcę głową, bo nie stać mnie na więcej. Peeta dokładnie lustruje wzrokiem każdą część mojego ciała.
-Na pewno? Możemy pojechać do szpitala, żeby się upewnić.
Jego opiekuńczy ton od razu mnie denerwuje, ale nic nie mówię, tylko znów przecząco kręcę głową. Jestem zbyt zmęczona, żeby jeszcze się z nim wykłócać. Peeta chwyta mnie za dłoń i delikatnie ściska moje palce.
-Chciałem cię przeprosić za to, że któryś już raz próbowałem cię zabić, ale ja naprawdę nie mogę tego kontrolować. Przepraszam, Katniss. To ja stanowię dla ciebie jeszcze większe zagrożenie niż Gale- mówi i widzę, jak te słowa muszą sprawiać mu trudność. Spuszcza wzrok, bo nie jest w stanie już dłużej patrzeć w moje przestraszone oczy.
 -Co? Peeta, co ty wygadujesz?- mój głos jest ochrypły i jeszcze nie w pełni sił. Nie rozumiem, co przez to chłopak pragnie powiedzieć i nie chcę nawet myśleć, do czego zmierza.
-Zabiłem kogoś, rozumiesz?- szepcze, zaciskając palce na kołdrze- Zabiłem chłopaka, który był mną…
-Nie, Peeta…- zaprzeczam, gorączkowo kręcąc głową. Czuję, jak słone łzy zaczynają zbierać się pod moimi powiekami- Dawny ty jesteś nadal w środku.
Blondyn spogląda głęboko w moje oczy, kiedy pierwsza łza zaczyna spływać po moim policzku, aż w końcu skapuje na jego dłoń. Mam wrażenie, jakby ta chwila trwała całą wieczność.
-Katniss, próbowałem cię zabić. Powinienem stąd odejść.
Tego jednego, prostego zdania obawiałam się od zawsze. I właśnie teraz, kiedy mój mąż wstaje, by tak po prostu wyjść z pokoju i zniknąć z mojego życia, pękam na małe, drobne kawałeczki. Łzy obficie spływają po moich policzkach, a ja nie potrafię opanować oddechu, który z każdą następną sekundą mi się urywa.
-Dlaczego chcesz mnie tak po prostu zostawić po tym wszystkim, co przeszliśmy?- szlocham, obejmując się ramionami, żeby chociaż trochę uspokoić oddech. Peeta zatrzymuje się i odwraca w moim kierunku, a kiedy zauważa, w jakim jestem stanie widzę, że powstrzymuje się od zmiany decyzji i wtulenia się w moje ciało.
-Nie chcę cię zostawiać. Za bardzo się do ciebie przywiązałem. Za bardzo cię kocham. Za bardzo mi na tobie zależy, żebym cię zostawił, ale czasami jedynym sposobem chronienia osoby, którą się kocha, jest trzymanie się od niej z daleka- Peeta odwraca się do drzwi, kiedy i do jego oczu napływają łzy, których nie sposób jest pohamować. Jego słowa kłują moje serce raz za razem jeszcze długo po ich wypowiedzeniu. Czuję w piersi obezwładniający ból od nadmiernego płaczu, ale pomimo tego ostatni raz ponawiam próbę zatrzymania go.

-Peeta, zaczekaj- chłopak ostatni raz zatrzymuje się w drzwiach i spogląda na mnie smutnymi, błękitnymi oczami, w których nie mogę dostrzec niczego innego, jak ból- Nadal cię kocham…


sobota, 26 września 2015

41. "Nazywam się Katniss Mellark"

Witajcie!
Na początku znów chciałabym Was przeprosić za aż miesięczne opóźnienie z notką, ale szkoła, a w szczególności 3 klasa gimnazjum nie sprzyja pisaniu rozdziałów. Do tego chciałabym nazbierać w miarę dobrych ocen, by przekonać rodziców do premiery Kosogłosa cz. II w Berlinie, więc praktycznie cały czas siedzę nad książkami.
Jednak coś udało mi się naskrobać. Wiem, że ten rozdział jest taki mdły i nic się w nim nie dzieje, ale mam nadzieję, że chociaż Wam przypadnie choć trochę do gustu i podzielicie się swoimi opiniami w komentarzach.
Wcześniej nie miałam okazji, żeby życzyć Wam udanego roku szkolnego i niech los zawsze Wam sprzyja!
PS 55 dni do Kosogłosa cz. II! Czy Wy też jesteście załamani, że to wszystko tak szybko zbliża się ku końcowi? ;-;
Pozdrawiam
K. G.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
-Krwotok wewnątrzczaszkowy?- powtarzam z niedowierzaniem w głosie. Odruchowo dłonią dotykam bandaży, które starannie obwiązują moją obolałą głowę. Na chwilę pod wpływem bólu zamykam oczy i lekko się krzywię. Cała ta sytuacja zaczyna mnie przerastać. Nie potrafię jeszcze sensownie zebrać wszystkich myśli, a już zostaję bombardowana coraz to nowszymi informacjami. Oddycham głęboko, by trochę się uspokoić. Mam ochotę znów stworzyć wokół siebie niewidzialną barierę, odizolować się od wszystkiego i od każdego. Nawet od Peety.
Nie mam do niego żalu za tamtą noc, jednak coś utrzymuje mnie w przekonaniu, że powinnam go winić. Nie oszukujmy się- gdyby nie pracował na nocnej zmianie, z pewnością zostałby ze mną, Gale nie zrobiłby mi krzywdy i nie musielibyśmy przedzierać się przez sterylnie białe korytarze szpitala.
Nie. Nie powinnam tak myśleć.
Peeta nie wiedział. Nikt nie wiedział, jakie niespodzianki może przynieść tamta noc. Fakt faktem, że niepotrzebnie w ogóle ruszałam się z domu. I co takiego tym osiągnęłam? Zdobyłam zaledwie rąbek nieistotnych informacji od Sierry, które nawet nie wiem, czy są w stu procentach prawdziwe. Tyle zachodu- ryzykowanie życia dwójki osób, praktycznie po nic. Zaciskam kurczowo palce na kołdrze na brzuchu. Fakt, że mogłabym stracić Willow każe myśleć mi o sobie, jak o morderczyni. W gruncie rzeczy i tak już nią jestem. Katniss Everdeen zabiła tysiące niewinnych ludzi, ale Katniss Mellark obiecała sobie, że już nigdy nikogo nie skrzywdzi. I dotrzyma danego słowa.
Po paru badaniach, przez które przechodzę bez nawet cichego jęknięcia, lekarz oznajmia, że za kilka minut pielęgniarki przyniosą mi kolację i wychodzi, pozostawiając mnie pod opieką Peety. Z początku staram się unikać jego przeszywającego wzroku, bawiąc się nitką od kołdry. Wydaje mi się, że on także nie wie, jak miałby się zachować w takiej sytuacji. Chyba pierwszy raz od czasu ślubu czujemy się zakłopotani w swojej obecności. Zazwyczaj wystarczało nam tematów do rozmów, nawet tych błahych. Niekiedy także milczenie nas zadowalało, a w ostateczności nieśmiałe pocałunki. Teraz w swoim towarzystwie czujemy się co najmniej niekomfortowo.
-Musimy to gdzieś zgłosić- po paru minutach odzywa się jako pierwszy, ściskając moją dłoń, by dodać mi otuchy.
-Nie chcę teraz o tym rozmawiać- oznajmiam, odtrącając jego rękę i nie odrywając wzroku od nitki.
-Jak to nie chcesz o tym rozmawiać? W takim razie, kiedy będziesz miała ochotę? Gdy Gale znów wróci, by rozprawić się z tobą raz na zawsze?
Ton jego głosu sprawia, że zimne ciarki przebiegają po moich plecach. Odrywam wzrok od nitki, by spojrzeć głęboko w jego oczy i obdarować go morderczym spojrzeniem.
-Przepraszam- szepcze ze skruchą w głosie.
-Skąd wiesz, że wróci?
-Katniss, czy ty się słyszysz?- pyta z niedowierzaniem- Masz teraz zamiar go bronić, po tym, co ci zrobił? Gale na pewno wróci. Tacy, jak on zawsze wracają. Poza tym sam nam dał do zrozumienia, że jeszcze z nami nie skończył.
Przełykam głośno ślinę. Peeta ma absolutną rację. Gale prędzej, czy później i tak wróci po to, czego nie dostał ostatnim razem. Tylko boję się, że teraz nie tylko ja mogę ucierpieć na jego wizycie. Zakładam, że jego głównym celem stanie się Peeta. Gdy on będzie w pobliżu, Gale nie ma szans, żeby rozprawić się ze mną. I to mnie przeraża najbardziej. Mój były przyjaciel najpierw zabije mojego męża, żeby później móc bez przeszkód dobrać się do mnie.
-Nie będziemy tego nigdzie zgłaszać. To go jeszcze bardziej rozwścieczy- decyduję stanowczo. Nie mam pewności, czy dobrze robię, ale nie dam Gale’owi tej satysfakcji. Niech myśli, że nie udało mu się mnie zastraszyć.- Poza tym, powtarzam ci po raz kolejny, że nie chcę teraz o tym rozmawiać.
Peeta tylko z niedowierzaniem kręci głową, cały czas się we mnie wpatrując.
-Nie możesz zrozumieć, że chcę ci po prostu tylko pomóc? Zapewnić bezpieczeństwo, żeby nikt cię już nie skrzywdził, a tym bardziej on?
-Jeśli chciałeś zapewniać mi bezpieczeństwo, trzeba było tamtej nocy siedzieć ze mną w domu, a nie zajmować się wypiekami w piekarni!- nie panuję nad słowami, które same wylewają się z moich ust. Mój podniesiony głos tylko przyczynił się do jeszcze większego bólu gdzieś w okolicach skroni. Peeta wygląda na zdziwionego, jakby zapomniał, że ja również potrafię postawić na swoim, ale w jego niebieskich tęczówkach mogę dostrzec jeszcze błysk żalu skierowany w moim kierunku.
Przez krótką chwilę zaborczo wpatrujemy się w siebie nawzajem, aż drzwi do sali z hukiem otwierają się, by ugościć w nich zdenerwowaną Johannę.
-Pomyślelibyście, że w tym zapyziałym bufecie nie mają nawet kubka gorącej czekolady? A o pączku już nawet nie wspomnę. Zero profesjonalizmu i klasy, a to jak traktują klientów, po prostu porażka!- ostatnie zdanie wykrzykuje, odwracając się na korytarz. Pomimo sytuacji, w jakiej przed chwilą razem z Peetą się znalazłam, kąciki moich ust lekko unoszą się ku górze. Johanna zawsze potrafi poprawić mój humor i rozładować napiętą atmosferę.- Oh, Katniss, obudziłaś się już. Peeta opowiadał, że strasznie krzyczałaś przez sen i musieli dać ci jakieś środki uspokajające, ale naprawdę było słychać cię aż na korytarzu. Darłaś się, jakby Gale znów próbował ci coś zrobić.
Moja mina momentalnie rządnie. Johanna widząc mój wyraz twarzy próbuje jakoś wybrnąć z kłopotliwej ciszy, która zawisła między nami:
-Dobra, nie śmieszne- mówi, podchodząc w kierunku mojego łóżka i kładąc dłonie na barierkach- Zawsze myślałam, że twój kuzyn, to porządny i rozsądny facet, a tymczasem okazał się dupkiem, zresztą jak wszyscy faceci. Oczywiście bez obrazy, Peeta- mój mąż robi skwaszoną minę, ale nie obrusza się o te nieistotne zarzuty- I pomyśleć, że chciałam się z nim umówić. Co za ironia…
Johanna wzdycha, a po chwili przysuwa jedną ręką krzesło do mojego łóżka, by na nim usiąść.
-Mógłbyś nas na chwilę zostawić? Chciałabym porozmawiać z Katniss w cztery oczy.
-Jasne, i tak za chwilę miałem wyjść- Peeta wzrusza ramionami, posyłając mi niezbyt miłe spojrzenie i bez słowa wychodzi z sali.
-Och, ale chłodnawo… O coś znowu wam poszło, zgadza się?- stwierdza Johanna, odgarniając ciemną grzywkę z czoła. W odpowiedzi tylko lekko kiwam głową- Nie wyżywaj się tak na nim. Nawet nie wiesz, jak się o ciebie martwił. Siedział całymi dniami i nocami na korytarzach, aż pielęgniarki zaczęły go wyganiać, ale on był tak uparty, że w ostateczności pozwoliły mu zostać do twojego wybudzenia się. A tak między nami, zauważyłam, że parę z nich próbowało się przystawiać do Peety, więc pilnuj go, bo takiego faceta ze świecą szukać, uwierz mi.
Słowa Johanny lekko mnie zaskakują. Marszczę brwi, zastanawiając się, jakbym się czuła, gdybym ujrzała Peetę z inną kobietą. Nigdy o tym nie myślałam, ale teraz czuję ukłucie zazdrości. Z drugiej strony mój mąż nie jest taki, żeby obściskiwać się po kątach z inną, a tym samym mnie zdradzić. Tyle razy powtarzał mi, jak bardzo mnie kocha, a ja mu wierzę i ufam, lecz później może okazać się to zgubne.
-Jesteśmy z tobą, Katniss. Wszyscy. Począwszy od twojej mamy, dzwoniącej co chwilę do Peety, a na podpitym Haymitchu, śpiącym na korytarzu skończywszy. Gdy dowiedziałam się, co takiego usiłował zrobić ci Gale, nie mogłam w to uwierzyć, ale na szczęście do niczego między wami nie doszło, zgadza się?- potakująco kiwam głową- No, więc nie przejmuj się nim, bo masz jeszcze nas.
-I właśnie to mnie martwi najbardziej- wzdycham, a dziewczyna tylko pytająco unosi brwi- Johanna, ty naprawdę jeszcze tego nie dostrzegłaś? Teraz, gdy Gale po mnie wróci najpierw rozprawi się z wami, a dopiero później ze mną, bo nikt już nie będzie w stanie mi pomóc. Nie chcę, żeby ktokolwiek z mojej winy znowu został pozbawiony życia, a tym bardziej jeśli chodzi o was.
-Jak tak stawiasz sprawę, to serdecznie ci gratuluję, Katniss. Gale nie ma z nami szans, poza tym na pewno nie zostawimy cię na pastwę losu. Wrzuć trochę optymizmu do tego swojego mętnego życia, a nie cały czas chodzisz przygnębiona, jak ostatnia ofiara. Dziewczyno, obudź się! Nie ma już Igrzysk, a dlaczego? Bo pewien Kosogłos postanowił sprzeciwić się każdemu i wszystkiemu i osiągnął to, co zamierzał. Poniósł straty, nawet ogromne, ale spójrz na to z innej perspektywy. Przysłużyłaś się każdemu obywatelowi Panem oraz przyszłym pokoleniom. Masz kochającego faceta, który już dawno oddałby dla ciebie życie, a za chwilę będziecie mieć dziecko, więc przestań żyć przeszłością, weź się w garść i skup się na tym, co jest tu i teraz.
Johanna naprawdę powiedziała to wszystko z sensem, nie jako psycholog, tylko najlepsza przyjaciółka. Postanawiam wziąć sobie do serca jej słowa i spróbować zacząć żyć według nich.
-No, dobra, a teraz gadaj, gdzie szlajałaś się tamtego wieczoru, co?- pyta dziewczyna, uważnie lustrując mnie swoim spojrzeniem. Już mam ochotę skłamać, ale pod naciskiem jej oczu nie potrafię wymyślić żadnego sensownego argumentu. Przez krótką chwilę zastanawiam się, czy nie podzielić się z nią tym, co usłyszałam od Sierry. Johanna wyczekująco na mnie spogląda, a ja biję się z myślami. Czy rzeczywiście dziewczyna jest godna mojego zaufania, żebym mogła wyjawić jej takie informacje? W końcu decyduję się na prawdomówność. Nie jestem w stanie sama dźwigać ciężaru tej wiadomości i moje usta same chcą jej wszystko wyjawić, więc wreszcie im na to pozwalam. Opowiadam Johannie o wszystkim. Od rzekomej śmierci Paylor po wznowienie Igrzysk. Dziewczyna analizuje każde moje słowo, ale jej końcowa reakcja mnie zaskakuje- omal nie wybucha śmiechem. Marszczę brwi, przybierając poważną minę, dając jej do zrozumienia, że wcale nie żartuję.
-Cóż, teraz mogę uznać, że kompletnie ci odbiło- stwierdza Johanna, a ja już chcę zaprzeczyć, lecz skutecznie mi przerywa- Ale to nie zmienia faktu, że jednak jakaś cząstka mnie chce ci uwierzyć. Co za paranoja… dopiero wyrwaliśmy się spod rebelii i igrzysk, a tu już czekają nas kolejne wyzwania. Jeszcze dziś skontaktuję się z Plutarchem, może akurat uda mi się do niego dodzwonić.
-Ale pamiętaj, że to wszystko zostaje między nami. I przede wszystkim nie wspominaj nic o Sierrze. Ryzykowała życiem, żeby przekazać mi tę wiadomość.
-Jasne, ma się rozumieć- dziewczyna potakuje, posyłając mi ciepły uśmiech.
Po chwili jedna z pielęgniarek przynosi dla mnie na tacy kilka kanapek oraz waniliowy budyń, lecz gdy tylko spojrzę na jedzenie, momentalnie zaczyna mnie mdlić. Nie mam pojęcia, dlaczego właśnie tak reaguje mój organizm. Może to po środkach uspokajających, z których dobrą godzinę temu dopiero się wybudziłam. Całą moją kolację oddaję Johannie, która bez zbędnego odmawiania ją przyjmuje i pochłania w parę minut.
Powoli zbliża się godzina dziewiętnasta, a ból w tylnej części głowy z każdą minutą tylko bardziej się nasila. Johanna przed chwilą wyszła, uznając, że przyda mi się trochę odpoczynku. W tej kwestii również się z nią zgadzam. Nie mam sił na dalsze rozmyślanie na temat Gale’a. Już dość, że przerażające obrazy z tamtej nocy cały czas siedzą w mojej obolałej głowie.
Układam się wygodniej na łóżku i zamykam oczy, przekonana, że sen w jakiś sposób ukoi mój ból, lecz tego właśnie boję się najbardziej. Kolejnych koszmarów i pobudek z krzykiem utkwionym w gardle, ale muszę przezwyciężyć ten strach, tak jak wszystko inne.
Słyszę dźwięk zamykanych drzwi, a później kroków w stronę mojego łóżka, ale nie otwieram oczu. Kimkolwiek jest ta osoba niech myśli, że właśnie śpię, a ja nie zamierzam wyprowadzać ją z błędu. Po chwili czuję ciepły ucisk na mojej dłoni i muszę się powstrzymać, żeby nie unieść w górę kącików ust. Nie mam siły ani ochoty wdawać się w kolejną dyskusję z Peetą, więc pozostaję w bezruchu tak długo, aż puszcza moją dłoń i opiera się plecami o oparcie krzesła. Czuję na sobie jego przeszywający wzrok, co jeszcze nasila ból mojej głowy, ale staram się go ignorować. Muszę pozbierać wszystkie myśli w spójną całość, a na to znam tylko jeden sposób.

Nazywam się Katniss Ever… Mellark. Mam prawie osiemnaście lat. Moim domem jest Dwunasty Dystrykt. Brałam udział w Głodowych Igrzyskach. Dwa razy. Przeżyłam. Byłam Kosogłosem i nadal nim jestem. Straciłam siostrę. Przeprowadziłam rewolucję. Zabiłam Snowa. Moim mężem jest Peeta Mellark. Spodziewamy się dziecka. Mój były przyjaciel chce mojej krwi…