środa, 5 sierpnia 2015

39. "Znam takie miejsca"

Witajcie, kochani! <3
Myślałam, że uda mi się napisać tą notkę wcześniej, ale słowa w ogóle mi się nie kleiły i sami chyba rozumiecie... Wakacje, gorąco, wyjazdy, spotkania... Ja sama nie chciałabym spędzić tego czasu przed komputerem. Nie to, że mi się nie chce pisać. Bardzo lubię to hobby, ale chciałam też trochę odpocząć od tego myślenia nad dalszymi wydarzeniami. Poza tym u mnie nie ma tak, że piszę rozdział w parę godzin. Owszem, czasem tak jest, ale to sporadyczne wypadki, które mogłabym policzyć na palcach jednej ręki. Ten rozdział dla przykładu pisałam ponad półtora tygodnia, a i tak nie wyszedł tak, jakbym tego chciała. W lato wena się mnie nie klei, nie mam siły siedzieć całe popołudnie, zamknięta w pokoju, głowiąc się nad napisaniem notki, więc przepraszam za jakiekolwiek spóźnienia i niedopatrzenia w tym rozdziale.
Po drugie, myślałam, że uda mi się napisać wcześniej, ale jednak nie wyrobiłam się nawet na piątek, za co cholernie przepraszam. A właśnie, w piątek zeszłego tygodnia, minęła pierwsza rocznica założenia bloga i opublikowania na nim pierwszego rozdziału! Naprawdę nie miałam pojęcia, że wytrzymam tak długo. Dzięki Wam, uwierzyłam, że jednak mogę coś osiągnąć, i chociaż ten blog nie zbiera rekordowych ilości komentarzy i wyświetleń, to i tak dla mnie jest największym osiągnięciem. Bardzo dziękuję Wam za ten rok znoszenia moich nieregularnych notek, czekania i komentowania. Jesteście naprawdę wspaniali <3 Żadne moje słowa nie wyrażą tego, jak jestem Wam wdzięczna za bycie ze mną przez tak długi czas. DZIĘKUJĘ!
Dziękuję za 227 komentarz. Dziękuję za ponad 38 tysięcy wyświetleń. Dziękuję za motywowanie mnie do dalszej pracy. Po prostu dziękuję Wam, że jesteście.
Chciałam jeszcze spytać, czy ktoś z Was mógłby zrobić dla mnie nowy szablon na bloga? Po roku chyba każdemu by się taki znudził, więc szukam czegoś nowego, wiecie z efektem "wow". Znacie może kogoś, kto robi cudne szablony? A może sami robicie? Będę dozgonnie wdzięczna <3
Co do dzisiejszego rozdziału, nie jestem przekonana, czy Wam się spodoba. Napisałam go dosyć... dziwnie? Na początku jest znów perspektywa Peety, ale później... sami się dowiecie :3 Zmieniłam, ponieważ nie potrafię pisać z jego oczu i kropka. Nie wychodzi mi, bo Peeta to facet z bogatym słownictwem, a ja jestem dziewczyną i nie potrafię myśleć po męsku, przepraszam. Ale to nie znaczy, że już więcej notki z jego perspektywy nie będzie. Jeśli Wam się spodobały i będziecie chcieli więcej to może się przełamię :3
Trochę się rozpisałam, przepraszam, jeśli Was tym zanudziłam, ale musiałam wyjaśnić Wam parę kwestii. Dłużej nie przeciągając, zapraszam do czytania i wyrażania swojej opinii w komentarzach!
Do następnego rozdziału! Buziaki!
K. G.
PS Dziękuję za 20 komentarzy pod ostatnią notką! To niewyobrażalnie motywuje <3
I jeśli macie do mnie jakiekolwiek pytania, zapraszam na mojego aska- @Maddy33272
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


-U panny Mellark doszło do niewielkiego krwotoku wewnętrznego- na tych słowach na chwilę zamieram. Wciąż nie potrafię nabrać powietrza do ust. Czuję, jak moje nogi odmawiają mi posłuszeństwa. Instynktownie chwytam Johannę za rękę, ale ona nie ma mi tego za złe. Wręcz jeszcze mocniej zaciska swoje place na moich. W myślach powtarzam sobie tylko jedno, proste zdanie: „Ona musi żyć”- Ale spokojnie, udało nam się zatamować krwawienie oraz operacja w pełni zakończyła się pomyślnie.
Głośno wypuszczam powietrze z ust. Jedyne, co teraz mogę czuć, to ulgę. Katniss żyje, a ja wciąż potrafię oddychać. Zamykam oczy, by choć trochę się uspokoić, ale po chwili gwałtownie je otwieram. Na usta ciska mi się jedno ważne pytanie: „Co z Willow?” Zamiast tego tylko stoję, pytająco spoglądając na lekarza. Żadne słowa nie mogą wydostać się z moich ust. Po chwili jednak Johanna mnie wyręcza.
-Co z jej dzieckiem?- słyszę głos brunetki i jeszcze mocniej ściska moją dłoń.
-Jest całe i zdrowe. Szybko opanowaliśmy sytuację, więc nie powinny pojawić się żadne powikłania. Chciałbym jeszcze zapytać, czy panna Mellark przed krwotokiem doznała jakichś urazów w okolicach czaszki?
Zimne dreszcze oblewają całe moje ciało. Okolice czaszki? Zagryzam dolną wargę, próbując się skupić na tym, co działo się dzisiejszego wieczoru. Po moim wtargnięciu do domu, raczej Katniss już nic się nie stało. Później tylko straciła przytomność, ale nie byłem z nią od początku przyjścia Gale’a. Nie mam pojęcia, co mógł jej zrobić.
-Tak, Katniss uderzyła tyłem głową o poręcz kanapy, ale wyglądało to całkiem niegroźnie. Nie wiedziałem, że to może się aż tak skończyć- odpowiada Haymitch, drapiąc się w głowę.
-To wyjaśniałoby krwotok wewnątrzczaszkowy, który zdiagnozowaliśmy u panny Mellark.
Marszczę brwi, powoli normując oddech. W mojej głowie kołacze tylko jedna myśl, że Katniss żyje i nic jej nie jest. Mam ochotę płakać, ale nie ze strachu o nią. To łzy wdzięczności za to, że jeszcze będę miał okazję ją przytulić i po prostu mieć przy sobie.
-Kiedy mógłbym ją zobaczyć?- pytam, drżącym głosem, powstrzymując się przed łkaniem na szpitalnych korytarzach.
-Dziś jest to wykluczone. Panna Mellark obecnie przebywa w śpiączce farmakologicznej oraz potrzebuje ciszy i spokoju, aby jej organizm mógł się poprawnie zregenerować. Proszę przyjść jutro w okolicach wieczora, być może wtedy już się wybudzi- lekarz posyła mi pokrzepiający uśmiech. Później dodaje jeszcze parę słów pociechy i odchodzi w głąb jednego z korytarzy.
Chowam twarz w dłoniach, bezwładnie opadając na krzesło. Zamykam oczy, błagając, aby to wszystko było tylko zwykłym koszmarem. Mój mózg rejestruje różne bodźce dochodzące z zewnątrz, ale w ogóle nie reaguję na nie. Haymitch próbuje coś do mnie mówić, Johanna siada obok, delikatnie obejmując mnie ramieniem, a ja po prostu zaczynam przyswajać sobie wszystkie wiadomości, które otrzymałem od lekarza.
Katniss żyje.
Krwotok wewnątrzczaszkowy.
Śpiączka farmakologiczna.
Willow przeżyła.
Jutro ją zobaczę.
Pozwalam, by tylko jedna, pojedyncza łza spłynęła po moim policzku. Od spojrzenia w jej delikatnie szare tęczówki dzieli mnie zaledwie i aż ponad dwadzieścia cztery godziny. To zarazem błogosławieństwo i przekleństwo. W tej chwili jedyne, czego pragnę, to przytulić ją piersi i szepnąć wprost do jej ucha, że już nigdy nie pozwolę jej skrzywdzić. Nigdy jej nie zostawię, choćby groziło mi śmiertelne niebezpieczeństwo, zostanę przy niej. Zawsze.
***
Wiatr wiejący z głębi lasu sprawia, że na mojej skórze pojawiają się dreszcze. Rozwiewa moje włosy, które usiłuję zapleść w tradycyjny warkocz, by nie przeszkadzały mi w dalszej wędrówce. Przeczesuję wzrokiem okolicę, by dostrzec choćby najmniejsze niebezpieczeństwo. Nie ufam już temu miejscu, tak jak niegdyś. Po rebelii niewyobrażalnie tutaj się zmieniło, zresztą zupełnie, tak jak ja. Parę lat temu byłam jednak zupełnie innego zdania. Las pełnił funkcję mojego drugiego domu, w którym potrafiłam zapomnieć o poważniejszych problemach. Tylko tutaj mogłam się wyciszyć, odpocząć i zagłębić w rozmyślaniach, takich jak, co naprawdę jest w życiu ważne? Dokąd zmierzamy w tej bezkresnej wędrówce? Potrafiłam całe wieczory przesiadywać na drzewach, by tak po prostu zastanowić się nad sensem własnego istnienia, ale w końcu dochodziłam do wniosku, że jest to bezsensowne zajęcie. Nawet, gdybym znalazła odpowiedzi na te pytania, nie zmieniłabym mojego dotychczasowego życia.
Zmierzam między drzewami w głąb lasu. Tak, jak wspominałam, nie czuję się już pewnie, jak parę lat temu. Każdy podmuch wiatru wydaje mi się zdradliwy. Mam wrażenie, jakby nawet pohukiwanie sów miałoby zesłać na mnie nieprzewidziane nieszczęście. Jedynie łuk, trzymany w mojej zaciśniętej dłoni, dodaje mi trochę wiary w siebie. Co parę minut sięgam ręką, by upewnić się, że strzały w moim kołczanie nadal są tam, gdzie powinny. Poruszam się niemalże bezszelestnie. Ciemna noc już dawno okryła las, zmuszając mnie do wytężania wzroku.
Na chwilę przystaję i zaciągam się tym charakterystycznym leśnym powietrzem, w którym natychmiastowo rozpoznaję zapach sosen. Przymykam oczy, jeszcze bardziej rozkoszując się tą znajomą mi wonią.
Napełniona rześkim aromatem siadam pod pobliskim drzewem. Z małej torby, przewieszonej przez moje ramię, wyjmuję kilka krakersów, które zabrałam z domu. Przez chwilę zajadam się przysmakiem, obserwując okolicę. Cały las zapadł w silny sen. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz byłam tutaj tak późną porą. Może to nawet lepiej. Przechadzki do lasu w nocy są jeszcze bardziej interesujące i myślę, że nawet częściej będę to powtarzać.
Strzepuję okruchy z koszuli i opieram głowę o korę drzewa. Głęboko oddycham, wsłuchując się w dźwięki, jakie wydaje las. Od czasu do czasu liście naokoło mnie szeleszczą, ale nic poza tym. Nawet sowa przestała pohukiwać. Gwałtownie otwieram oczy, gdy sobie to uświadamiam. Dłoń przesuwam na łuk, który leży tuż przy mnie, by mieć go w pogotowiu. Dokładnie rozglądam się, ale nie zauważam nic niepokojącego. Mimo to, dreszcze pojawiają się na moim ciele i niekontrolowanie się wzdrygam.
Ta przenikliwa cisza coraz bardziej zaczyna mnie niepokoić. Mogę dosłyszeć nawet własny oddech, a to raczej dobrze nie wróży. Już mam się podnosić, by wrócić do domu, ale jednak z niewiadomych przyczyn zaczynam śpiewać, by zakłócić ten niczym nie zmącony spokój.
Chcę, żeby z moich ust wydobyły się słowa pieśni „Drzewo Wisielców”, ale nie potrafię jej zaśpiewać. Jakby wyrazy tych dobrze znanych mi wersów ugrzęzły w moim gardle. Po chwili jednak dochodzę do wniosku, że śpiewanie tej piosenki w nocy, w dodatku w lesie nie jest najlepszym pomysłem. Zamiast tego pierwsza melodia, jaka przychodzi mi do głowy jest dość prosta. Usłyszałam ją parę lat temu na Ćwieku od młodej kobiety, która, jak teraz wnioskuję, śpiewem zarabiała na chleb. Pomimo jej starań, jednak w dziurawym i starym kapeluszu, który położyła przed sobą, nie znalazło się za wiele pieniędzy. Nim zdążę zacząć rozmyślać, czy owa kobieta jeszcze żyje, staram przypomnieć sobie słowa piosenki. Tamtego dnia natychmiastowo je zapamiętałam, ale później w domu zapisałam je na kartce, by za szybko nie wyleciały z mojej głowy.
Ponownie opieram głowę o pień drzewa i nieśmiało zaczynam szeptać słowa piosenki, by później coraz głośniej je śpiewać:
„Stoisz, obejmując mnie w talii.
To jest scena, jesteśmy na widoku.
Słyszę jak szepczą kiedy ich mijamy,
To zły znak, zły znak.
Coś się stanie, kiedy wszyscy się dowiedzą.
Widzę krążące sępy i ciemne chmury.
Miłość to delikatny, mały płomień,
Może się wypalić.
Bo oni mają klatki, oni mają skrzynki
I pistolety, oni są łowcami, my jesteśmy lisami.
I uciekamy.”

Nagle przerywam, słysząc donośny dźwięk łamanej gałęzi. Nie potrafię wykonać żadnego ruchu, zostałam sparaliżowana przez strach. Mój wzrok utkwiony został tylko w jednym miejscu gdzieś w oddali. Nie mogę uspokoić mojego rozkołatanego serca, które z każdą sekundą zdaje się szybciej bić. Kurczowo zaciskam palce na łuku, nie mogąc odwrócić głowy za drzewo, skąd dosłyszałam owy dźwięk. Czekam w bezruchu jeszcze chwilę, ale nic nie słyszę. Żadnego drobnego hałasu. Wmawiam sobie, że mój słuch płata mi figle i sama do siebie uśmiecham się przekonująco. Zwilżam usta językiem, nadal palcami dotykając łuku i, by dodać sobie odrobinę otuchy, zaczynam śpiewać refren utworu:
„Oni są łowcami, my jesteśmy lisami.
I uciekamy.
Po prostu chwyć mnie za rękę i nigdy nie puszczaj.
Kochanie.


Kochanie, znam miejsca, w których nas nie znajdą.
Za wszelką cenę będą starali się nas wytropić, ale bezskutecznie. Bo znam miejsca, w których możemy się ukryć. Znam takie miejsca…
Za wszelką cenę będą starali się nas wytropić, ale bezskutecznie. Bo znam miejsca, w których możemy się ukryć. Znam takie miejsca...”*

Nagle, czuję gwałtowne pociągnięcie za rękaw mojej kurtki. Nim zdążę dosięgnąć dłonią łuku, ktoś już ciągnie mnie na ziemi po plecach w przeciwnym kierunku. Wrzeszczę. Tą jedną czynność jestem w stanie wykonywać. Słyszę ciężkie i szybkie kroki osoby, która mnie ciągnie. Próbuję za wszelką cenę wyrwać się, ale jednak przynosi to marne skutki. Ten ktoś jest zdecydowanie za silny. Albo może raczej to coś. Usiłuję odwrócić głowę, by dostrzec choć zarys tej postaci, ale nawet i to nie idzie mi dobrze.
Uderzam ciałem o różne przeszkody. Korzenie drzew, wystające z ziemi ranią mój kręgosłup do tego stopnia, że przez chwilę nie mogę oddychać. W dodatku kurtka, za którą jestem uprowadzana, uciska moje gardło. Gałęzie krzewów miotają się po mojej twarzy, z pewnością pozostawiając na niej otwarte rany. Najbardziej ubolewam nad tym, że nie zdążyłam zabrać łuku. Nie mam jak się bronić, nie licząc strzał, które, mam nadzieję, nadal są w moim kołczanie.
Wydaje mi się, że poruszamy się z prędkością światła. Korony drzew nade mną raz za razem przesuwają się, odkrywając usiane gwiazdami niebo. Jeszcze raz usiłuję się miotać, by tylko utrudnić uprowadzenie mnie przeciwnikowi. Z desperacją chwytam najróżniejszych korzeni, czy gałęzi krzewów, ale i to nie powstrzyma napastnika. Moje wysiłki, tak jak myślałam, idą na marne.
Mimo trudności, próbuję złożyć myśli w spójną całość. Jednak nie mogę tego zrobić. Czuję, jak przeciwnik gwałtownie mnie puszcza, a ja uderzam głową o ziemię. Ból wykrzywia moją twarz w grymasie, ale nie mogę teraz być przez niego osłabiona. Natychmiast otwieram oczy i nakazuję sobie w tej chwili wstać z ziemi. Domyślam się, że ten, kto mnie uprowadził ma jakieś zamiary względem mojej osoby. Odwracam się na brzuch i szybko przeczesuję wzrokiem okolicę. W tej części lasu drzewa wydają mi się rzadsze, to z kolei dla mnie zła wiadomość. Nie będzie dane mi tak łatwo zgubić wroga. Zauważam jeszcze jeden, ważny szczegół. Nie ma tutaj drzew iglastych. Gdziekolwiek się rozejrzę, mój wzrok spotyka się z liściastymi okazami, przez co panuje tu jeszcze gorsza ciemność. Spoglądam w górę i tak, jak myślałam, korony drzew nie przepuszczają tutaj światła księżyca. Będzie to dla mnie wielkim utrudnieniem. Muszę dobrze wytężyć wzrok, żeby dostrzec nawet zarys własnych palców u rąk.
Nagle do moich uszu dobiega przerażający ryk. Na sekundę przestaję oddychać, leżąc w bezruchu. Usiłuję rozpoznać, skąd dobiegł ten dźwięk. Ciarki przebiegają przez moje plecy, kiedy orientuję się, że dochodził gdzieś za mną. Głośno przełykam ślinę i szybko wstaję z ziemi, otrzepując się z kawałków ściółki leśnej. Strach przejmuje kontrolę nad moim ciałem, gdy nie wyczuwam żadnego ciężaru na moich plecach. Dla pewności sięgam dłonią za plecy, ale nie mam na sobie mojego kołczanu. Lekko kręcę głową sama do siebie, nie mogąc uwierzyć, że takie rzeczy zawsze muszą spotykać właśnie mnie.
Spokojnie, na pewno jest z tego jakieś wyjście…
Rozglądam się dookoła, gdy słyszę już drugi ryk, tym razem z innej strony lasu. Długo nie myśląc, co teraz powinnam zrobić, z histerią rzucam się do ucieczki. Wiem, że nie mam żadnych szans, ale mimo to muszę jakimś cudem wyrwać się z tego przeklętego miejsca.
Nie musiałam zbytnio tracić sił, gdyż już na pierwszym zakręcie zostaję dopadnięta przez bestię i skutecznie unieruchomiona. Przewraca mnie na brzuch, przy okazji poważnie raniąc w łydkę. Czuję, jak napiera na moje plecy ciężarem swojego ciała. Już wiem, że mam do czynienia z niełatwym przeciwnikiem.
Wtem, mam wrażenie, jakby moje plecy zostały rozrywane jakimś narzędziem tortur. Cały las przeszywa mój przeraźliwy wrzask, domagający się pomocy. Kulę się z bólu, nie mogąc zaczerpnąć powietrza. Duszę się w konwulsjach, zaciskając w pięściach trawę.
Po paru minutach uspokajam się na tyle, by zauważyć, że bestia zniknęła. Z ledwością udaje mi się podnieść wzrok i wybadać teren. Czuję, jak po moich plecach spływają ciepłe stróżki krwi. Mam wrażenie, że ból z każdą sekundą jeszcze się powiększa. Nie mam ochoty nawet myśleć, jak wielka rana widnieje na moich plecach. Uznaję, że mam chwilę czasu na odpoczynek, więc kładę policzek na ziemi, ciężko oddychając. I tak daleko nie uciekłabym w takim stanie.
Przez parę sekund mój wzrok utkwiony jest w moją dłoń, którą skubię kępkę trawy. Próbuję myśleć, jak wyplątać się z tej sytuacji, ale wciąż nasilający się ból skutecznie mi to utrudnia. Raz za razem syczę, gdy nie potrafię już wytrzymać. Przecież nie mogę tak wiecznie leżeć.
Myślę, że najgorsze mam już za sobą, ale jednak moje stwierdzenia się nie sprawdzają. Czuję lekkie kapnięcie na mojej dłoni. Pierwszą moją myślą jest, że zbiera się na deszcz. To i nawet lepiej. Zmyje krew z mojej rany na plecach i będzie mi łatwiej uciec.
Kiedy przenoszę wzrok na moją dłoń, znów zamieram. Zamiast małej, niewinnej kropelki deszczu, której tak bardzo pragnęłam, zauważam też kroplę, ale wielką i w dodatku ciemną. Nie muszę dokładniej jej się przyglądać, by stwierdzić, że to krew. Moja własna krew…

*"I Know Places"- Taylor Swift

 

wtorek, 14 lipca 2015

38. "Czekam, ale nie do końca wiem, na co"

Hey, hey :3
Po pierwsze: Wow! Nie mogę uwierzyć, że pod ostatnią notką znalazło się aż 18 komentarzy! Boże, nawet nie wiecie, ile to dla mnie znaczy. Naprawdę, niezmiernie mnie tym ucieszyliście, sama nie myślałam, że tyle osób czyta mojego bloga. Jesteście kochani <3 Witam również nowych czytelników i pozdrawiam ich serdecznie ;* Mam nadzieję, że dalsze rozdziały spodobają się wam :3
Na blogu jest już ponad 200 komentarzy oraz 35 tysięcy wyświetleń! Gdy zaczynałam pisać to fanfiction nawet nie myślałam o takim rezultacie! Niewyobrażalnie wam dziękuję za każdy komentarz i znoszenie tych moich nieregularnych rozdziałów. Jesteście niesamowici <3
Co do notki, to jest to mój pierwszy rozdział pisany z oczu zupełnie innej osoby, więc nie bijcie za mocno, jak wam się nie spodoba ;-; Jestem przyzwyczajona do pisania z oczu Katniss, więc wiem, że ten mi nie wyszedł, poza tym chciałam już dać wam ten rozdział za tą ogromną liczbę komentarzy pod ostatnią notką.
Liczę na tyle samo również i pod tą. Z uśmiechem przyjmę od was tą falę krytyki, która należy mi się za ten rozdział ;-;
Pozdrawiam,
K. G.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


Biel. Ten sterylny kolor przypomina mi o cierpieniu i bólu jednocześnie. Śnieżnobiałe sale, do których prowadzą mnie Strażnicy Pokoju, ubrani w białe mundury. Później zauważam tylko skrawek równie białego garnituru Snowa.
Ból.
Niewyobrażalny ból przejmuje kontrolę nad moim ciałem, jak i umysłem. Bo tego chcą właśnie najbardziej. Wkraść się do moich myśli i wspomnień. Nie mogę im na to pozwolić. Obiecywałem sobie, że nie będę ich własnością. Nie dam tak łatwo zmienić mnie w marionetkę. W pionka w ich chorej grze. Ale jednak po kilku próbach poddałem się. Złamali mnie, odnajdując mój słaby punkt, którym jest Katniss.
Wydaje mi się to wręcz zabawne. Postanowiłem sobie, że bez względu na wszystko, nie zmienią mnie w kogoś, kim nie jestem. Tymczasem stałem się potworem. Zmiechem, który uciekł spod ręki Snowa. Pragnący krwi tylko jednej osoby…
Nie mogę teraz o tym myśleć. Zamykam oczy, próbując wypędzić te uporczywe wspomnienia z mojej głowy. Dobrze wiem, że to niewykonalne, bo one za każdym razem wracają i to ze zdwojoną siłą. Niczym bumerang, uderzają mnie w twarz w najmniej odpowiednim momencie.
Próbuję się uspokoić i zacząć oddychać miarowo, ale nie potrafię wykonać tak łatwych czynności. Białe ściany bezwzględnie przypominają mi o najgorszym. O tym, że mogę po raz kolejny stracić Katniss…
Siedzę, oparty o ścianę na szpitalnym korytarzu. Od dłuższego czasu wsłuchuję się tylko w swój własny oddech. Ten charakterystyczny szpitalny zapach bezkarnie wdziera mi się do nosa. Już rozumiem, dlaczego Katniss tak go nienawidzi. Nakazuje myśleć mi o tym, że mogę już więcej nie ujrzeć jej żywej…
Domyślam się, że dziewczyna nie cierpi szpitali z mojego powodu. Przecież właśnie w takim miejscu w Trzynastce o mało co nie pozbawiłem jej życia. Momentalnie przełykam ślinę, opierając głowę o ścianę. Dochodzi do mnie, że nie rozmawiałem o tym z Katniss. Nawet nie wspominała mi o tym, gdy się pogodziliśmy. Być może ma mi to jeszcze za złe, a ja nawet przecież nie zdążyłem jej za to przeprosić i nawet nie wiem, czy będę miał jeszcze okazję…
Nie mam pojęcia, ile już trzymają ją za tymi drzwiami. Chciałbym móc znów usłyszeć jej śmiech, jej piękny głos, śpiewający chociażby nawet Drzewo Wisielców. Natychmiast ta przerażająca pieśń zaczyna chodzić po mojej głowie i przez dłuższy czas nie mogę się od niej uwolnić.
Próbuję wyobrazić sobie, jakby wyglądało moje życie bez niej, ale nic nie widzę. Nie potrafiłbym normalnie funkcjonować z myślą, że właśnie straciłem dwie najważniejsze kobiety w moim życiu. I w tym momencie uświadamiam sobie, że Willow również mogła ucierpieć. Przykładam dłoń do ust, kiedy czuję bolesne ukłucie, gdzieś w okolicach serca. Co, jeśli już ją straciliśmy? Wiem, że Katniss się po tym nie pozbiera. Za bardzo pokochała Willow, żeby teraz tak po prostu jej nie opłakiwać. Nie będzie chciała drugiego dziecka, byłaby to dla nas zbyt wielka trauma.
Znów zaciskam powieki, chcąc pozbyć się tych okrutnych myśli. Katniss mnie nie zostawi. Nie może mnie zostawić. Nie po tym, co przeszliśmy. Mieliśmy razem przebrnąć przez te najgorsze chwile. Tak bardzo chciałem, żebyśmy zaczęli nowe życie. Bez strachu, bólu, obaw o dalsze dni. Żebym był dla niej podporą i bezpieczeństwem. Nigdy więcej Igrzysk, cierpienia, tylko nasze szczęście i wzajemna miłość, która nigdy nie wygasa.
Nie może mnie zostawić…
Musi jeszcze raz zawalczyć. Dla siebie, dla nas, dla Willow.
Po jakichś dwudziestu minutach przestaję wierzyć, że ją odratują. Za długo leży na tej sali bez jakichkolwiek oznak życia. Możliwe nawet, że leży już w kostnicy, zimna, sztywna, nieruchoma. Czuję, jak nieopisany ból rozlewa się po mojej klatce piersiowej. Nawet nie mam pojęcia, co jej jest. Co Gale jej zrobił. Żebym tylko mógł przewidzieć, co wydarzy się tej nocy… Postanawiam skończyć z piekarnią, raz na zawsze. Moja noga więcej tam nie postanie. Na pewno po jakimś czasie znajdzie się jakiś chętny kupiec, tylko nie wiem, czy tata mi to wybaczy. W tej chwili dla mnie najważniejsze jest życie Katniss i mojej córki.
Gale musi zapłacić, za to, co zrobił. Za to, jak wiele razy próbował zniszczyć nasze życie. Obiecuję sobie, że skończę z nim raz na zawsze. Nie chcę nawet myśleć, co mógł zrobić Katniss. Najgorsze jest to, że mnie tam nie było. Nie mogła wezwać mnie na pomoc, a ja nie mogłem jej pomóc. Cały czas w uszach dźwięczy mi dławiący płacz dziewczyny, wzywający mnie. Nie miałem pojęcia, co robić. Zaraz po jej telefonie wykręciłem numer Haymitcha, żeby sprawdził, co jej jest. Później najszybciej, jak tylko mogłem, znalazłem się w domu.
Nienawidzę się za to, że z nią nie zostałem. Za to, że nie mogłem jej pomóc. Za to, że pozwoliłem, żeby była tak upokarzana. Za to, że to wszystko moja wina…
Chowam twarz w dłonie, zaciskając paznokcie na moim ciele. Jestem wściekły na siebie samego. Mógłbym krzyczeć, uderzać pięściami o ścianę, podłogę, ale to nie przywróci jej życia. Co ja wygaduję? Przecież ona nie umarła, nie zostawiła mnie, nie może…
Nagle moją rozpacz przerywa huk otwieranych drzwi. Momentalnie przytomnieję i zrywam się z podłogi, jak oparzony. Lekarze szybkim krokiem wiozą ją na łóżku w moją stronę. Stoję tylko, niczym sparaliżowany i wpatruję się w nią. Na twarz nałożoną ma maskę tlenową i podłączona jest do kroplówki. Po prostu wygląda, jakby spokojnie spała.
Pewnym krokiem ruszam za lekarzami, chłonąc każdy centymetr jej ciała, aby dobrze ją zapamiętać. Przygotowuję się w ten sposób na najgorsze.
-Co jej jest?- pytam pielęgniarkę, która stara się nie zwracać na mnie uwagi. Wydaje się być wyraźnie zdezorientowana. Pozostali lekarze wyglądają mi na zdenerwowanych. Kiedy cały czas nie uzyskuję odpowiedzi zaczynam się irytować- Czy może pani powiedzieć mi, co jej jest?!
Tym razem nie panuję nad nerwami, krzycząc na pielęgniarkę. Kiedy cały czas nie zamierza mi odpowiedzieć, spoglądam na lekarzy, którzy również obrali taką samą taktykę, co ich poprzedniczka.
Domyślam się, że wiozą Katniss na salę operacyjną, bo właśnie w tym kierunku zmierzamy. Nie zważając na to, czy lekarze mają coś przeciwko, kładę rękę na jej ciepłej jeszcze dłoni. Chłonę każdą chwilę tego cudownego uczucia.
-Musisz walczyć, Katniss. Pamiętaj, że cię kocham…- szepczę, chociaż wiem, że i tak mnie nie usłyszy. Czuję, jak moje oczy zaczynają się szklić, kiedy dochodzimy do sali operacyjnej, w której, jak się domyślam, nie będę mógł jej towarzyszyć.
-Przykro mi, ale pan będzie musiał poczekać tutaj- odzywa się do mnie jeden z lekarzy, gestem wskazując na krzesła w poczekalni.
-Jestem jej mężem! Powinienem wiedzieć…- mówię, ale nie kończę, bo mężczyzna trzaska przede mną drzwiami.
I właśnie teraz pękam. Nie jestem w stanie już dłużej tłumić w sobie bólu i strachu. Z wściekłością uderzam pięściami o jedną ze ścian. Głuchy huk rozchodzi się po całym korytarzu, niczym echo. Rozpadam się na drobne kawałki. Opieram czoło o ścianę, czując na policzkach gorące łzy. To nie dzieje się naprawdę… wmawiam sobie, że to tylko zły sen, koszmar, z którego lada moment się obudzę. Lecz jawa nie nadchodzi, a ja i tak wiem, jaka jest prawda.
Po jakimś czasie zsuwam się na podłogę, zrozpaczony, że mogę już nigdy więcej nie ujrzeć jej żywej. Ta myśl boli, z każdą chwilą coraz bardziej.
Wtem do moich uszu dobiegają stukania pantofli o szpitalną posadzkę. Podnoszę wzrok, aż z ciemnego korytarza wyłania się Effie, wraz z Haymitchem i Johanną. Wyglądają na zmęczonych, zresztą wcale im się nie dziwię. Wyrwani ze snu w środku nocy przyjeżdżają do szpitala, żeby przekazać mi marne słowa pociechy, które i tak na nic się nie zdadzą.
-Jest aż tak źle?- pyta Johanna, gdy zauważa w jakim jestem stanie. Podchodzi i siada obok mnie na podłodze. Spoglądam na nią, przygryzając wargę.
-Przed chwilą zawieźli ją na blok operacyjny. Nie chcieli mi powiedzieć, co jej jest, ale widziałem ją. Nadal jest nieprzytomna. Johanna, jeśli ona umrze… ja nie wiem…- mówię, łamiącym się głosem, lecz ona momentalnie nie daje mi skończyć.
-Przestań, Peeta, nie możesz tak myśleć. Katniss jest dzielna, przecież przeżyła dwukrotny pobyt na arenie, przeprowadziła rewolucję, zabiła Snowa, a z Gale’m nie dałaby sobie rady?
-Chciałbym wierzyć w twoje słowa, ale jednak cholernie się o nią boję- mówię, próbując powstrzymać kolejny potok łez. Johanna kładzie swoją dłoń na mojej i posyła mi pokrzepiający uśmiech.
-Boże, no jasne…- nagle dziewczyna odzywa się, z niedowierzaniem patrząc gdzieś w przestrzeń- Przyłapałam Katniss, jak wracała z polowania około północy.
Te słowa mrożą mi krew w żyłach. Aż nie chce mi się w to wierzyć, dlatego pytająco spoglądam na Johannę.
-Wyszłam przed dom, żeby zapalić i wtedy ją zauważyłam, jak wraca z lasu z łukiem w dłoni. Sama byłam zdziwiona tym widokiem, ale od razu domyśliłam się, że poluje o tej porze, żebyś ty się nie dowiedział- wyjaśnia mi, bawiąc się kosmykiem swoich włosów.
-Jesteś pewna, że to była Katniss?- dopytuję się, a ona patrzy na mnie, jak na idiotę.
-Oczywiście, ciemna maso- odparowuje mi Johanna- Rozmawiałam z nią przecież. Co prawda, krótko, ale kiedy spytałam, czy była polować, odpowiedziała, że mam ci nic nie mówić.
Marszczę tylko brwi, ale nie zamierzam zaprzątać sobie tym głowy. Życie Katniss jest w tej chwili najważniejsze. Haymitch razem z Effie siadają na krzesłach naprzeciw nas, a mnie zaskakuje fakt, że kobieta kładzie głowę na ramieniu mentora. Nigdy nie przypuszczałem, że mogą być w takich dobrych kontaktach, ale chyba wspólne mieszkanie jakoś ich do siebie zbliżyło.
Kolejną godzinę spędzamy w ciszy, podczas której bawię się swoją obrączką i przypominam sobie same szczęśliwe chwile spędzone z Katniss. Nie potrafię myśleć o niczym innym. Johanna opiera głowę na moim ramieniu, a ja wsłuchuję się w rytmiczne stukanie obcasów Effie. I tak czekamy, sam nie do końca wiem, na co.
Wtem z sali operacyjnej wyłania się jeden z lekarzy. Natychmiast wstaję, prawie przewracając Johannę, ale ona nie ma mi tego za złe. Moje tętno przyspiesza na myśl, że za chwilę dowiem się, czy wszystko z Katniss w porządku. Co, jeśli ten mężczyzna za moment jednak oznajmi nam, że nie udało się jej uratować? Nie daruję sobie jej śmierci, do której po części ja także się przyczyniłem.
Mężczyzna ociera chusteczką pot, spływający z czoła, a ja wyczekująco na niego spoglądam. Zauważam, że moje dłonie niemiłosiernie zaczynają się trząść. Kiedy lekarz przygotowuje się, by przekazać nam, czy operacja się udała, biorę wdech, ale nie wiem, czy mam powód, by wypuścić powietrze z moich ust… 


wtorek, 30 czerwca 2015

37. "Nie chcę już dłużej cierpieć"

Witajcie, kochani! Mam już dla was upragniony rozdział :D Pisałam go dosyć długo, a mianowicie cały dzisiejszy dzień, więc mam nadzieję, że docenicie moje starania :3
Dziękuję wam za każdy komentarz pod ostatnią notką, który naprawdę niewyobrażalnie motywuje mnie do dalszego pisania <3 Jesteście niesamowici!
Okay, żeby nie przedłużać, ten rozdział dedykuję kochanej Dark Side ;*
Następny rozdział dodam za minimum 5 komentarzy *taki mały szantażyk, hue hue :3*
No i jeśli macie jakieś pytania zapraszam na mojego aska: @Maddy33272
A teraz miłego czytania i pozdrawiam ;*
K. G.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


Nie jestem w stanie już dłużej się bronić. Mam wrażenie, jakby te męczarnie trwały całą wieczność. W rzeczywistości minęło najpewniej tylko parę minut. Jest mi wszystko jedno, co on ze mną zrobi. Nic już nie jest dla mnie istotne. Przestaję nawet utrudniać mu dobranie się do mnie. W sumie, co mi dadzą te parę sekund dłużej?
Na języku czuję moje własne słone łzy, które cicho błagają o pomoc. Drobne stróżki krwi ściekają z mojego nosa, który przed chwilą przyjął uderzenie Gale’a za przeciwstawianie się mu. Mój głuchy płacz rozlega się w całym domu, który jeszcze bardziej zadowala chłopaka. Nie mam siły krzyczeć, chociaż ta czynność i tak jest zbędna. Wiem, że nie ma dla mnie ratunku. Mieszkańcy Wioski Zwycięzców zapewne smacznie śpią, całkiem nieświadomi tego, co dzieje się w moim domu. Nie jestem w stanie nawet myśleć o Peecie. Za parę godzin wróci z pracy i zastanie mnie skuloną w kącie pokoju, kruchą, nagą, bezsilną. Nie mogę mieć nawet pewności, że tutaj pozostanę. Gale może zrobić ze mną wszystko, co mu się żywnie podoba. Zabierze mnie, porwie, zostawiając mojego męża z wątpliwościami i złamanym sercem. Pocieszenie jedynie mam w tym, że Peeta tak łatwo się nie poddaje. Postawiłby na nogi cały dystrykt. Wierzę, że któregoś dnia znajdzie mnie, ale wtedy może być odrobinę za późno…
Leżę nieruchomo skulona na lewym boku na kanapie, wpatrując się nieobecnym wzrokiem w kominek, w którym od dłuższego czasu się nie paliło. Nerwowo przygryzam paznokcie, a moje całe ciało wciąż niepokojąco drży. Niewyobrażalny ból wypełnia każde miejsce na mojej skórze. Z każdą chwilą coraz świeższe łzy spływają po moich policzkach, aż pozostawią po sobie słony ślad w moich ustach. Nadal mam na sobie bieliznę, ale jestem świadoma, że za moment zostanę i jej pozbawiona. Gale na chwilę dał sobie ze mną spokój. Zostawił mnie roztrzęsioną, a sam powędrował do kuchni. Nie mam pojęcia w jakim celu, ale mam parę minut, aby się uspokoić i przemyśleć całą tą sytuację. Nawet nie próbuje mnie pilnować, bo wie, że nie jestem w stanie nigdzie uciec.
Nagle zauważam coś, co może uratować moje życie. Nieznacznie się ożywiam, a mój puls przyspiesza. Jeśli Gale dowie się o tym, co chcę zrobić, z pewnością gorzko pożałuję, ale nie mam innego wyjścia.
Ostrożnie wyciągam rękę po telefon, leżący na stole tuż obok mnie. Musiałam zostawić go tutaj, kiedy skończyłam rozmawiać z mamą. Dziękuję sama sobie w duchu, że nie odłożyłam go na miejsce. Promieniujący ból utrudnia mi dosięgnięcie słuchawki. Krzywię się i zaciskam zęby, żeby tylko nie wydać z siebie żadnego jęku. W końcu chwytam ją ostatkami sił, jak moją jedyną deskę ratunku. Z niedowierzaniem przypatruję się jej, ale po chwili bez zastanowienia wykręcam numer Peety. Nie muszę długo czekać, żeby odebrał.
-Słucham?- na dźwięk jego głosu dobrowolnie się rozklejam. Cichy szloch wydobywa się z mojego gardła. Nie mogę nic powiedzieć, ale nie dlatego, żeby Gale tego nie usłyszał. Nie potrafię się do niego odezwać.
-Katniss, co się dzieje?- ponawia pytanie, a ja tylko przyciskam dłoń do ust, żeby stłumić mój płacz. Staram się, żeby Peeta go usłyszał. Żeby już wrócił i nigdy mnie nie zostawiał. Żeby otulił mnie swoimi silnymi ramionami, w których zawsze najlepiej się czułam. Żeby obronił mnie przed tym złem, które na dobre próbuje cały czas nas prześladować, bo ja już nie daję rady. Jestem za krucha, aby zapewnić bezpieczeństwo nawet naszemu dziecku. Nie chcę już dłużej cierpieć.
Czuję, jak wielka gula rośnie mi w gardle, gdy nadal słyszę, jak Peeta desperackim głosem próbuje się czegoś ode mnie dowiedzieć. Jego ton jest rozpaczliwy, jakby jakimś sposobem domyślał się, co mi jest. Na pewno dosłyszał, że płaczę. Nie chcę nawet myśleć, co może teraz czuć. Jego żona z niewiadomych przyczyn do niego dzwoni i szlocha mu w słuchawkę, nawet nie powiedziawszy o co chodzi.
Wtem słyszę ciężkie kroki, prowadzące do salonu. Moje serce gwałtownie przyspiesza, ale jestem myśli, że Peeta już jest w drodze. W drzwiach pojawia się sylwetka Gale’a, a ja wiem, że już za chwilę zostanę świadkiem przemocy seksualnej. Bo tylko na tym mu zależy, jak prawie każdemu mężczyźnie. Chłopak jest nieobliczalny, a ja bezsilna. On silny, a ja słaba. On myśliwym, a ja zwierzyną.
Zaciskam paznokcie na materacu kanapy, gdy Gale powolnym krokiem się do mnie zbliża. Drwiący uśmieszek króluje na jego twarzy, a ręce krzyżuje na piersi, na znak jego wyższości. Nie jestem w stanie na niego patrzeć, więc tylko zamykam oczy, chowając twarz w poduszkę, czym też tłumię nadchodzący atak płaczu. Mogę spokojnie przyznać, że naprawdę się boję, ale z drugiej strony już mi wszystko jedno, co ze mną zrobi. Może to bestialska myśl, ale nawet nie przejmuję się już Willow.
Mina mu odrobinę rzędnie, gdy zauważa słuchawkę w mojej dłoni. Przez jedną sekundę wydaje się być zmieszany, ale po chwili wyrywa mi ją, ciskając w kąt pokoju. Obserwuję tylko, jak telefon pod wpływem uderzenia rozpada się na drobne kawałeczki.
-Dzwoniłaś do kogoś- nie wiem, czy jest to pytanie, czy stwierdzenie, ale nie odpowiadam. Leżę wiąż nieruchomo, nie zamierzając mu się poddać- Skoro nie chcesz ze mną rozmawiać, będę musiał zastosować trochę drastyczniejsze metody. Teraz się zabawimy.
Gorąca fala uderza o moje całe ciało, które znów zaczyna drżeć. Gale mocno przyciska mnie do kanapy i zaczyna całować mnie po szyi. Próbuję go odepchnąć, nie dać mu tej satysfakcji, pokazać gdzie są granice, udowodnić, że nigdy nie będę jego własnością. Wiem, że to niewykonalne. A on doskonale o tym wie i jeszcze lepiej to wykorzystuje.
Płaczę, krzyczę, błagam, ale nie bronię się. Nie bronię się, bo nie mam już sił. Powoli do mnie dochodzi, że od dawna jestem na przegranej pozycji. Od czasu, kiedy zaczęłam z nim polować. Zawsze to on nade mną górował, ale po prostu nie przywiązywałam do tego większej wagi. Od lat tylko na tym mu zależało. Żeby zedrzeć ze mnie ubrania i tak potwornie mnie upokorzyć.
-Należysz do mnie- szepcze władczym tonem, wprost do mojego ucha. Próbuję odwrócić twarz w innym kierunku, żeby nie okazywać mu słabości. Proszę bardzo, może robić ze mną, co chce, ale nigdy nie pokażę mu, że się go boję. Chociaż w głębi duszy jestem przerażona.
Siada na mnie okrakiem, nie hamując się przed niczym. Jednym szarpnięciem rozpina mój biustonosz. Zwykle robił to Peeta, a ja nie chciałam, żeby ktokolwiek poza nim to robił. Nikt inny nie ma do tego prawa. W oczach Gale’a widzę coś na kształt podniecenia. Pamiętam, gdy u mojego męża pojawiały się podobne ogniki w jego niebieskich tęczówkach. Uwielbiałam, kiedy patrzył na mnie z takim pożądaniem. Potem obcałowywał całe moje ciało, ale zawsze w takich momentach niezauważalnie pytał mnie o pozwolenie na kontynuowanie. Dałabym wszystko, żeby zamiast bruneta był tutaj mój mąż. Nigdy nie robił nic wbrew mnie. Nie zagarniał całej przyjemności dla siebie. Dzielił się nią ze mną.
Gale szybko zdejmuje z siebie mundur, pozostając jedynie w bieliźnie, podobnie jak ja. Mam wrażenie, jakby moje płuca płonęły. Cała skóra piecze mnie w każdym miejscu, a ja nie wiem, czego może być to oznaką. Próbuję osłonić nagie piersi, jak i brzuch przed nim. Przed tym potworem, którego doszczętnie zmieniła i zniszczyła rewolucja.
Peeta, gdzie jesteś?
Cały czas kręcę przecząco głową, histerycznie szlochając i wrzeszcząc. Jestem pełna podziwu, że jeszcze nie zdarłam sobie gardła. Znów nie potrafię w pełni nabrać powietrza do płuc. Co chwilę krztuszę się własnymi łzami.
Peeta, błagam…
Byłam niewyobrażalnie głupia, gdy otworzyłam te drzwi. Był to impuls, którego nie przemyślałam. Zamroczona rozmową z Johanną po prostu myślałam, że to mój mąż wrócił wcześniej. Nie raz było tak, że niespodziewanie kończył pracę w środku nocy. Nie przypuszczałam, że mój największy koszmar tak szybko się urzeczywistni. Ale na jawie jest o wiele gorzej. Sen to wymysł twojej wyobraźni, z którego w każdej chwili możesz się obudzić, trochę pokrzyczeć, popłakać. Jawa jest o wiele gorsza, bo jej nie możesz w którymś momencie przerwać.
Peeta…
Gale zaczyna zdejmować ze mnie dolną bieliznę, ale ja się opieram. Wciąż histerycznie płaczę, wierzgając całym moim ciałem, co na niewiele się zda, gdyż brakuje mi sił do dalszego przeciwstawiania się.
W następnej minucie wszystko zaczyna dziać się, jakby w zwolnionym tempie. Gale mocno szarpie mnie za ramiona, ale w końcu puszcza. W rezultacie uderzam głową o poręcz kanapy, a później staczam się na podłogę. Teraz ból staje się dla mnie głównym wrogiem. Odcina mi dopływ powietrza. Jakaś siła powoli rozsadza moje ciało od środka. Desperacko próbuję nabrać powietrza do ust. Obejmuję się ramionami, duszona w cierpieniach przez niewyobrażalny ból.
Widzę i słyszę wszystko, jakby za mgłą. Mam świadomość tego, że jestem tylko na wpół przytomna, a jednak wiem, że ktoś jeszcze tutaj jest. Do moich uszu dobiega stłumiony hałas i czyjeś krzyki. Dopiero, kiedy zdołam porządnie nabrać powietrza do ust, nieco się uspokajam i jestem w stanie wytężyć umysł, by dostrzec Haymitcha. Sama nie wierzę w to, co widzę. Mężczyzna wdał się w ostrą bójkę z Gale’m. Nadal nie dochodzi do mnie ten cały obrót wydarzeń. Nie mam pojęcia, skąd mój były mentor wiedział, że jestem w śmiertelnym niebezpieczeństwie.
W następnej sekundzie Gale rzuca się na Haymitcha, przyciskając go do podłogi i okładając po twarzy. Obserwuję wszystko z paru metrów, nadal trochę zamroczona bólem wewnątrz, jak i na zewnątrz mojego ciała. Ostrożnie podnoszę się na łokciach, co tylko potęguje moje cierpienia. Krzywię się i wydaję z siebie okropny jęk. Odchylam głowę do tyłu, bardzo szybko oddychając. Nagle wszystko zaczyna mieć sens. Myśl, że nadal będę żyć dodaje mi trochę sił. W tej chwili mój umysł zaprząta Willow. Zaczynam się o nią martwić, czy przypadkiem nie doznała żadnego urazu, podczas moich przepychanek z Gale’m. Nie mam nawet pewności, że nadal żyje.
Moje rozmyślania przerywa blondyn, który staje w drzwiach. Z desperacją szuka mnie wzrokiem. Gdy mnie zauważa, mimowolnie łzy znajdują ujście w kącikach moich oczu. Nigdy nie chciałam, żeby oglądał mnie w takim stanie. Bezbronną, bezsilną, upokorzoną, kruchą, przerażoną…
Nie mam siły dłużej leżeć na łokciach, więc kładę się na zimnej podłodze, która niewiele ochładza moje ciało. Cały czas obserwuję Peetę, który dopiero teraz oderwał ode mnie swój wzrok. Bez zastanowienia atakuje Gale’a, powalając go na podłogę. Z zaciętością okłada go po twarzy, ale brunet nie daje za wygraną. Mój mąż przyjmuje cios od przeciwnika najpierw również w twarz, a później kilka razy w brzuch. Z mojego gardła wydobywa się wrzask, który kosztował mnie za dużo wysiłku. Nie jestem w stanie dalej obserwować tej bójki, więc kulę się na podłodze, obejmując brzuch i wciąż cicho łkając. Najważniejsze, że Gale na razie mi, a tym bardziej Willow nie zagraża.
-Nie waż się do niej więcej zbliżać! Nie wolno ci jej tknąć, rozumiesz?! Jeśli jeszcze raz będziesz ją nachodził, bez zastanowienia zabiję cię! Dotarło?!- wściekły głos Peety dźwięczy mi w uszach. Mimochodem spoglądam w ich stronę. Haymitch podniósł się już z ziemi, ale widzę, że jest osłabiony. Natomiast Peeta przejął znaczną przewagę nad Gale’m. Szarpie się z nim, okłada go pięściami, gdzie popadnie. Po jakimś czasie brunet poddaje się, odpycha mojego męża na bezpieczną odległość i zabiera swoje ubrania. W świetle księżyca mogę dostrzec parę siniaków na jego twarzy oraz stróżkę krwi pod nosem.
-To nie koniec! Jeszcze tego wszyscy pożałujecie!- brunet staje w progu, spoglądając głównie na mnie, a po chwili schodzi mi z oczu.
Sama nie wierzę, że tak po prostu Haymitch i Peeta uratowali moje życie. Po części także mama się do tego przyczyniła, bo gdyby nie zadzwoniła, nie odłożyłabym telefonu na stół.
Peeta szybko do mnie podchodzi, rozpaczliwie szukając potwierdzenia w moich oczach, czy wszystko już ze mną w porządku. Nie potrafię kiwnąć głową, bo wcale nie jest ze mną w porządku. Dopiero teraz czuję, jak przenikliwy ból rozsadza moją czaszkę od środka. Każdy ruch sprawia mi ogromną trudność, jakbym była po części sparaliżowana.
-Katniss, słyszysz mnie? Odezwij się do mnie, Katniss!- nie przypuszczałam, że po takim czasie ból jeszcze może się nasilać. Nie mam siły nawet w pełni otworzyć oczu. Jedyne, co robię, to cały czas płaczę. Krople łez spływają powoli po moich policzkach, pragnąc przekazać Peecie, jak bardzo nadal jestem przerażona, słaba, roztrzęsiona.
-Haymitch, dzwoń po karetkę! Szybko!- słyszę naglący głos mojego męża wciąż, jakby za mgłą. Czuję, jak delikatnie mnie podnosi, by później położyć na kanapie i przykrywa mnie kocem. Próbuję zaprzeczyć, żeby nie dzwonili po żadne pogotowie, ale jest to zapewne głupie posunięcie. Gdy pomyślę, że dzięki temu dowiemy się, co z Willow, momentalnie zaczynam błagać w duchu, żeby przyjechała, jak najszybciej.
Peeta głaszcze mnie po włosach, szepcząc do ucha kojące słowa pociechy, ale już nie słyszę, jakiej są treści. Oto, do czego doprowadziła chora „miłość” Gale’a. Mógł zabić mnie, mógł zabić moje dziecko, mógł nas wszystkich pozabijać. I z pewnością zrobiłby to, gdyby miał tylko okazję i czas. Wiem, że nie jesteśmy już tutaj bezpieczni. Brunet bezkarnie wkradł się do Wioski Zwycięzców, która podobno jest dobrze strzeżona, ale kogo ja oszukuję? Po rebelii z pewnością nie ma w dystrykcie porządnych straży. Gale jeszcze tutaj wróci, on tak łatwo nie daje za wygraną. Dostanie to, czego tak pragnie, prędzej, czy później. A ja tylko się boję, że może to nastąpić znów za wcześnie.
Zanim na dobre tracę przytomność, czuję na policzku łzy. Tylko, że one nie są moje…