środa, 17 czerwca 2015

36. "Znacznie gorsze zabawy"

Witajcie, kochani!
Nie wiem, jak mam was przepraszam za tą ogromną przerwę, ale jak zwykle wytłumaczę się szkołą. Sami chyba dobrze wiecie, że koniec roku = poprawianie ocen = brak czasu = brak notki ;-; Ale na szczęście już prawie za tydzień wakacje, więc będę miała więcej czasu na pisanie. Postaram się też regularnie umieszczać rozdziały, chociaż nie chciałabym wam znów czegoś obiecać, a później nie dotrzymać danego słowa. Ale się postaram :3 I jeszcze raz was bardzo przepraszam, mam nadzieję, że takie odstępy już więcej się nie powtórzą.
Bardzo dziękuję wam za ponad 30000 wyświetleń i około 180 komentarzy <3 Nawet nie wiecie, jak te liczby motywują mnie do pisania *-* Swoją drogą, w tym miesiącu mija rok, odkąd zaczęłam pisać to fanfiction. Dziękuję wszystkim osobom, które czytają te moje wypociny i znoszą ogromne przerwy, za które jeszcze raz cholernie przepraszam <3 Wiem, że moje fanfiction na pewno idealne nie jest. Daleko mu nawet do dobrego, ale dziękuję, że pomimo wszystko ze mną jesteście.
Co do rozdziału, wydaje mi się, że na końcu jest chyba za bardzo... kontrowersyjny? Przepraszam, jeżeli tym was zniechęcę, ale właśnie w takim świetle miałam zamiar go ukazać.
Jeszcze raz dziękuję i zapraszam do czytania i wyrażania swojej motywującej opinii.
Pozdrawiam, kochani <3
K. G.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


Przerażenie przejmuje kontrolę nad moim całym ciałem. W głowie powtarzam sobie, żebym tylko zdołała ochronić Willow. Nic więcej się nie liczy. Instynkt podpowiada mi, żebym zawróciła i uciekła do domu. Może wezwałabym Johannę, czy Haymitcha na pomoc. Nawet, gdybym tak postąpiła i tak już za późno. Nie zdążę się jej wymknąć. W pierwszej sekundzie dogoni mnie, przewróci i w ostateczności rozszarpie na strzępy. To tylko przyspieszyłoby mój nieuchronny zgon.
Liście szeleszczą pod jej ciężkimi łapami, gdy powolnym krokiem się do mnie zbliża. Głośne warczenie, wydobywające się z pyska, wypełnionego ostrymi kłami wciąż nie cichnie. Nie mam pojęcia, jak miałabym ochronić chociaż Willow. Zaczynam potwornie żałować, że po raz kolejny nie dostosowałam się do zakazów Peety. Znów narażam własne życie, ale w tej chwili nawet nie chodzi o mnie. Nie daruję sobie, jeśli naszej córce coś się stanie. Wiem, że mój mąż mi tego nie wybaczy. Ja sobie zresztą też. Świadomość, że przyczyniłam się do śmierci kolejnego człowieka na zawsze zostawi ślad w mojej psychice. W dodatku to nasza córka, powstała z miłości mojej i Peety, a chyba nic tak nie boli niż strata własnego dziecka.
Chcę objąć brzuch dłońmi, ale przypominam sobie, że trzymam w nich broń, która może uratować mi życie. Przytomnieję i w mgnieniu oka naciągam cięciwę łuku, celując strzałą prosto w bestię. Nie idzie mi to łatwo. Nieco straciłam wprawę w polowaniu, a do tego ramiona mam słabsze, niż kiedyś. Jednak ciągłe przebywanie w domu podczas ciąży daje mi się we znaki.  
Wilk natychmiast się płoszy i nieco uspokaja. Zamyka pysk i nie warczy. Zamiast tego słyszę tylko nasze przyspieszone oddechy i lekki wiatr wiejący z głębi lasu. Zwierzę miesza się, cofając się o kilka kroków. To daje mi większą przewagę. Nadal trzymam wymierzony łuk, ale czuję, że długo tak nie wytrzymam. Poza tym nie chciałabym zaszkodzić dziecku nadmiernym wysiłkiem.
Jeden znajomy błysk w jej zielonych oczach wystarcza, żebym opuściła łuk. Teraz dopiero ją rozpoznaję, a ona mnie. W następnej sekundzie staje przede mną dziewczyna o kruczoczarnych włosach z tysiącem tatuaży na ciele. Dokładnie pamiętam Sierrę i nasze ostatnie spotkanie, które miało miejsce parę miesięcy temu w tym samym lesie. Kamień spada mi z serca, gdy nie muszę zamartwiać się, że ten rozwścieczony wilk rozszarpie mnie na kawałki. Dziewczyna uśmiecha się i delikatnie przytula mnie na powitanie.
-No, no…- zaczyna, kręcąc z uznaniem głową. Jej zielone oczy spoczywają na moim brzuchu- Zmieniłaś się od naszego ostatniego spotkania.
-Może wtedy jeszcze nie było widać po mnie tej zmiany- mówię, również się uśmiechając- Sierra, co tutaj robisz? Po co tu wróciłaś? Przecież cię szukają.
-Uznałam, że przyda ci się mała pomoc. Ostatnio wszystkiego ci nie wyjawiłam, a jeśli nawet to okrążałam główny temat. Dobra, powiem prosto z mostu- prezydent Paylor nie żyje.
Ta wiadomość mrozi mi krew w żyłach. Marszczę brwi, pytająco na nią spoglądając. Jak to Paylor nie żyje? To kto w tej chwili sprawuje rządy w Panem?
-Co?- pytam, znacznie zdezorientowana. Sierra tylko przewraca oczami i krzyżuje ręce na piersi.
-Paylor nie żyje. Nie wiadomo, jak to się stało, ale w Kapitolu od dłuższego czasu panuje zamieszanie. Praktycznie chyba od waszego wyjazdu. Plutarch ma mnóstwo roboty. To on, jeszcze tak nieoficjalnie zarządza Panem, ale mieszkańcy Kapitolu w większości nic o tym nie wiedzą. Niektórzy nawet są nieświadomi tego, że ich pani prezydent nie żyje. Kapitol dobrze zadbał, żeby nic nie wyszło poza ściany Pałacu Prezydenckiego. Wiesz, nie chcą niepotrzebnych zamieszek, czy znów rebelii.
-A ty skąd o tym wiesz?
-Mam swoje sposoby i znajomości- uśmiecha się tym swoim tajemniczym uśmiechem i puszcza do mnie oko- Aha i jeszcze jedno- tym razem zniża ton do szeptu i powoli przybliża się w moją stronę- Podobno chcą wznowić Igrzyska.
Moje ciało tężeje, a ja mam wrażenie, jakby moje najgorsze sny właśnie miały się urzeczywistnić. Przełykam głośno ślinę, próbując racjonalnie myśleć. Myśl, że to barbarzyńskie show znów miałoby wkraść się do mojego życia sprawia, że wpadam w panikę. Błagam, nie teraz. Tak bałam się, że imię moich dzieci zostanie wyczytane na Dożynkach, że całkowicie przekreśliłam posiadanie ich w dalekiej przyszłości. Z tego powodu głównie nie chciałam ich mieć. Przez sekundę zaczynam żałować, że tamtego dnia razem z Peetą nie byliśmy ostrożniejsi. Żałuję, że noszę Willow pod swoim sercem, bo tak bardzo nie chcę, żeby Igrzyska ją dotknęły. Po chwili jednak karcę się, że w ogóle mogłam tak pomyśleć. Moja córka jest jedną z najlepszych rzeczy, jakie mogłyby mi się w życiu przytrafić. Jak mogłabym żałować tego, że jestem w ciąży?
Na chwilę spuszczam wzrok, analizując słowa Sierry. To tylko plotki, powtarzam sobie w myślach. Dziewczyna dokładnie podkreśliła wyraz „podobno”. Jeszcze za wcześnie, żeby cokolwiek udowadniać. Pocieszam się myślą, że Plutarch musiałby być kompletnym idiotą, żeby zgodzić się na wznowienie Igrzysk. Ramię w ramię dążyliśmy, żeby właśnie na dobre usunąć to show z życia obywateli Panem, a teraz tak nagle miałby zmienić zdanie?
Takie myślenie odrobinę podnosi mnie na duchu. Nie mogę pozwolić, żeby paraliżujący strach na nowo wkradł się do mojego serca. Ledwo co pozbyłam się obaw dotyczących zemsty Gale’a, a teraz nagle wiadomość o wznowieniu Igrzysk niespodziewanie uderza mnie w twarz. Razem z Peetą powoli zaczynaliśmy wieść spokojne życie, jak normalnie ludzie, więc postanawiam nie mówić mu o tym, co usłyszałam od Sierry. Wiem, że to nie w porządku, bo przecież miłość i małżeństwo głównie opierają się na zaufaniu. Ja sama źle czuję się z tym, że mam jakieś sekrety przed Peetą, ale jeśli mu je wyjawię znów zacznie się o mnie martwić. Już prawie przestał być tak gorliwie opiekuńczy. Żyje myślą, że najgorsze mamy już za sobą, a ja nie zamierzam wyprowadzać go z tego błędu.
Wolnym krokiem wracam do domu, modląc się w duchu, żeby mój mąż szybciej nie wrócił z pracy. Sierra po przekazaniu mi informacji o Igrzyskach wyjaśniła mi także, jakim cudem potrafi zmieniać się w wilka. Podczas rebelii, gdy ja po trupach dążyłam do obalenia rządów Snowa, w Kapitolu zostały przeprowadzane eksperymenty na niewinnych ludziach, w tym na mojej przyjaciółce. Próbowali stworzyć coś w rodzaju hybrydy człowieka ze zwierzęciem w celu pilnowania porządku w Panem. Nie do końca rozumiem, jak ludzie, przemienieni w dzikie zwierzęta mieliby zapewnić spokój w państwie. Sierra akurat trafiła na wilka. Przeszła skomplikowanie wiele badań i eksperymentów, ale jako jednej z nielicznych udało jej się uciec.
W drodze do domu moje myśli zaprzątają wznowione Igrzyska. Powtarzam sobie, że jeszcze nic nie jest potwierdzone, ale te przekonania jakoś do mnie nie docierają. Poza tym, skąd mogę mieć stuprocentową pewność, że Sierra akurat mówi prawdę? Równie dobrze te wszystkie informacje mogła wyssać sobie z palca. Z drugiej strony, po co miałaby pokonywać tak długą drogę z Kapitolu aż do Dwunastki, tylko żeby mnie okłamać? Sama już nic z tego nie rozumiem, ale postanawiam nie drążyć tego tematu w mojej głowie, bo zaczynam odczuwać nieprzyjemne łomotanie w miejscu, gdzie Johanna uderzyła mnie drutem, podczas naszych wspólnych Igrzysk.
Przekraczam bramę Wioski Zwycięzców i natychmiast zauważam postać stojącą na ganku domu Annie. Dopiero, gdy podchodzę bliżej orientuję się, że to Johanna, ale moją uwagę przykuwa to, co trzyma w dłoni. Dziewczyna nie zwraca na mnie uwagi, gdy do niej podchodzę i zbliża papierosa do ust, zaciągając się.
-Johanna? Ty palisz?- odzywam się pierwsza, wchodząc po schodach na ganek. Dziewczyna tylko wzrusza ramionami dmuchając dymem papierosowym w moją stronę. Smród drażni mój nos, a następnie płuca, sprawiając, że zaczynam odchrząkiwać.
-Katniss? Ty polujesz?- odpowiada mi pytaniem na pytanie, zauważając łuk w mojej dłoni- Domyślam się, że mężuś ci zakazał i polujesz pod jego nieobecność, a on nic o tym nie wie. Zgadłam?
-Nie i się nie dowie- warczę, dając jej do zrozumienia, żeby nie wtrącała się w nie swoje sprawy. W odpowiedzi tylko lekceważąco parska śmiechem, strzepując popiół z papierosa- Możesz mi powiedzieć, dlaczego palisz?
-A, co? Chyba nie jest to zabronione?- znów bierze papierosa do ust, a ja powoli tracę cierpliwość. Sama nie wiem, dlaczego tak dociekliwie ją o to pytam. Johanna wzdycha, wyraźnie zirytowana- Finn co chwilę tylko ryczy, a ja mam już powoli tego wszystkiego dosyć. Mam nadzieję, że twój bachor taki nie będzie.
Marszczę brwi, gotowa odpowiedzieć jej coś dobitnie. Już mam otwierać usta, żeby to wszystko odszczekała, ale jednak Johanna sama się poprawia.
-Przepraszam. Po prostu trochę mnie poniosło, bo żadnej nocy nie mogę przespać do końca- mówi, teatralnie przewracając oczami. Ciekawe, co zrobiłaby na moim miejscu, gdy natomiast ja w ogóle nie mogę w nocy zmrużyć oka- Wiesz, to taka gra. Finn albo śpi, albo płacze, ale najczęściej to drugie. Więc za każdym razem, kiedy ryczy, ja wychodzę zapalić- wzrusza ramionami, dopalając do końca papierosa- Ale są przecież znacznie gorsze zabawy.
Marszczę brwi, zastanawiając się, co może oznaczać ta niecodzienna anegdota, ale nim zdążę zapytać o to Johannę, ona już znika w drzwiach swojego domu. Zgrywała dziś niezwykle tajemniczą i niedostępną, ale nie zamierzam zawracać sobie głowy kolejną rzeczą.
Wchodzę do domu z postanowieniem szybkiego wślizgnięcia się do łóżka, tak, żeby Peeta niczego nie podejrzewał, gdy wróci z pracy. Ściągam kurtkę i wieszam ją na wieszaku w przedpokoju, gdy nagle słyszę donośne pukanie do drzwi. Pierwszą moją myślą jest, że to mój mąż wrócił i zapomniał kluczy do domu. Bez większego namysłu podchodzę i uchylam drzwi, ale natychmiast wiem, że źle zrobiłam.
Moje serce przyspiesza na widok jego dwóch szarych oczu, które dogłębnie się we mnie wpatrują. Nie jest już taki, jak przedtem. Niewyobrażalnie zmienił się od ostatniego naszego spotkania, zarówno zewnątrz, jak i wewnątrz. Pod jego oczami widnieją głębokie cienie, a na twarzy gości mu kilkudniowy zarost. Ubrany jest w żołnierski mundur, który ukazuje go w jeszcze potężniejszej postawie.
Jak za pstryknięciem palcami powracają do mnie wszystkie nasze wspomnienia. Wspólne polowania w lesie, zakładanie wnyków, pływanie w jeziorze, chodzenie po drzewach. Wszystkie te momenty przebiegają przed moimi oczami niczym krótkometrażowy film. Nasze ostatnie skromne śniadanie przed Dożynkami, podczas których zgłosiłam się za siostrę. Z tym dniem cała nasza przyjaźń zmieniła się o sto osiemdziesiąt stopni. Wtem do mojej podświadomości wkradają się obrazy Prim, jako żywej pochodni. Napad na pociąg, dzięki któremu prawie straciłam dziecko. Rory pod gruzami walącego się budynku. Nasz zdemolowany dom. Te wszystkie wspomnienia sprawiają, że przez moje ciało przebiegają zimne dreszcze.
-Kotna…- szepcze, ledwo słyszalnym tonem, a po chwili zamieram, gdy dłonią dotyka mojego policzka. Moje ręce niekontrolowanie zaczynają się trząść, bo wiem, że ma nade mną znaczną przewagę- Minęło tyle czasu…
-A ty i tak się nie zmieniłeś- przerywam mu, łamiącym się głosem. Przełykam ślinę, a on szybko zabiera swoją dłoń z mojego policzka.
-O czym ty mówisz?
-Nie udawaj, że nie wiesz- cedzę przez zaciśnięte zęby, patrząc mu głęboko w oczy- Napad na pociąg, śmierć Rory’ego, nasz całkowicie zdemolowany dom. Co, może powiesz mi, że nie miałeś z tym nic wspólnego?
Gale udaje niewzruszonego, czym jeszcze bardziej mnie frustruje. Nawet nie próbuje zaprzeczać, tylko patrzy na mnie z tą samą ironią wymalowaną na twarzy, co parę lat temu w lesie.
-Gdzie Peeta?- odzywa się, zaciskając pięści, gdy wypowiada imię mojego męża.
-Po co tu przyszedłeś, co?- nie zamierzam odpowiadać na jego pytania, tym bardziej, że nie powinno go to interesować. Krzyżuję ręce na piersi, opierając się ramieniem o framugę drzwi- Żeby jeszcze bardziej zniszczyć nam życie?
-Kotna… ja cię kocham- mówi, znów przysuwając dłoń do mojego policzka i głaszcząc kciukiem mój podbródek. Ten gest sprawia, że mięknę. Zdaję sobie sprawę, jak bardzo brakuje mi takiej czułości, ale ze strony Peety. Natychmiast przytomnieję, gdy przypominam sobie, że stoję twarzą w twarz z moim śmiertelnym wrogiem.
-Co?!- bez zastanowienia zdejmuję jego dłoń z mojego policzka- Gale, ty chyba nie wiesz, co mówisz…
-Owszem, jestem przekonany, co do moich uczuć. Proszę cię, Kotna, zamierzasz spędzić resztę życia z tym żałosnym piekarczykiem? Naprawdę?
-Po pierwsze: nie wolno ci się o nim tak wyrażać. Po drugie: Peeta jest moim mężem, którego kocham ponad życie i po trzecie…- muszę mu to powiedzieć, żeby w końcu dał sobie spokój. Podejrzewam, że może nic o tym nie wiedzieć. Pamiętam, gdy ogłaszaliśmy u Ceasar’a tą wiadomość, na scenie nie było żadnych kamer, więc skąd Gale miałby znać Peety i moją tajemnicę?- … jestem w ciąży.
Ta informacja trochę go miesza. Widzę zagubienie w jego szarych tęczówkach. Wychodzę z cienia, żeby mógł lepiej zauważyć mój zaokrąglony brzuch, bo domyślam się, że wcześniej nie przywiązywał do niego większej wagi. Między nami zawisa długa cisza. Oczy Gale’a cały czas spoczywają na moim brzuchu, a ja zaczynam obawiać się moje własne bezpieczeństwo. Nie mam pewności, co teraz może uderzyć mu do głowy.
Nagle, niespodziewanie rzuca się na mnie, a ja mocno uderzam plecami o ścianę w przedpokoju, do której mnie przyciska. Nie potrafię złapać tchu. To wszystko dzieje się za szybko. Zostaję skutecznie przez niego unieruchomiona. Uderzenie jest tak silne, że nie mogę oddychać, ale po chwili jest to wręcz niewykonalne. Gale zbliża swoje usta do moich i natychmiast brutalnie zaczyna mnie całować. Moje najgorsze sny w każdej następnej minucie się spełniają. Wiedziałam, że kiedyś do tego dojdzie, ale nie przypuszczałam, że tak szybko.
Próbuję się bronić, wyrwać mu się, ale moje starania idą na nic. Nie potrafię porządnie nabrać powietrza do płuc, a kiedy on jeszcze raz zbliża swoje wargi do moich, mój organizm nie wytrzymuje i zaczynam się dusić. W moich myślach jest tylko Willow. Żebym zapewniła jej ochronę i bezpieczeństwo. Nie mogę pozwolić, żeby kolejna bliska mi osoba zginęła i to z mojej winy.
Zbieram w sobie resztki sił i skutecznie kopię Gale’a kolanem w krocze. Chłopak puszcza mnie, a ja całym ciężarem upadam na podłogę. Niewyobrażalny ból znów przeszywa moje ciało, zupełnie, gdy tamtej nocy uciekałam przed Asherem. Nabieram powietrza do ust i krzyczę. Wydaję z siebie niekontrolowane dźwięki, niczym dzikie zwierzę w potrzasku. Zrobię wszystko, byle żeby ktoś mnie usłyszał i przybył mi z pomocą. Błagam…
Wpadam w przerażenie, gdy Gale pewnym krokiem podchodzi w moją stronę z nienawiścią wymalowaną na twarzy. Próbuję czołgać się po ziemi w zupełnie inną stronę, ale uświadamiam sobie, że to i tak mi nic nie pomoże. Chłopak podnosi mnie z ziemi jednym szarpnięciem za moją bluzkę. Jestem kompletnie bezsilna. Rzuca mną na kanapę w salonie i zanim zdążę się zorientować, co ma zamiar ze mną zrobić, on już siłą zdziera ze mnie spodnie. Nie mogę uwierzyć w to, co za chwilę będzie mnie czekać.
-Gale, błagam cię… Przestań! Proszę!- krzyczę z całych sił, jakie mi jeszcze pozostały, ale on nawet nie zwraca na mnie uwagi. Jest po prostu zamroczony zdzieraniem ze mnie ubrań. Bronię się, ale on jest o wiele silniejszy. Nie ustąpi, choćbym błagała go na kolanach, więc jedyną rzeczą, jaką mogę teraz zrobić jest tylko to. Wierzgam się na kanapie, tym samym nie pozwalając mu ściągnąć ze mnie bluzki. Kiedy jego dłonie w pewnym momencie znajdują się niebezpiecznie blisko mojej twarzy, mocno gryzę go w rękę. Nawet, gdy syczy z bólu, ja i tak nie odpuszczam, do momentu aż czuję słodką ciecz na podniebieniu.
-Ty dziwko- cedzi przez zaciśnięte zęby, jeszcze bardziej zdenerwowany. Tym razem stanowczo szarpie mną, żeby ściągnąć ze mnie bluzkę. Teraz jedyne, co mogę zrobić, to tylko płakać i modlić się o cud. Czuję słone łzy, spływające po moich policzkach aż do ust. Chłopak na pewno jest z siebie dumny, że doprowadził mnie do takiego stanu. Nawet nie potrafię wyobrazić sobie, jaki ból za chwilę mnie czeka. Rękoma tylko próbuję osłonić brzuch, żeby chociaż Gale nie zdołał tknąć mojej córki, bo dla mnie nie ma już ratunku…


wtorek, 5 maja 2015

35. "Dziesięć godzin"

Hej Wam! :3
Bardzo dziękuję za Waszą cierpliwość i wyrozumiałość. Notka znów z opóźnieniem, ale tak jak wspominałam, mam mnóstwo spraw na głowie. Następny rozdział postaram się napisać wcześniej.
Co do obecnej notki, nie jestem z niej zadowolona, bo pisałam ją na szybko, żeby tylko dzisiaj Wam ją wstawić, ale mam nadzieję, że chociaż Wam przypadnie do gustu. Nie ukrywam, że czekam i liczę na Wasze komentarze :3 Wiem, że nie będzie ich tyle, co przy poprzedniej notce, bo za długi odstęp czasu zrobił swoje, ale jednak proszę Was o tę parę słów ^^
A rozdział dedykuję kochanej Lily, która jest ze mną prawie od samego istnienia tego bloga i zawsze motywuje mnie do pracy nad nim. Dziękuję <3
K. G.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


Tylko dziesięć godzin.
Powtarzam w głowie, a czasem nawet na głos zdanie, które od razu stawia mnie na nogi. Muszę przeczekać jeszcze dziesięć godzin do jego powrotu. Niby to nic takiego, ale ile to minut? Sześćset? No, właśnie, sześćset. Ta informacja już trochę mnie przeraża, ale skoro wytrzymałam cały dzień, to te marne dziesięć godzin różnicy wielkiej nie zrobi.
Nie mam pojęcia, czym się w nocy zajmę, żeby rozproszyć uporczywe myśli. Jestem przekonana, że nie uda mi się zmrużyć oka. Bez Peety jest to niewykonalne. Przychodzi mi do głowy, że mogłabym spróbować malować. Nieraz mój mąż starał się nauczyć mnie tej czynności, ale jakoś zawsze jego obrazy były lepsze od moich. I to stokroć. Postanawiam jednak nie ruszać farb i płótna, które tradycyjnie stoją w kącie naszej sypialni.
W ciągu dnia zdążyłam wysprzątać cały dom. W gruncie rzeczy i tak lśni czystością, ale nie mam czym zająć rąk oraz myśli. To niewiarygodne, jak wiele moich codziennych czynności wiąże się z Peetą. W wolnym czasie uczy mnie piec, malować, wychodzi ze mną na spacery, opiekuje się mną. W ciągu ostatnich dni nie zostało ani śladu po tym wszystkim.
Czuję ulgę, gdy robię ostatni ruch mopem w kącie kuchni. Ramiona nieznacznie bolą mnie w kilku miejscach, ale zbytnio się tym nie przejmuję. Jestem zadowolona ze swojej pracy. Wreszcie mogę się na coś w domu przydać.
Prostuję się i kalkuluję wzrokiem całe pomieszczenie. Nie przypominam sobie, kiedy było tu tak czysto. Peeta na pewno będzie zadowolony, myślę, ale po chwili uświadamiam sobie, że domyśli się, że pomimo jego kategorycznych zakazów, sprzątałam. Wzruszam ramionami, sama do siebie i wylewam brudną wodę z wiadra do zlewu, po czym chowam je razem z mopem do szafy w przedpokoju. To nie moja wina, że nie mam co ze sobą zrobić. Chociaż mogłam wcześniej oprzytomnieć i uświadomić sobie, że przez większość dnia będę w domu całkiem sama. Przecież to wręcz logiczne. Z drugiej strony nie wiem, czy mogłabym Peecie odmówić. Nie zgodzić się, żeby prowadził piekarnię. Jemu nawet nie chodzi o pieniądze, bo ich mamy aż nadto. Chce pracować w tej piekarni ze względu na ojca. Dalej poprowadzić jego interes jako jedyny z żyjących synów. Powinnam wynagrodzić Peecie w jakiś sposób śmierć jego rodziny.
Zginęli z mojej winy.
Dopiero teraz analizuję słowa Prim, które usłyszałam we śnie. „Przynosisz śmierć, siostrzyczko”. Dreszcze przechodzą przez moje całe ciało. Nie mam pojęcia, dlaczego właśnie to zdanie wydobyło się z jej ust. Ale ma świętą rację. Dzięki mnie, tysiące ludzi straciło życie. Opuścili rodziny, osierocili bezbronne dzieci. Nie mam pojęcia, jak wiele osób widzi we mnie morderczynię. Morderczynię, która również powinna ponieść śmierć za tych, których zabiła. Za Prim, Finnicka, Cinnę, Mags, Rue i tysiące innych ludzi. Od dawna wiedziałam, że nie powinnam już zaznać szczęścia. Nie po tych wszystkich krzywdach, które wyrządziłam innym. Ale jednak los się do mnie odwrócił, czego wcale nie oczekiwałam. Kiedy moja noga stanęła na arenie zostałam naznaczona bólem, który cały czas powinnam odczuwać.
Z zamyśleń wyrywa mnie nagły dzwonek telefonu. Momentalnie wzdrygam się i przytomnieję. Nie myślałam, że ktoś mógłby nawiedzić mnie telefonem około dwudziestej drugiej wieczorem. Leniwie podchodzę i podnoszę słuchawkę do ucha.
-Słucham?- odzywam się obojętnym głosem, lecz po drugiej stronie nikt mi nie odpowiada. Ściągam brwi, opierając się o ścianę i czekając krótką chwilę choćby na najcichszy dźwięk. Po krótkim czasie ponawiam pytanie, lekko zniecierpliwiona.
-Witaj, córeczko- rozpoznaję jej głos niemal natychmiastowo. Tylko w jakiej sprawie miałaby do mnie dzwonić? Przecież wszystko wyjaśniłyśmy sobie podczas mojego pobytu w szpitalu w Kapitolu. Dobrze pamiętam, jak obarczała mnie, że razem z Peetą za bardzo się spieszymy. Jej słowa ukłuły mnie w samo serce i dźgały za każdym razem, gdy je wspominałam. Nazwała mnie nieodpowiedzialną, a do tego ostro się pokłóciłyśmy. Domyślam się, że rozmowa, która po chwili nastąpi nie będzie należała do łatwych.
-Cześć, mamo- ton mam ostry. Nie mam najmniejszej ochoty z nią rozmawiać. Nie potrzebuję jej matczynej opieki, którą i tak skrajnie mnie obdarowywała.
-Jak się czujesz?- jej głos jest drobny i pobłażliwy. Głośno przełykam ślinę, siadając w fotelu.
-Dobrze- odpowiadam jej krótko i zwięźle i chyba to ją zadowala.
-Katniss, posłuchaj…- próbuje dobrać odpowiednie słowa, przez co na chwilę w słuchawce zapada głucha cisza- Wiem, że tamtego dnia w szpitalu moje słowa były kompletnie nie na miejscu. Bardzo żałuję tego, co powiedziałam. Całkiem niedawno uświadomiłam sobie, że jesteś dorosła. Za chwilę będziesz miała osiemnaście lat i to twoje życie. Niepotrzebnie się wtrącam. Nie chciałam, żebyśmy się pokłóciły, tym bardziej, że jesteś w ciąży. Jeszcze raz bardzo cię przepraszam, skarbie…
-Ja również przepraszam, mamo. Za dużo tamtego dnia ci wygarnęłam…- jej słowa mnie zaskakują. Nie sądziłam, że sama, z własnej woli może zadzwonić i przyznać się do swojego błędu.
-Rozejm?- pyta, a ja bez zastanowienia kiwam głową. Po chwili dopiero orientuję się, że mnie nie widzi i posłusznie potakuję- Miałabym do ciebie jeszcze jedną, małą prośbę. Mogłabym w najbliższym czasie was odwiedzić? Nie ukrywam, że trochę się za tobą stęskniłam- w słuchawce rozlega się jej krótki śmiech, a ja bez zastanowienia się zgadzam. W końcu jest moją matką, a ostatni raz widziałyśmy się około dwóch miesięcy temu i to w dość niemiłej atmosferze.
Żegnam się z nią i odkładam słuchawkę na stół. Nie mogę ukrywać, że tym telefonem odrobinę poprawiła mój humor. Sprawę naszej kłótni mam już z głowy. Co prawda, nie przejmowałam się nią aż tak bardzo. Wiedziałam, że mama w końcu prędzej, czy później i tak zadzwoni. Nie chciałaby przegapić narodzin jej pierwszej wnuczki.
Spoglądam na zegarek, który wskazuje parę minut po dwudziestej drugiej. Jeszcze tylko dziewięć godzin. Myślami znów wracam do Peety. Domyślam się, że zapewne w tej chwili piecze jakieś torty na specjalne zamówienie, albo inne wykwintne ciasta. Jego talent nie mógłby się zmarnować i po chwili jednak karcę się w myślach za to, że mogłabym nie zgodzić się na prowadzenie piekarni. Nawet pomimo mojego złego samopoczucia.
Przed położeniem się do łóżka, zjadam parę ciastek z czekoladą, które Peeta niedawno przyniósł dla mnie z piekarni. Są kruche i aż nadto smaczne. Coraz częściej zajadam się jego wypiekami, szczególnie tymi słodszymi. Mój wzmożony apetyt domaga się tylko więcej i więcej, ale muszę się pilnować, żeby tylko nie przesadzić z tą słodkością. Nie chcę być grubsza, niż jestem obecnie.
Przebieram się w koszulę nocną, którą niedawno dostałam od Peety. O dziwo jeszcze jest na mnie dobra. Przyglądam się mojemu odbiciu w lustrze w łazience. W większości ubiór ma kolor czerwony. Przy górze, na dekolcie oraz u dołu wyszyty został czarną koronką. Gdy mąż mi go podarował, jako „bezokazyjny” prezent, natychmiast mi się spodobał. Nigdy nie miałam tego typu koszuli, ale ta wyjątkowo przypadła mi do gustu. Peeta doskonale wie, czym mnie zachwycić i skrzętnie to wykorzystuje.
Gaszę światło w sypialni, sprawiając, że zapanowuje w niej przenikliwa ciemność. Księżyc staje się jedynym źródłem światła. Lekko uchylam okno z dość jasnego powodu. Jestem już do tego przyzwyczajona, bo Peeta robił to każdej nocy. Nie potrafiłabym nawet położyć się do łóżka bez wykonania tej czynności.
Kładę dłoń na szybie okna i spoglądam w dal, gdzie stoi piekarnia Peety. Oczywiście nie mogę jej dostrzec. Na dworze jest zbyt ciemno, a w dodatku nasz dom wybudowany jest pod takim kątem, że nie sposób jest zauważyć piekarnię. Zrezygnowana, ciężko wzdycham.
Dnie, jak i noce zaczynają być w miarę ciepłe. Przez otwarte okno do pokoju wdziera się lekki wiaterek, łaskocząc moją skórę. Taką pogodę właśnie lubię, nie za gorąco i nie za zimno. Jest w sam raz.
Odwracam się, by wrócić do łóżka. Po drodze uważam na sztalugę oraz farby, porozstawiane prawie po całym pokoju. Muszę poprosić Peetę, by w końcu zrobił z nimi porządek. Przyzwyczaiłam się już do ciągłego zapachu farb, przez który na początku było mi niedobrze. Ciągłe kolorowe plamy na podłodze, czy meblach to także codzienność w naszym domu. Zbytnio mi nie przeszkadzają, nawet dodają naszemu życiu pewnej oryginalności, ale tego mamy aż nadto.
Kładę się do łóżka i przykrywam kołdrą. Dobrze wiem, że nie zmrużę oka. Chcę po prostu położyć się i odpoczywać, w razie, gdyby Peeta wrócił nieco wcześniej. Nieraz mu się to zdarzało, ale jednak częściej wracał około siódmej nad ranem.
Szczerze powiedziawszy, boję się zasnąć. Nie chcę znów mieć tych samych koszmarów, które ostatnimi nocami nawiedzają mnie coraz częściej. Nie mam najmniejszej ochoty, tym razem po raz trzeci stawać na arenie i walczyć na śmierć i życie, ujrzeć Prim, która próbuje mnie zabić, czy Peetę z przebłyskami wspomnień. Tego typu koszmary zdarzają się najczęściej. A co pojawi się przed moimi oczami zostaje w pamięci do końca życia.
Moja prawa dłoń, jak każdej takiej samotnej nocy zajmuje miejsce na drugiej połowie łóżka, gdzie powinien leżeć Peeta. Ile bym dała, żeby naprawdę tu ze mną był. Przez myśl nawet przebiega mi, żebym teraz się do niego wybrała, ale momentalnie rezygnuję z tej opcji. To byłoby chyba co najmniej niedorzeczne, gdybym znalazła się w nocy u niego w piekarni.
Leżę w bezruchu, tępo wpatrzona w biały sufit przez dobrą godzinę. Wsłuchuję się w każdy odgłos, który dobiega do moich uszu. Jaskier, drapiący meble w salonie, pohukiwanie sów w lesie. Przymykam oczy, ostrożnie kładąc lewą dłoń na brzuchu. Zawsze wiedziałam, że jestem słaba, ale to właśnie Willow czyni mnie silniejszą. Nie pozwala mi się załamać w chwilach zwątpienia. Dzięki niej widzę moją przyszłość w jaśniejszych barwach i nigdy, przenigdy nie pozwolę jej skrzywdzić. Nikomu.
Nagle do moich uszu dobiega przenikliwe i donośne wycie. Instynktownie otwieram oczy i z dokładnością rozglądam się po całym pokoju. W lasach Dwunastki od lat przecież nie były widziane żadne wilki. Odgłos znów się powtarza, a ja nie wiem, co mam o tym myśleć.
Nagle do głowy przychodzi mi Sierra, moja dawna przyjaciółka ze szkoły. Ostatni raz widziałyśmy się przed świętami, gdy z Peetą wybraliśmy się na poszukiwanie choinki. Sprawiała wrażenie niepokojąco tajemniczej. Przypominam sobie najważniejsze. Sierra zmieniła się w wilka. Nie mam pojęcia, jak tego dokonała, ale dawno przestałam wierzyć w tego typu bajeczki. Może tym razem to także ona. Myślę, że może chce przekazać mi coś ważnego, ale nie może przecież wejść tak po prostu przez bramę Wioski Zwycięzców. Mogłabym wreszcie dowiedzieć się czegoś o tej ciemniejszej stronie Kapitolu i może też o Gale’u…
Z początku lekko się waham. Wiem, że źle robię, a gdyby Peeta tylko się dowiedział z pewnością nie stanęłoby tylko na jednym upomnieniu. Kategorycznie zabronił mi samej wychodzić do lasu i polować już na początku ciąży, ale teraz nie mam wyjścia. Muszę choć raz mu się przeciwstawić i dowiedzieć czegoś więcej. Nie mogę tylko cicho siedzieć i udawać, że wszystko jest w porządku.
Ściągam szybko nocną koszulę i rzucam ją niedbale na łóżko. Przebieram się w jakieś sportowe ubranie i narzucam na siebie kurtkę. Wracam się jeszcze po łuk i kilka strzał. Sama nie wierzę, że to robię. Nim zdążę pomyśleć, jakie konsekwencje może nieść moje zachowanie, już otwieram drzwi i wychodzę na ganek domu. Modlę się w duchu, żeby Peeta przypadkiem nie wracał wcześniej. Zrobi mi piekło, jeśli się tylko dowie.
Rozglądam się uważnie po Wiosce Zwycięzców. Słyszę jedynie mój przyspieszony i w pewnych momentach urywany oddech. W Dystrykcie panuje cisza, jak makiem zasiał. Łuk kurczowo ściskam w lewej ręce, strzały natomiast w prawej. Nie zabrałam kołczanu, gdyż na tą chwilę jest dla mnie odrobinę za ciężki. Muszę uważać, żeby też nikt z mieszkańców Wioski mnie nie zauważył. Z pewnością prędzej, czy później doniósłby Peecie o moich nocnych przechadzkach.
Gdy na skraju lasu rozlega się głośne wycie, moje nogi same ruszają w kierunku odgłosu. Cicho i prawie niezauważalnie przemieszczam się do bramy Wioski. Żwir pod moimi stopami nieznacznie szeleści, natomiast moje serce prawie podskakuje mi do gardła.
Kiedy już znajduję się pomiędzy drzewami niezapomniane uczucie własnej indywidualności powraca do mnie, niczym bumerang. Już wiem, czego tak bardzo brakowało mi przez te pięć miesięcy. Lasu i polowań, które są częścią mnie. Częścią mojego życia. Znajomy zapach sosen wdziera się do mojego nosa i roznosi po całym ciele, ale wciąż pozostaję czujna.
Uważnie rozglądam się po lesie, by móc wreszcie ją dostrzec. Wycie już się nie powtarza, ale wiem, że mnie znalazła. Gdy zauważam dwoje wielkich ślepiów, wpatrzonych we mnie na chwilę zamieram. Ciarki przechodzą przez moje ciało, dając mi do zrozumienia, że powinnam uciekać, ale nie ruszam się z miejsca. Ciche i krótkie warczenie wydobywa się z jej paszczy, a po chwili obnaża ostre, jak brzytwa kły. Mój urywany oddech staje się coraz głośniejszy i zdaje się trochę ją drażnić. Po chwili ostrożnie wyłania się z cienia w całej okazałości. Powoli do mnie podchodzi. Wielki wilk o szarej sierści wlepia we mnie krwiożercze spojrzenie, a ja nie wiem, czy zdążę się jeszcze uratować. 


poniedziałek, 4 maja 2015

Krótka informacja.

Witajcie, kochani ♥
Przepraszam, że musicie tyle czekać, ale mam ogromny natłok spraw prywatnych. I nie, nie bójcie się, bo nie kończę z blogiem. Kolejny rozdział już piszę i mam nadzieję, że najwcześniej uda mi się go wstawić już jutro :3 Jeśli nie, możecie podsunąć mi łykołaki.
Znów Was zawiodłam, przepraszam najmocniej i wiem, że jesteście na mnie źli. Sama jestem na siebie cholernie wkurzona, że wcześniej nie mogłam go napisać, ale naprawdę, w ostatnim czasie mam mnóstwo spraw na głowie.
Mam nadzieję, że mi wybaczycie i do jutra!
Kocham Was! x
K. G.


niedziela, 12 kwietnia 2015

34. "Samotna"

Przepraszam i już proszę was, żebyście się na mnie nie gniewali ;-; Cholernie trudno było mi napisać ten rozdział, a i tak jest taki nijaki. Wiem, że ostatnio nie dzieje się za wiele w ich życiu, ale chciałam dać im taką trochę sielankę. Następne rozdziały już takie nie będą, gwarantuję :3 Uprzedzam, że dam trochę akcji, żebyście nie zanudzili się tymi notkami ^^
Dziękuję, że tyle komentarzy przybyło pod ostatnim rozdziałem, to ogromnie wiele dla mnie znaczy i mam nadzieję, że teraz będzie jeszcze więcej. Jeśli tak, następną notkę być może dodam wcześniej :3 Taki mały szantażyk, ale mam nadzieję, że się na mnie nie fochacie ;-;
Zapraszam do czytania, wyrażania swojej opinii w komentarzach i pozdrawiam was, misie <3
+Jeśli ktoś chciałby być powiadamiany o nowych notkach mailowo lub przez mojego aska @Maddy33272 wystarczy dać znać :3
Kocham Was <3
K. G.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


Próbuję zbliżyć dłoń do jej lśniących blond włosów, lecz raz za razem jakaś niewidzialna siła nie pozwala mi na to. Chciałabym móc przeprosić ją za każdą wyrządzoną jej krzywdę. Tak, jak sądziłam jest to niewykonalne. Otwieram usta, ale żaden choćby najcichszy dźwięk nie ma szansy się z nich wydobyć. Przeze mnie jej tu nie ma. Umarła z mojej winy.
Klęczy, ubrana w przenikliwie białą sukienkę. Dopiero teraz zauważam w jej dłoniach drobny wianek, upleciony z jedynie czerwonych kwiatów. Obserwuję jej drobną twarzyczkę. Ze skupieniem w niebieskich oczach wplata ostatnią roślinę. Swoje obojętne spojrzenie powoli kieruje w moją stronę. Nawet cień uśmiechu nie pojawia się na jej twarzy, tak samo jak na mojej. Wpatrujemy się w siebie przez krótką chwilę, po czym kąciki jej ust lekko unoszą się ku górze. Dobrze pamiętam ten wyraz. Obdarowywała mnie nim, gdy miała dla mnie jakąś niespodziankę, taką prosto od serca. Zazwyczaj były to właśnie piękne wianki z kwiatów w najróżniejszych kolorach tęczy.
Wstaje naprzeciw mnie, wciąż trzymając wianek w dłoniach. Teraz dosięga mi brody, a ja nie wiem, kiedy zdążyła tak urosnąć. Chcę otoczyć ją ramieniem, powiedzieć, żebyśmy wracały do domu, ale nawet nie mogę się uśmiechnąć. Jakbym straciła panowanie nad całym moim ciałem. Stoję, jak słup soli, wpatrując się w jej niebieskie oczy. Ona zaś robi to samo.
Nagle podnosi wianek na wysokość moich oczu. Zauważam, jak płatki czerwonych kwiatów powoli zaczynają topnieć, niczym lód. Po chwili orientuję się, że zamieniają się w krew. Gęsta czerwona ciecz spływa po jej dłoniach, kapiąc na zieloną trawę. Nie wiem, co się dzieje, gdy przykłada wianek do mojej twarzy. Czuję tylko palący ból. Jakby ktoś wylał mi na policzki żrący płyn. Za wszelką cenę nie mogę się obronić. Przymykam tylko oczy, by krew nie dostała się do ich wnętrza. Mogę otworzyć usta, lecz po chwili żałuję tego czynu, gdy czerwona ciecz wlewa się do środka mojej jamy ustnej. Pali język, podniebienie, wewnętrzną część policzka. Niechcąco ją połykam, co powoduje nagłe ataki kaszlu. Krztuszę się, pochylając ciało do przodu i chcąc, by wianek czym prędzej nie dotykał już mojej twarzy. Spada na trawę, rozbryzgując krew dookoła mnie. Chcę otworzyć oczy, ale boję się, że zaczną mnie piec, jak pozostałe części mojej twarzy.
Dlaczego ona mi to zrobiła?
Zadaję sobie podobne pytania raz za razem. W mojej głowie panuje mętlik. Żadnych myśli nie mogę złożyć w wspólną całość. Nie potrafię nabrać porządnie powietrza w usta. Kiedy w końcu to zrobię, histeryczny kaszel wyrywa się z moich płuc. One również mnie pieką. Najgorsze jest to, że nie mogę się ruszyć. Żadna część mojego ciała nie jest mi posłuszna.
Nagle do moich uszu dobiega przerażający śmiech. Ciarki przebiegają po moich plecach. Nie orientuję się, z której strony dobiegają te odgłosy. Na chwilę zapada głucha cisza, podczas której słyszę jedynie gwałtowne bicie własnego serca.
I znów to samo.
Śmiechy, naokoło mnie. Nie wiem, czy tylko mi się wydaje, że one jakby mnie okrążają. Dobiegają z każdej możliwej strony, a ja już domyślam się, czyj to głos.
Ona nigdy w taki sposób się nie śmiała. Te odgłosy przypominają rechot psychopaty, który wykończył swoją ofiarę. Nie, to nie ona…
Zbieram się w sobie, by w końcu otworzyć oczy. Nie jest to łatwe z powodu krwi wciąż tkwiącej na mojej twarzy. Muszę się dowiedzieć, dlaczego ona to mi zrobiła. Moja siostra. Stawiam sobie za cel ocalenie jej życia. Wtedy nie mogłam, nie potrafiłam jej pomóc. Teraz mam drugą szansę i nie mogę jej zmarnować.
Lekko rozchylam powieki. Nakazuję moim dłoniom zetrzeć zaschniętą krew chociażby z obrzeży oczu, ale tak jak poprzednim razem, nie mają zamiaru mnie posłuchać. Jakby ktoś je zamroził. Sztywnie zwisają wzdłuż mojego ciała. Ten bezruch mnie przytłacza.
Słońce ogrzewa moją skórę, a polana, na której się znajduję wydaje się taka spokojna, jednak śmiechy wciąż nie mają zamiaru ucichnąć. Nie wyczuwam żadnej obecności wokół mnie, lecz mam wrażenie, że ktoś lub coś mnie obserwuje. Pod moimi stopami nie ma już wianka z krwią, jakby rozpłynął się w powietrzu.
Pomimo sytuacji, w której się znajduję, jestem całkiem spokojna. Nawet nie wiem, jak tego dokonałam. Kaszel odrobinę ustał, a twarz tak przeraźliwie nie piecze mnie, jak przed chwilą.
Zauważam ją. Stoi, nieruchomo na obrzeżach lasu, okalającego polanę, kilkanaście metrów ode mnie. Nie mam pojęcia, jakie ma zamiary wobec mnie, ale orientuję się, że to ona wydaje te dźwięki. Jej otwarte usta tylko utrzymują mnie w przekonaniu, że tak jest.
Rusza w moją stronę. Powoli, uważnie stawiając każdy krok. Wiatr rozwiewa jej włosy i białą sukienkę. Cały czas uważnie ją obserwuję. Nie mogę spuścić jej z oka. Najgorsze jest, że nie mam nad nią żadnej kontroli, a tym bardziej nad moim własnym ciałem.
Przystaje w niewielkiej odległości ode mnie. Jej uśmiech staje się coraz szerszy i szerszy. Obnaża swoje białe zęby, które teraz wydają się spiczaste i ostre, jak brzytwa. Uśmieszek staje się nienaturalny, kąciki jej ust prawie dotykają uszu. Marszczę brwi, ale nie mogę dać po sobie poznać, że się nią przejmuję.
W pewnej chwili jej ciało zaczyna się roztapiać, niczym wosk. Skóra staje się rozciągliwa, kapie na trawę. Najbardziej szokuje mnie, gdy z jej oczodołów wypływa krew. Gęsta, czerwona maź strumieniami spływa po policzkach, na sukienkę. Nadal na jej twarzy gości ten szatański uśmiech.
Nie mogę patrzeć na to, co dzieje się z jej ciałem. Moje tętno przyspiesza, a adrenalina we krwi podskakuje.
-Prim!- udaje mi się wywrzeszczeć. Nie płaczę, nie mam nawet takiego zamiaru. Nie mogę po raz kolejny jej stracić. Z jej oczodołów nadal wypływają strumienie krwi.
-Przynosisz śmierć, siostrzyczko- po tych słowach Prim, zamieram na chwilę. Cała sztywnieję, a ciarki przechodzą po moich plecach. Przynoszę śmierć?
Nie zdążam nawet głębiej zastanowić się nad znaczeniem tego zdania. Prim otwiera usta, z których lśnią naostrzone zęby. W mgnieniu oka biegnie do mnie. Nie mogę się obronić. Ona mnie zabije. Zagryzie na śmierć. Będzie mogła w końcu odpłacić się tym samym.
Skacze na mnie. Przymykam oczy, przykrywając twarz dłońmi, którymi wreszcie mogę poruszać. Uwiesza się na moich ramionach. Próbuję się bronić, szarpię się z nią, ale ona już wgryza się w moją dłoń. Wyję z bólu, przymykając oczy. Boję się je otworzyć, żeby nie zobaczyć swojej własnej krwi. Ale może właśnie tak ma być? Muszę cierpieć, bo to przynosi Prim radość, a ja przecież zawsze chciałam, żeby była szczęśliwa.
Zaciskam zęby, żeby kolejny jęk nie znalazł wyjścia z moich ust. Siostra drapie mnie paznokciami po ręce, później znów się w nią wgryza, a ból bierze kontrolę nad moim ciałem.
Gdy zdołam otworzyć oczy, pierwsze co zauważam to Jaskier. Włochaty kocur, drapiący łapą moją rękę. Podnoszę głowę na kilka centymetrów, zapoznając się z otoczeniem. Polana zniknęła. Nie ma śladu po drzewach, prażącym słońcu, po Prim. Leżę w łóżku i już dochodzi do mnie, że tylko śniłam. Opadam na poduszkę, głęboko oddychając. Stopniowo się uspokajam, gdy Jaskier zaczyna cicho pomrukiwać obok łóżka. Spoglądam na moją dłoń, która w wielu miejscach ma ślady po zębach i pazurach kocura. Domyślam się, że ręka podczas snu musiała bezwładnie zwisać z łóżka, a Jaskier wykorzystał to, domagając się jedzenia.
Przed moimi oczami wciąż widnieje Prim. Jej roztapiające się ciało i krew wypływająca z oczodołów. We śnie nie zrobiła na mnie dużego wrażenia, natomiast na jawie jest dużo gorzej. Te obrazy zostają w mojej świadomość przez długi czas, być może nawet na zawsze. Każdy mój koszmar zapamiętuję. Nawet lepiej niż zwyczajne sny. Bo dobrze zapamiętujemy tylko okropne rzeczy. One zostawiają ślad w naszej psychice.
Przewracam się na lewy bok i spoglądam na Jaskra. Jego bystre oczy obserwują każdy mój ruch.
-Ładnie to tak kaleczyć swoją właścicielkę, darmozjadzie?- wzdycham, ostrożnie przejeżdżając dłonią po jego brudnym futrze. Zwierzę wydaje z siebie tylko kilka pomruków i wychodzi z sypialni do kuchni, oczywiście wyczekując jedzenia.
Moja dłoń wędruje na drugą stronę łóżka. Błądzi po zimnym materacu, szukając jego ciepłego ciała. Moja nadzieja jednak gaśnie, gdy wyczuwam tylko pogniecione prześcieradło. Tak, jak się spodziewałam nie ma go. Wyszedł do pracy, jak co ranka od dwóch tygodni. Wzdycham, wstając z łóżka.
Nie mam zamiaru ukrywać, że jest mi z tym ciężko. Nie myślałam, że będzie mi go tak brakować. Rano, gdy się budzę jego już nie ma obok mnie. Zostawia po sobie jedynie śniadanie przeznaczone dla mnie. Wraca dopiero pod wieczór. Wtedy staram się każdą możliwą chwilę spędzić z nim.
Nie wiedziałam, że praca w piekarni będzie też dla mnie taka wyczerpująca. Chociaż jeszcze nie miałam okazji stać za ladą, to wzmagam się z samotnością. Nienawidzę budzić się w pustym domu. Nie mam do kogo otworzyć ust, chyba że Jaskier i Willow się liczą. Owszem, od czasu do czasu wychodzę na spacer z Johanną, czy Annie, ale na tym się kończy. Nawet nie potrzebuję ich obecności. Jedyne, czego potrzebuję to Peety.
Koszmary coraz częściej mnie nawiedzają, zdarza się, że nawet kilka nocy pod rząd. Czasem budzę się z nich w nocy, ale jednak ranek to norma. Peety w tym czasie nie ma obok mnie. Nie może ukoić mojego strachu, a ja nie potrafię bez tego normalnie funkcjonować.
Tęsknię za nim, ale w taki dziwny sposób. Jakby jego wieczorne przebywanie ze mną mi nie wystarczało. Nieraz przychodzi zmęczony z pracy, zamienia ze mną parę zdań i kładzie się do łóżka. A to mnie boli. Że nie ma dla mnie czasu.
Wczorajszy dzień był jednak dla mnie najtrudniejszym odkąd Peeta zaczął spędzać całe dnie w piekarni. Nie mógł uczestniczyć ze mną w badaniu kontrolnym u doktor Whitewood. Nie dość, że byłam sam na sam z tą kobietą, to jeszcze jego tam nie było. Zawsze razem chodziliśmy napawać się biciem serduszka Willow. Teraz nawet się z tego nie cieszyłam. Nie miałam z kim…
Nie mówiłam Peecie, że jest mi ciężko, kiedy nie ma go w domu. Nie chcę wywoływać na nim presji. Nie jestem w końcu najważniejsza. Założę się, że jeśli tylko powiedziałabym mu, jak się czuję, zamknąłby piekarnię na dobre. Wiem, ile radości przynosi mu dalsze prowadzenie interesu ojca, więc tylko udaję, że jest wszystko w porządku. Nie chciałabym, żeby rezygnował ze swoich pragnień za każdym skinieniem mojego palca.
Zamykam okno, które Peeta otworzył na noc. Początek marca wydaje się ciepły. Na ulicach dwunastki nie ma śladu po śniegu, za to słońce delikatnie przygrzewa moje policzki, gdy stoję w oknie. Ile bym dała, żeby wybrać się z moim mężem na spacer. Zabrałabym go do lasu, nad jezioro, w którym nauczyłam się pływać. Samo wspomnienie tamtego miejsca sprawia, że lekki uśmiech wkrada się na moje usta. To niemożliwe, a tym bardziej dziś. W czwartki Peeta zawsze ma nocną zmianę. W domu najwcześniej może pojawić się jutro rano. W zamian cały piątek razem z weekendem ma wolny. Szczerze wątpię, żeby udało mi się dzisiaj zasnąć. Nie potrafię zmrużyć oka bez jego ramion, okalających moje ciało. Każda sekunda nie spędzona z nim jest jak tortura. Poza tym łóżko wydaje mi się takie zimne, gdy jego ze mną nie ma. Nie wiem, jak zdołam tak dalej żyć. Chciałabym przerwać tą samotność, ale z drugiej strony wiem, że nie mogę. On nic nie wie o tym, jak cierpię. Każdy dzień wydłuża się w nieskończoność, a ja próbuję znaleźć coraz to nowsze zajęcia. Byle tylko nie zaprzątać sobie nim głowy. Przestaję o nim myśleć dopiero, gdy łza bólu znajduje ujście w kąciku mojego oka. Jest tylko jedna. Samotna, zupełnie jak ja.