piątek, 9 stycznia 2015

26. "Najlepsze lekarstwo"



Kolejny rozdział :3 Trochę dłuższy niż pozostałe, więc liczę na wasze komentarze <3 Pozdrawiam i niech los zawsze wam sprzyja! ;*
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

 Przyjemne ciepło rozchodzi się po moim ciele, zaczynając od dłoni. Stopniowo pokrywa ramiona, a po chwili dochodzi do palców u stóp. Odruchowo unoszę kąciki ust, szukając źródła tego wspaniałego uczucia. Lekko poruszam palcami prawej ręki, badając opuszkami palców miękkie podłożę. To samo próbuję z lewą dłonią. Dziwi mnie fakt, że nie mogę jej ruszyć. Dopiero teraz czuję na niej drobny ciężar. Marszczę brwi, decydując się na otworzenie oczu. Przenikliwy ból w tylnej części głowy dostatecznie mnie rozbudza. Cicho syczę, wykrzywiając twarz w grymasie.
 W pomieszczeniu, w którym się znajduję panuje lekki półmrok. Próbuję sobie przypomnieć, jak się tu znalazłam. Co się wydarzyło? W nozdrza wdziera mi się ten nieprzyjemny, szpitalny zapach. Dlaczego to akurat zawsze musi być szpitalna sala?
 Nagle wszystkie wydarzenia uderzają mnie w twarz. Przed oczami przebiega mi gonitwa za Rory’m, zawalający się budynek, ręka chłopaka, wystająca spod gruzów domu. Moje ciało tężeje na wspomnienie tamtych chwil. Znów musiałam przyczynić się do śmierci niewinnej osoby. Kolejny raz nie potrafiłam komuś pomóc.
 Zawsze spotykałam Rory’ego uśmiechniętego od ucha do ucha. Pomimo przeciwności losu, z jakimi wzmagały się nasze rodziny, on był niesamowicie pozytywnie nastawiony do życia. Pomagał Gale’owi, jak tylko umiał. Tak, jak jego starszy brat był podporą rodziny. Nie pozwalał jej się zawalić pod gruzami szarej rzeczywistości. Wiem, że nigdy nikogo nie odważyłby się skrzywdzić. Ale tam, w zawalającym się budynku widziałam w nim kogoś całkiem innego. W jego szarych oczach dominował strach. Dążył tylko do tego, aby ochronić rodzinę. Gdyby ktoś wygrażał mi, że zabije moich bliskich pewnie posunęłabym się do tego, co Rory. Nie mam mu za złe, że próbował pozbawić mnie życia. Poświęcił się dla dobra Hazel i rodzeństwa. Mam tylko nadzieję, że teraz jest w o wiele lepszym miejscu.
 Pozostaje jeszcze kwestia Gale’a. Gdyby ktoś powiedział mi parę lat temu, że on zrobi coś tak potwornego z pewnością wyśmiałabym go na miejscu. Mój przyjaciel, z którym dzieliłam tajemnice, zmartwienia, problemy tak po prostu usiłuje mnie zabić. Nie mogę w to uwierzyć, że zaledwie dwa lata temu byliśmy nierozłączni. Oboje pomagaliśmy sobie w utrzymaniu rodziny. A on tak po prostu odwrócił się ode mnie po tym wszystkim, co przeszliśmy. Po tym, co zrobił Prim, po rebelii, po wojnie. Teraz wrócił i pragnie mojej krwi, a najgorsze jest to, że nie mogę z nim po prostu porozmawiać. Czy tak nie byłoby łatwiej? Wyjaśnić parę spraw zamiast wysyłać koleżków, żeby to oni ubrudzili ręce zamiast niego. W dodatku jeszcze grozić swojej własnej rodzinie. Przecież to chore. Gale jest chory psychicznie. Ta jego cholerna zazdrość doprowadzi do naprawdę tragicznych skutków.
Delikatnie odwracam głowę w lewą stronę i dopiero teraz orientuję się, że jednak na sali nie jestem sama.
-Peeta- szepczę, ledwo słyszalnym głosem. Jego głowa spoczywa na łóżku tuż obok mnie. Na pewno jest wyczerpany, tak samo jak ja. Po raz kolejny mnie uratował. Gdyby nie on leżałabym martwa pod gruzami, jak Rory. Nie mam pojęcia ile jeszcze razy będzie musiał przybywać mi na ratunek, ryzykując własne życie. Ale wiem jedno, Gale na pewno już pojął, że to Peeta stanowi główną przeszkodę w dostaniu się do mnie. Nie mogę przecież pozwolić na to, żeby ta bestia zabiła mojego męża. Dziwne, pierwszy raz myślę o Peecie, jako o moim mężu. Przecież nie cały miesiąc temu się pobraliśmy, a ja dopiero teraz uświadamiam sobie, jakie to było dla nas ważne. Jesteśmy rodziną, co oznacza, że będziemy razem na zawsze, a nie tylko wtedy, kiedy jest dobrze. Peeta mnie nie zostawi, nie jest taki. Będziemy walczyć o swoje racje, a Gale niech wie, że z rodziną Mellarków nie wygra.
 Ostrożnie podnoszę rękę, by przeczesać jego blond włosy. Potem delikatnie dotykam policzka i orientuję się, że to on cały czas trzyma mnie za dłoń. To źródło tego przyjemnego ciepła, które oblewa moje ciało. Jego twarz jest taka spokojna, jakby już nigdy nie miał się niczym zamartwiać. Łagodne rysy sprawiają, że odruchowo się uśmiecham. Od razu przypominam sobie mój koszmar, gdzie Gale go torturował. Czy tak właśnie wyglądałby Peeta, gdyby… umarł? Spoglądam na jego klatkę piersiową, która równomiernie unosi się i opada. Co by się stało, gdyby przestała się poruszać? Próbuję wyobrazić sobie świat bez jego kojących ramion, troskliwych spojrzeń, błękitnych oczu, ciepłych pocałunków. Dla mnie przestałaby istnieć. Ta cholerna rzeczywistość. Nie widzę nic, oprócz bólu, łez i cierpienia. Nicość.
 Lekko unosi powieki, zapoznając się z otoczeniem. Gdy tylko zauważa, że ja także już nie śpię momentalnie na jego twarzy pojawia się uśmiech nadziei.
-Katniss…- szepcze, ściskając moją dłoń- Boże, tak się martwiłem. Błagam cię, nie rób tego więcej.
-Nawet nie zamierzam. Dziękuję i przepraszam- dopiero teraz zauważam u niego lekkiego sińca pod okiem i rozciętą wargę- Peeta, co się stało?
-Nic takiego, po prostu, gdy za tobą biegłem przewróciłem się. To wszystko- robi zmieszaną minę, a ja wiem, że to nie wszystko.
-Nie umiesz kłamać- spoglądam na niego z troską, a on tylko przeczesuje dłonią włosy w znaczącym geście- Proszę, powiedz mi. Peeta, kto cię pobił?
 Wzdycha, przygryzając dolną wargę.
-Dobrze, ale obiecaj, że nie będziesz się martwić- mówi stanowczo, a ja kiwam posłusznie głową- Gdy za tobą biegłem Gale rzucił się na mnie z jednej z ciemnych uliczek. I tak to się skończyło. Dlatego nie mogłem wcześniej tam przybyć.
-Co mu zrobiłeś?
-To samo, co on mi, tylko może trochę bardziej- znów spuszcza głowę, przeczesując włosy. Więc Gale jest w Kapitolu, a Peeta miał z nim styczność.
-Lekarze powinni cię opatrzyć- zauważam, przyglądając się jego siniakowi, który chyba zaczął przybierać mdławo fioletową barwę. W odpowiedzi tylko macha lekceważąco ręką.
-Chciałabyś coś zjeść?- pyta, szybko zmieniając temat.
-Owszem, ale jak dasz się opatrzyć lekarzom- mówię stanowczo, a on wzdycha z rezygnacją. W końcu dochodzi do tego, że jestem zmuszona prosić go pocałunkami. Ostrożnie muskam jego usta. Znów móc poczuć ich smak jest jak spełnienie najskrytszych marzeń. Delikatnie przesuwa opuszkami palców po moim policzku, kojąc w ten sposób ból, który rozsadza moją czaszkę. Nieoczekiwanie świat zaczyna wirować mi przed oczami. Jego zapach wdziera się do mojego nosa, przywołując wspomnienia z Dwunastki. Uświadamiam sobie, jak bardzo tęsknię za domem. Chciałabym móc znaleźć się w naszym ciepłym łóżku, przyrządzać herbatę w naszej przytulnej kuchni i przesiadywać przed kominkiem w te zimne dni.
 Gdy w końcu zdołam uprosić Peetę, żeby lekarze się nim zajęli do sali wchodzi mama. W świetle szpitalnej lampy wygląda mi na jeszcze bardziej starszą. Przez jej blond włosy przedzierają się siwe kosmyki, a pod oczami widnieją sińce. Uśmiecha się do mnie ciepło.
-Witaj, córeczko, jak się czujesz?- podchodzi bliżej mojego łóżka i zajmuje miejsce Peety.
-Tylko boli mnie głowa. To wszystko- podnoszę rękę, delikatnie przykładając ją do obolałego miejsca. Dopiero teraz czuję pod dłonią kawałek materiału. Na głowie zawiązany mam bandaż. To jest aż tak źle?
-W takim razie dostaniesz jeszcze leki przeciwbólowe i po sprawie. Na szczęście nic poważnego się wam nie stało, a uwierz mi, że mogło być o wiele gorzej- notuje coś w kartotece, a ja uważnie się jej przyglądam. Czy to ta sama kobieta, która odwróciła się ode mnie i Prim przed laty? Zamknęła się w swoim świecie bólu i goryczy. Nie chciała dopuścić do siebie nawet swoich własnych córek. Wiem, że źle postępuję, ale nie zapomnę jej tego i chyba już nigdy nie będę potrafiła jej zaufać. Myślałam, że po śmierci siostry zachowa się tak samo, gdy tata zginął w kopalni. Przecież Prim umarła prawie tak samo. Może w końcu doszło do mamy, że nie może teraz się po prostu wyłączyć z rzeczywistości. Musi wreszcie być matką, chociaż dla mnie.
-Córeczko, proszę cię, musisz na siebie uważać, w szczególności teraz, gdy jesteś w ciąży- mówi, przełykając głośno ślinę. Wypowiada to zdanie surowo, niemal oskarżycielsko. Nawet cień uśmiechu nie pojawia się na jej poważnej twarzy. Myślałam, że będzie choć trochę bardziej przejęta tym, że jej córka spodziewa się dziecka- Kochanie, czy wy nie za bardzo się spieszycie?
-A co to za pytanie?
-Po prostu chcę ci uświadomić, że macie dopiero po siedemnaście lat- wyjaśnia, zdejmując okulary i przeczyszczając szkła lekarskim fartuchem.
-Dobrze wiem, ile mam lat- obruszam się, spoglądając na nią spode łba.
-Przecież całe życie przed wami. Jesteście pewni, że będziecie odpowiedzialnymi rodzicami?
-Wiem, że mówiłam, że nigdy nie będę mieć dzieci, męża, ale to się zmieniło. I ja też się zmieniłam, mamo. Nie możesz dostrzec różnicy? Byłam przywódcą rebeliantów, Kosogłosem, obaliłam rządy Snowa, położyłam kres Igrzyskom i ty jeszcze śmiesz nazywać mnie nieodpowiedzialną? Jestem silniejsza, niż myślisz. Poza tym to jest sprawa moja i Peety, a ty nie powinnaś się wtrącać- ton mam ostry i nie zważam na słowa. W końcu mam okazję wyrzucić jej wszystko, to co siedziało w moim sercu od śmierci taty- Myślisz, że sobie nie poradzę? Że my sobie nie poradzimy? To ty odwróciłaś się od własnych dzieci! Wtedy przejmowałaś się tylko sobą, a tak się składa, że ja i Prim straciłyśmy ojca!
-Katniss…
-Co, Katniss?! Wyobraź sobie, że nam też było ciężko! Musiałam zastąpić Prim i ojca i matkę! To ty byłaś nieodpowiedzialna! Jak mogłaś zamknąć się w sobie i nas zostawić?! Wiesz, co? Jedyną osoba, która jest nieodpowiedzialna jesteś ty!- pierwszy raz na nią krzyczę i nie żałuję żadnego słowa. Niech dotrze do niej, jak wielką krzywdę wyrządziła mi i Prim.
-Skarbie, ja naprawdę…
-Jedyne, co w tej chwili możesz zrobić to wyjść- zaciskam zęby, żeby tylko nie wybuchnąć. Jej twarz przybrała kamienny wyraz. Bez słowa wstaje i kieruje się ku drzwiom.
-Wypisują cię o czternastej. Przepraszam, córeczko…- mówi w progu i znika w jednym ze szpitalnych korytarzy. Nie przyjmuję jej przeprosin. To, co zrobiła mi i Prim jest nie do wybaczenia. I chyba już zawsze będę miała o to do niej żal.
***
 Przed czternastą lekarze zdejmują mi bandaż i aplikują dożylnie środki przeciwbólowe. Najchętniej wróciłabym od razu do domu, ale przecież czeka nas jeszcze wywiad. To nie w porządku wobec Ceasar’a, znów rezygnować ze spotkania. Poza tym przecież nie możemy przekładać go w nieskończoność.
 Razem z Peetą wychodzimy ze szpitala, który oczywiście okrążony jest przez dziennikarzy. Z trudem przedzieramy się przez głęboki śnieg i błyski fleszy. Zewsząd atakują nas natarczywe pytania. Dlaczego oni nie mogą dać nam spokoju? Czemu do życia potrzebne są im czyjeś nieszczęścia lub plotki?
-Wynocha!- Peeta wrzeszczy na całe gardło, popychając jednego z dziennikarzy na śnieg- Nie macie nic lepszego do roboty?!
 Pierwszy raz widzę go takiego zdenerwowanego. Mówię mu, żeby się uspokoił, ale on mnie nie słucha. Marszczy tylko brwi, zaciskając pięści. Obawiam się, że za chwilę rzuci się ma któregoś mężczyznę, więc ciągnę go w kierunku samochodu. Jeszcze nawet, jak odjeżdżamy w kierunku Ośrodka Szkoleniowego nadal widzimy błyskanie fleszy.
 Wtulam się w ramię Peety i niemal czuję, jak jego mięśnie są naprężone. Spoglądam na jego poważną twarz i dostrzegam, że rozcięta warga dosyć szybko się goi. Nie wiem, co ci lekarze mu zrobili, ale nawet siniak na policzku nie jest już taki wielki i fioletowy.
-Peeta, co cię ugryzło?- pytam po długiej chwili. Blondyn od razu przytomnieje i skupia się na mnie. Chyba dopiero teraz zauważył, że przytulam się do jego ramienia.
-A co miało mnie ugryźć?- odpowiada pytaniem na pytanie tylko po to, by uniknąć odpowiedzi. Od niechcenia przyjeżdża dłonią jeden raz po moim ramieniu.
-Nigdy taki nie byłeś… To znaczy nigdy aż tak bardzo nie denerwowałeś się bez powodu.
-Bzdura- od razu odkręca ode mnie głowę, by spojrzeć na mijające nas budynki. Wiem, że coś jest nie tak.
-Peeta…- odrywam plecy od oparcia, próbując spojrzeć mu w oczy. Jeszcze nigdy nie unikał mojego wzroku, a ja nie wiem, co w takiej sytuacji powinnam zrobić- Proszę, powiedz mi. Czy zawsze muszę wszystko z ciebie wyciągać?
-Zrozum wreszcie, że nic mi nie jest- cedzi przez zaciśnięte zęby. Nienawiść wymalowana na jego twarzy nie zwiastuje nic dobrego.
 Peeta znów odwraca się twarzą do okna, a ja postanawiam do końca podróży siedzieć cicho.
***
 Wchodzimy do naszej sypialni w Ośrodku Szkoleniowym. Ostatni raz byliśmy tutaj w dniu naszego ślubu i przed 75 Głodowymi Igrzyskami. Ten potworny strach przed areną nigdy nie wyniesie się z tego miejsca.
 Siadam na łóżku, popijając herbatę. Za chwilę powinna zjawić się Effie wraz z ekipą przygotowawczą. Szykuje się długie popołudnie wypełnione dobieraniem sukienek, butów poprawianiem makijażu. O włosach nawet nie wspomnę. Odruchowo przewracam oczami, odkładając szklankę na nocną szafkę.
 Peeta, gdy tylko zobaczył, że przesiaduję w sypialni od razu rozgościł się w salonie. Postanawiam porozmawiać z nim o tych jego humorkach. To ja tu mam prawo do wahania nastroju, nie on.
Wchodzę do salonu, opatulona ciepłym szlafrokiem. Natomiast Peeta siedzi na kanapie, wpatrując się w wazon z różami, ustawiony na stole. Na moje nieszczęście to białe róże. Widać wciąż Kapitol nie może wyleczyć się z tych „pięknych” kwiatów.
 Siadam obok niego na kanapie, ale Peeta nawet nie zauważa mojej obecności. Zaczynam poważnie się o niego martwić. To przez Gale’a? Czy może przeze mnie?
-Peeta…- zaczynam, kładąc mu rękę na dłoni. Gdy to robię, momentalnie zrywa się z kanapy, jak oparzony. Marszczy brwi i znów zaciska zęby. Spoglądam na niego przerażonym wzrokiem, także wstając. Takie zachowanie nie jest z pewnością normalne- Co się dzieje?
 Z początku nie odpowiada, wpatrując się we mnie już nie błękitnymi oczami. Raczej oczami szaleńca, nienawiść wymalowana na jego twarzy daje mi do zrozumienia, że muszę się cofnąć. Tak też robię.
-Ty się dziejesz- dyszy, ostrożnie się do mnie zbliżając- Myślisz, że tak łatwo dam się owinąć wokół palca? Jesteś przekonana, że pozwolę wmówić sobie, że mnie niby kochasz?
Nie wiem, co powiedzieć. Słowa Peety ugodziły moje serce. Spoglądam na niego zatroskanym wzrokiem, on natomiast nienawistnym. Jedyne, co potrafię w tej chwili zrobić to tylko przecząco kręcić głową.
-No, co? Dlaczego teraz nie wyznasz mi swoich uczuć? Bo wszystko, co powiedziałem jest prawdą? Jesteś zmiechem, Katniss. Zakłamanym zmiechem!- wrzeszczy, ale nie rzuca się na mnie. Byłam przekonana, że najpierw dobierze się do mojej szyi, jak w Trzynastce. A tymczasem Peeta przyciska dłonie do twarzy i ciężko dyszy. Boję się zrobić jakikolwiek krok w jego stronę, więc stoję jak słup soli, a on opada z powrotem na kanapę.
-Przestań… Katniss cię kocha… Poślubiła cię i cię kocha…- szepcze Peeta ledwie słyszalnym głosem. Wreszcie zbieram się w sobie i siadam obok niego w odpowiedniej odległości. Widzę, jak jego ręce drżą, a klatka piersiowa nierównomiernie unosi się i opada.
-Tak, kocham cię, Peeta i nigdy nie przestanę. Uwierz mi i zaufaj moim słowom- delikatnie odrywam mu ręce od twarzy i zmuszam się do pokrzepiającego uśmiechu. Widzę w jego oczach, jak walczy sam ze sobą.
-Byłaś Kosogłosem. Prawda czy fałsz?- szybko pyta, spoglądając mi w oczy.
-Prawda- odpowiadam w równym tempie. Peeta próbuje oddzielić fikcję od rzeczywistości, a to oznacz tylko jedno. Błyszczące wspomnienia wróciły…
-Obaliliśmy rządy Snowa. Prawda czy fałsz?
-Prawda.
-Kochasz Gale’a. Prawda czy fałsz?
-Fałsz. Gale chce mnie zabić.
-Jesteś moją żoną. Prawda czy fałsz?
-Prawda.
-Spodziewamy się dziecka. Prawda czy fałsz?
-Prawda.
-Haymitch przestał pić. Prawda czy fałsz?
-Fałsz. To niewykonalne- uśmiecham się półgębkiem, a Peeta mi wtóruje. Błagam, niech on będzie sobą. Niech wróci mój dawny Peeta.
-Przestały cię męczyć koszmary. Prawda czy fałsz?
-Fałsz.
-Kochasz mnie. Prawda czy fałsz?- to najważniejsze pytanie nie zadaje już z nienawiścią w głosie. Spogląda mi w oczy, a ja znów mogę dostrzec jego błękitne tęczówki, w których mogłabym się utopić.
-Prawda- odpowiadam i wpijam się w jego wargi. Z początku nie wie, co ma zrobić. Wydaje się zagubiony, ale po chwili delikatnie odwzajemnia pocałunek. Najpierw nieśmiało, ale później porywczo i namiętnie. Splatam nasze dłonie, a on ostrożnie głaszcze mnie po włosach. Gdy po jakimś czasie odrywamy się od siebie próbuje mi wszystko wyjaśnić.
-Peeta, to błyszczące wspomnienia. Dlaczego nie powiedziałeś mi, że one wróciły?- pytam z wyrzutem, a on chwyta mnie za rękę.
-One nigdy nie zniknęły, Katniss. Przepraszam i dziękuję…- szepcze, całując przelotnie moje usta- W szczególności teraz, w Kapitolu wszystkie wspomnienia wróciły. Ale, gdy ty jesteś przy mnie, tak jakby zapominam o tamtych wydarzeniach. Nawet w Dwunastce były takie chwile, że nie potrafiłem oddzielić prawdy od fałszu, ale zawsze ty byłaś w pobliżu i koiłaś te wspomnienia pocałunkami. Jesteś dla mnie najlepszym lekarstwem, Katniss. Ale tutaj one wracają ze zdwojoną siłą- na koniec chowa twarz w dłoniach. Jest załamany tym, co zrobił mu Snow. Sama nie wiem, jak miałabym teraz postąpić. Może powinniśmy wracać do domu? Przecież zdrowie Peety jest ważniejsze.
-Wracamy do domu- oświadczam, wstając z kanapy i maszerując do sypialni, by spakować walizki. Peeta od razu wpada za mną do pokoju, chwytając mnie za dłonie.
-Katniss, miejmy to już z głowy i wystąpmy w tym cholernym wywiadzie- wzdycha, przeczesując dłonią włosy- Dopóki jesteś przy mnie nic się nie stanie. Ataki trwają tylko parę minut, a później wszystko wraca do normy.
-Dobrze, więc co mam robić?- pytam, kładąc dłoń na biodrze.
-Tylko mnie kochać. Nic więcej do szczęścia nie jest mi potrzebne. 




czwartek, 1 stycznia 2015

25. "Kolejna niewinna osoba"



 Mam dla was kolejny rozdział o wiele wcześniej, niż zazwyczaj, bo po paru dniach a nie po dwóch tygodniach xD Chciałabym utrzymać się z takimi odstępami, ale wszystkiego nie obiecuję oczywiście przez szkołę -.-  
To pierwsza notka w nowym roku :D Więc chciałabym poruszyć kwestię komentarzy. Jest ponad 10 tysięcy wyświetleń, z czego się niezmiernie cieszę, ale komentarzy tylko 90. Nawet nie wiecie, jak mi się japa cieszy, gdy widzę chociaż o jeden więcej przy jakiejkolwiek notce :3 I oczywiście dziękuję z całego serducha chociaż za te 90 komentarzy, które mega super motywują. Także piszcie, co mam pozmieniać i w ogóle c: Nie wstydźcie się <3 
Dłużej nie przeciągając zapraszam do czytania i komentowania :3
Pozdrawiam ;*
 ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
 Chłopak niepewnie spogląda na mnie spod kępki czarnych włosów. Zauważam, że jego dłonie niepokojąco drżą z zimna. Ubrany jest tylko w przewiewną kurtkę, a jego spodnie w kilku miejscach są podziurawione. Skoro Rory tu jest, niewykluczone też, że gdzieś w okolicy przesiaduje jego braciszek, który na pewno z wielką chęcią spotkałby się ze mną.
 Zimne ciarki przebiegają po moich plecach, gdy sobie to uświadamiam. Sprawnie chwytam Peetę za rękę. Nie byłam gotowa na to spotkanie po tak długim czasie. Z Rory’m prawie w ogóle nie miałam kontaktu. Parę razy zdarzało się, że odbierałam go ze szkoły, kiedy Gale nie mógł, ale na tym nasza znajomość się ograniczała.
-Rory… co ty tutaj robisz?- pytam, a mój głos lekko załamuje się na mroźnym wietrze.
-Katniss… Gale. On chce…- zaczyna, ale nie wie, jak sklecić zdania. Wstrzymuję oddech, zagryzając wargę i szykuję się na kolejne niebezpieczeństwo, które przygotowuje dla mnie los.
 Nagle chłopak niekontrolowanie zanosi się płaczem, upadając w zaspę śniegu. Chowa twarz w dłoniach, cicho szlochając. Nie wiem, jak w takiej sytuacji powinnam postąpić, ale po prostu do niego podbiegam.
-Rory! Rory, uspokój się! Co się dzieje?- pytam, chwytając go kurczowo za ramiona. Z początku próbuje się wyrwać, ale ja tak łatwo nie dam za wygraną. Niech dokończy, to co zaczął. Niech powie mi w końcu, co takiego knuje Gale.
 Peeta mnie powstrzymuje, żebym zostawiła go w spokoju, lecz ja wciąż próbuję go jakoś ukoić . W końcu dochodzi do tego, że siadam w śniegu, przytulając go. Jego zapach przypomina mi o kopalniach w Dwunastce, o domu i oczywiście o Gale’u. Nie mogę zapomnieć, że właśnie trzymam w objęciach krewnego mojego śmiertelnego wroga.
-Cii- szepczę, przyciskając jego głowę do piersi- Już dobrze. Już dobrze, Rory.
 Po chwili stopniowo zaczyna się uspokajać. Jego łzy spadają na moje spodnie. Drży, ale to chyba bardziej z zimna. Peeta siada obok nas, otulając chłopaka swoim płaszczem. Spoglądam na niego niepewnie, a on tylko przygryza wargę.
-Rory, już dobrze? Możesz mi powiedzieć, o co chodzi?- pytam łagodnie, lekko unosząc kąciki ust. Chłopiec podnosi głowę, by spojrzeć mi w oczy. Jego szare tęczówki przeszywają mnie na wylot. Jest tak podobny do Gale’a, a zarazem tak różny. Wiem, że nigdy nie posunąłby się do próby zabójstwa. Gale to co innego.
 Ostatnie krople łez spływają po smutnych policzkach Rory’ego i wzdycha z przejęciem. Cały czas czekam na wyjaśnienia. W międzyczasie znów ostrożnie chwytam rękę Peety, który momentalnie głaszcze kciukiem zewnętrzną część mojej dłoni.
-Katniss, przepraszam. Ja naprawdę nie chciałem. Tylko Gale wygrażał się, że z wszystkim skończy. Boję się go, Katniss- wypala na jednym wydechu. Nim zdążę dokładnie przetrawić jego słowa, Rory momentalnie wyrywa mi się, skręcając za róg najbliższego budynku.
-Rory!- krzyczę, zrywając się do biegu. Nie zważam na Peetę, który wrzeszczy na mnie, że mam się nigdzie nie ruszać. Nie zwracam uwagi na to, gdzie podążam. W głowie mam tylko to, żeby dogonić Rory’ego, który znów skręca w kolejną uliczkę. Słyszę za mną niewyraźne, ociężałe kroki, które należą do Peety. Nadal coś do mnie krzyczy, ale ja nawet się nie oglądam. Nie zwalniam, ani nie przystaję. Wręcz przeciwnie, jeszcze bardziej przyspieszam.
-Rory! Rory, do cholery stój!
 Wkraczamy w starą i ubogą kamienicę. Obdrapane drzwi i powybijane okna w budynkach naokoło na pewno nie zwiastują nic dobrego. Pomimo tego wciąż podążam za chłopakiem. On coś wie, a ja muszę to z niego wyciągnąć. Mróz coraz bardziej mi doskwiera, ale adrenalina wszystko sprowadza do normalnego poziomu. Pomimo tego, że szybko się męczę powoli zaczynam doganiać Rory’ego. Depczę mu po piętach. Peeta natomiast chyba się gdzieś zagubił, bo nie mogę dosłyszeć jego przyspieszonych kroków tuż za mną. Wiem, że będzie miał mi za złe, że znów go nie posłuchałam, ale informacja Rory’ego z pewnością jakoś nam pomoże. Nie będzie musiał się o mnie zamartwiać i w końcu zaczniemy normalnie żyć. O ile można mówić o normalnym życiu po dwukrotnym pobycie na arenie.
 Chłopak niespodziewanie wkracza do opuszczonego i najbardziej zaniedbanego z budynków. Jego ściany prawie się rozsypują, natomiast dach jest cały w dziurach. Mogę przysiąc, że jeden podmuch wiatru mógłby zmieść go z powierzchni ziemi.
 Staję w progu i dostrzegam go w cieniu w kącie pokoju. Księżyc pada na jego zmieszaną twarz, czyniąc go jeszcze bardziej przestraszonym. Boję oprzeć się o ścianę, by wyrównać oddech, żeby natychmiast nie runęła. Słyszę, jak pod moimi ociężałymi krokami skrzypi podłoga. Naprawdę obawiam się, że ten stary budynek za chwilę się na nas zawali.
 Wzrok skupiam na Rory’m i dopiero teraz zauważam w jego ręce gruby pal drewna. Wygląda, jakby nad czymś się zastanawiał, a ja obawiam się zrobić jakikolwiek krok w jego stronę, żeby tylko nie zadziałał zbyt pochopnie. Pozwalam sobie trochę ochłonąć, co nie jest łatwe, gdy przed oczami zaczynają pojawiać mi się drobne mroczki.
-Rory, co… Błagam, możesz wyjaśnić mi to całe zamieszanie?- pytam, dotykając zimną ręką czoła i oddychając głęboko.
-Ja nie chciałem, rozumiesz?! Nie chciałem tego wszystkiego! Gale mnie do tego zmusił, bo wygrażał się, że zabije całą naszą rodzinę! Katniss, on cię nadal kocha, a to że jesteś z kimś innym uważa za zdradę! Dlatego chce was zabić! Przepraszam cię, Katniss, ja naprawdę nie chciałem się w to wszystko mieszać, ale to nie jest zależne ode mnie! Chcę tylko ochronić przed nim naszą rodzinę…
 Jego słowa spadają na mnie z szybkością karabina maszynowego i przytłaczają swoim ciężarem. Momentalnie niekontrolowanie zaczynam drżeć, a nogi uginają się pode mną. Rory tylko stoi, wciąż trzymając w rękach drewniany pal, ale znów zauważam na jego policzkach, tak dobrze mi znane łzy bezsilności. I co on zamierza teraz zrobić? Zabić mnie? Oddać w ręce brata? Zaczynam potwornie żałować, że nie posłuchałam Peety i nie odpuściłam.
-Rory…- zaczynam, powoli podchodząc do niego. Chłopak momentalnie się płoszy, niczym dziki jeleń w potrzasku. Nie wie, co ma zrobić, a ja widzę w jego oczach zagubienie.
-Nie podchodź!- wrzeszczy, zamierzając się drewnianym palem. Odruchowo unoszę ręce na wysokość głowy, dając mu do zrozumienia, że nie chcę go skrzywdzić.
-Rory, nie rób czegoś, czego później będziesz żałować. Nie rób tego. Uspokój się, a ja porozmawiam z Gale’m i wszystko załatwimy, dobrze?- sama jestem zaskoczona tonem mojego głosu. Delikatny i cichy, jakbym z miłością zwracała się do Peety. Robię krok w jego stronę, a on natychmiast znów staje się czujny.
-Przepraszam. Nie chciałem tego robić…- wyznaje, a na to co po chwili się dzieje nie ma racjonalnego wytłumaczenia.
 Rory zaczyna mocno uderzać palem w ścianę budynku, w którym się znajdujemy. Jak na swój wiek jest całkiem silny. Nie potrzebuje wielu uderzeń, aby uzyskać wyczekiwany rezultat. Dom zaczyna delikatnie się chwiać, a ja postępuję pod wpływem instynktu. Podbiegam do chłopaka, próbując odebrać mu broń. Szarpię się z nim krótką chwilę, zanim on uderza mnie palem w głowę. Tracę równowagę i upadam na podłogę. Z początku tracę orientację, a czarne plamki przed oczami wywołują u mnie niepokój. Wciąż słyszę w głowie łomotanie i czuję, jak miejsce po uderzeniu zaczyna nieprzyjemnie pulsować z bólu. Pomimo tego nie wydaję z siebie żadnych dźwięków, aż do momentu, kiedy tuż obok mnie spada deska z górnego piętra. Momentalnie przytomnieję, a dom po chwili zaczyna się rozpadać.
-Przestań!- krzyczę, próbując podnieść się z podłogi. Rory nie słucha, wciąż uderzając o ściany budynku. Ból w tylnej części głowy jest wprost nieporównywalny z rozpaczą, jaka mnie ogarnia. To koniec. Zginę pod gruzami starego budynku, a wszystko przez moją niewyobrażalną głupotę. Dlaczego znów nie posłuchałam Peety?! Załamie się, jeśli znajdzie mnie martwą wśród ton drewna…
Naokoło mnie zaczynają spadać różne odłamki z górnego piętra, a ja wiem, że już nic z tego. Gale będzie dumny ze swojego brata, który wyrośnie na takiego samego mordercę, jak on. Będzie śmiał się na moimi zwłokami.
 Natychmiast przytomnieję, gdy wielki odłam drewna spada, prawie miażdżąc moją nogę. Nie wiem, dlaczego zaczynam wołać Peetę. Katniss, weź się w garść, on i tak po ciebie nie wróci. Jesteś głupią idiotką i tyle. Naraziłaś życie nienarodzonego dziecka i swoje, żeby tylko uzyskać informacje, które i tak na nic się nie zdadzą.
 Już prawie pogodziłam się z nieuchronną opcją śmierci, gdy pośród spadających odłamków słyszę coś jeszcze. Odgłos kroków, który towarzyszy mi niemal codziennie. W domu, na Ćwieku. A może tylko mi się zdaje? Tak bardzo go w tej chwili potrzebuję, że zaczynam majaczyć? Dałabym wszystko, żeby jego silne ramiona otuliły moje zimne ciało, zapewniając ochronę. Żebym chociaż mogła powiedzieć mu, jak bardzo go kocham i przepraszam, że jak zwykle byłam nieodpowiedzialna. Przecież obiecywałam mu, zaklinałam się, że będę mu posłuszna w sytuacjach zagrażających życiu.
 Nagle ktoś łapie mnie za ramiona, jednym ruchem podnosząc z ziemi. Ból z tylnej części głowy momentalnie zaczyna rozsadzać ją od środka. Nie mogę powstrzymać się od krzyku, który wypełnia niemal cały zrujnowany budynek. Mam nadzieję, że to on. Że jednak udało mu się mnie znaleźć. Nie mylę się, gdy zauważam błysk jego niebieskich oczu. Natychmiast robi mi się słabo. Czyli jednak nie umrę?
 Do głowy przychodzi mi jeszcze Rory. Nadal został w tym domu? Czy może jakimś cudem się wydostał?
 Nie jestem do końca przytomna, gdy Peeta wynosi mnie z zawalającego się budynku. Nie mam siły pozostawić otwartych powiek, ale nie chcę też ich zamykać, żeby Peeta nie zamartwiał się, że stracił mnie po raz kolejny. Chciałabym wrócić po Rory’ego i pomimo tego, co mi zrobił jakoś mu pomóc. Wiem, że nie ma szans się stamtąd ratować.
 Ostatni raz spoglądam nieprzytomnym wzrokiem na zawalający się budynek. Ostatnia ściana przewraca się, pozostawiając tylko po sobie kłęby dymu. Ale dostrzegam coś jeszcze- rękę chłopaka, wystającą spod dech drewna. Ten widok ma mnie prześladować do końca życia.
 Gale zabił kolejną niewinną osobę. Swoją chorą zazdrością będzie odpowiedzialny za śmierci następnych ludzi, a ja wiem, że na tym się nie skończy.
 Nie mam już siły nawet płakać. Z trudnością zostawiam na wpół otwarte powieki. Mijane budynki suną wokół nas z prędkością światła, a przynajmniej tak mi się wydaje. Peeta cały czas coś do mnie szepcze, ale ja już nie kontaktuję.
-Kocham cię. Będzie dobrze…- szepczę niewyraźnym głosem, by się nie niepokoił. Ostatnie, co jestem w stanie wychwycić to jego zaniepokojone spojrzenie i dotyk zimnych warg na moim czole. Później pochłania mnie głęboka ciemność. 


sobota, 27 grudnia 2014

24. "Siódmy tydzień"

Hej, hej :3
Po znów długiej nieobecności (błagam nie zabijajcie) dodaję nowy rozdział :D
Mam nadzieję, że wam się spodoba i liczę na wasze komentarze <3
Tak na marginesie Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku! ;* (Co z tego, że Święta już minęły? xD)
Pozdrawiam, kochani <3
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


Zewsząd oślepiają mnie błyski fleszy. Gdybym nie trzymała Peety pod ramię już dawno leżałabym jak długa. Staram się dość przyzwoicie wysiąść z pociągu na ośnieżony dworzec. W nocy przeszła tu istna zamieć. Śnieg dosięga mi do połowy łydki, a ja tak się cieszę, że jednak zdecydowałam się ubrać kozaki. Mróz momentalnie otula moje policzki.
Z tego, co zdołam zauważyć przed nami porozstawiani są rzędami natrętni dziennikarze, którzy bez przerwy świecą mi w oczy fleszami. Próbuję ukryć się za Peetą, który tak samo nie jest zadowolony tym całym zbiegowiskiem. Ale najgorsze jeszcze dopiero przed nami.
-Katniss! Dlaczego przybyliście z takim opóźnieniem?! Proszę, opowiedz, co się wydarzyło!- kobieta o fioletowych włosach, jako pierwsza zadaje tak bardzo nurtujące pytanie. Haymitch ostrzegał nas, żeby pod żadnym pozorem nie odpowiadać, a tym bardziej nie wdawać się w żadne kłótnie z dziennikarzami. Wszystkie wypowiedzi mogą wykorzystać przeciwko nam.
-Co z Gale’m?! Utrzymujecie ze sobą kontakt?
-Jesteście z Peetą szczęśliwi? Dobrze się między wami układa?
-Będziecie starać się o drugie dziecko?
-Katniss, twoje siostra, Prim nie żyje, prawda? Pogodziłaś się już z jej odejściem?
Ostatnie zdanie zabolało najbardziej, przez co łzy pieką mnie pod powiekami. Naprawdę nie mam pojęcia od kiedy stałam się tak wrażliwa. Peeta spogląda na mnie z troską, upewniając się, czy wszystko ze mną w porządku. W odpowiedzi tylko uśmiecham się blado.
Wpadam w wir pytań, a mój mózg już nie rejestruje, jakiej są treści. Wraz z Peetą po prostu przedzieramy się przez dziennikarzy w kierunku samochodu, którym pojedziemy do szpitala. Peeta uparł się, że po incydencie z Asherem kategorycznie musimy zrobić badania. Przy okazji też uda nam się zobaczyć z Annie, co jest ogromnym plusem.
-Oni nie odpowiedzą na żadne wasze durne pytanie, idioci!- wrzeszczy Haymitch tuż za nami. No, proszę. A to nas upominał, żebyśmy nie wdawali się z nimi w niepotrzebne dyskusje.
-Haymitch! On wcale tak nie uważa- Effie, jak zwykle próbuje zostać w jak najlepszym świetle przed kamerami- Haymitch, przestań się tak zachowywać!
Wciąż nie mogę uwierzyć, jak Effie zdoła iść po takim głębokim śniegu w wysokich szpilkach i to jeszcze na platformie? Odsuwam tą myśl na bok, upominając się, żeby nie zastanawiać się nad mało istotnymi rzeczami.
Niemal potykam się o własne nogi, gdy wsiadamy do samochodu. Haymitch mości się na przedzie na siedzeniu pasażera, my z Effie natomiast z tyłu. Wciąż czuję się otoczona przez te bezduszne istoty, którym zależy wyłącznie na wydobyciu z nas gorących ciekawostek.
Chowam twarz w ramieniu Peety, wdychając jego zapach. Zapach domu i świeżych wypieków.
-Wszystko w porządku, kochanie?- pyta, chwytając moją zimną dłoń. W odpowiedzi tylko kiwam głową, a on całuje mnie w czubek głowy.
Samochód rusza, a po chwili już mkniemy po ulicach Kapitolu. Tym razem to nie Haymitch kieruje. Wynajął szofera, ponieważ po wypadku po ślubie już nie chce narażać nas na takie niebezpieczeństwo.
Wywiad z Ceasar’em jest dopiero jutro wieczorem, więc mamy jeszcze półtora dnia na przygotowania. Johanna, tak jak obiecała przysłała po nas drugi pociąg, którym bezproblemowo dotarliśmy do Kapitolu.
Do gabinetu wchodzimy razem, ja i Peeta. Mówił, że nie może spuścić mnie z oka po incydencie z Asherem, ale myślę, że trochę przesadza. Nie chcę mu już powtarzać, chyba po raz setny, że umiem doskonale sama o siebie zadbać, bo od razu zaczyna prawić mi kazania, jakbym była małą dziewczynką z dwoma warkoczykami, którą poznał w szkole.
-Och, państwo Mellark! Wyśmienicie, proszę usiąść- doktor Stewart wita nas niezwykle ciepło znad mojej kartoteki, wskazując na krzesło naprzeciw jego biurka. W gabinecie, jak zwykle roznosi się ten szpitalny zapach, którego wprost nie cierpię. Białe kafelki aż rażą w oczy, a każdy sterylnie czysty kawałek pomieszczenia wprowadza mnie w paranoję.
Niepewnym krokiem podchodzę do biurka i siadam na krześle, cały czas spoglądając na Peetę i upewniając się, czy nadal tu jest. Uśmiecha się pokrzepiająco, stając za mną i ściskając moją dłoń.
-Będzie dobrze- zapewnia, całując mnie w czoło.
-Oczywiście, że będzie. A dlaczego miałoby nie być?- doktor jeszcze kreśli coś na papierze i momentalnie poświęca nam całą uwagę. Wygląda na około czterdzieści lat. Jego włosy są koloru ciemnego, lekko posiwiałe. Dlaczego zawsze muszę trafiać na lekarzy facetów? Jak już wspominałam nie cierpię, gdy ktoś obcy dotyka moje ciało, a tym bardziej, jeśli robi to mężczyzna. Jestem i będę wierna tylko Peecie.
-Cóż, panie Stewart. Mieliśmy mały wypadek podczas podróży pociągiem- wyjaśnia Peeta, kładąc mi dłonie na ramionach.
-A dokładniej?
-Napadnięto nas- mówię prosto z mostu- W dodatku z bronią palną w ręku.
Mężczyzna tylko pogwizduje ze zdziwieniem, wstając i prosząc, żebym położyła się na kozetce. Peeta cały czas trzyma mnie za rękę, co dodaje mi niezmiernej otuchy. Lekarz na początek podłącza jakieś sprzęty, których znaczenia nawet nie znam. Całe badanie przeprowadza z dokładnością.
 Peeta uważnie śledzi wzrokiem coś na urządzeniu za mną. Ekscytacja wymalowana na jego twarzy jest czymś dla mnie wprost wspaniałym. Widząc jego radosny uśmiech ja też mimowolnie się rozpromieniam. Jego kciuk głaszcze zewnętrzną część mojej dłoni.
Kiedy do moich uszu dochodzi lekkie stukanie na chwilę zamieram. Peeta natomiast nie ukrywa łez, które wolno spływają mu po policzkach. To bicie serca. Drobne i ciche bicie serduszka naszego dziecka. Nie ukrywam, że to najpiękniejszy dźwięk, jaki kiedykolwiek słyszałam. Jeszcze mocniej splatam moje dłonie z dłońmi Peety.
Rzadko zdarza mi się zobaczyć takie zaciekawienie na jego twarzy. Uśmiech pełen ekscytacji, iskierki tańczące w jego błękitnych oczach. Wreszcie mogę mu dać szczęście, na które od dawna zasługiwał. Mogę ofiarować mu coś, co od tak dawna pragnął. Kieruje wzrok na mój brzuch, a kąciki jego ust dobrowolnie się unoszą. Po chwili spogląda mi w oczy, jakby telepatycznie chciał mi przekazać, jaki jest w tym momencie szczęśliwy. Bezgłośnie wypowiada „kocham cię”, poruszając jedynie ustami, tak jak tamtej nocy w szpitalu po wypadku.
Doktor odwraca w moim kierunku ekran, na którym nie zauważam nic oprócz czarnobiałych punkcików. Wpatruję się w nie, niczym zahipnotyzowana. To moja przyszłość. Nasza przyszłość. Moja i Peety. Nasze dziecko, które będzie dawało nam radość, szczęście, dumę.
-Wygląda na to, że wszystko zmierza ku najlepszej drodze- deklaruje lekarz, a ja niemal słyszę, jak Peeta wypuszcza powietrze z ust.
-Można już określić płeć dziecka?- pytam, znów spoglądając na ekran aparatury.
-Sądzę, że teraz jest to mało prawdopodobne, ale za miesiąc, czy półtora nie jest to wykluczone.
-Który to już tydzień i kiedy możemy spodziewać się rozwiązania?- głos Peety jest aż nadto spokojny w porównaniu z jego oczami, w których wciąż szaleje wzburzone morze.
-Wygląda na to, że zaczyna się siódmy tydzień, a termin przewiduję na koniec sierpnia. Coś około dwudziestego piątego. Ostateczną datę ustalimy na kolejnej kontroli.
Datę następnej wizyty wyznacza na czternastego lutego. Niechętnie odrywam się od rytmicznych uderzeń serduszka naszej małej pociechy, gdy Peeta pomaga mi się podnieść z kozetki i wspólnie wychodzimy z gabinetu. Ale mamy coś jeszcze. Zdjęcie tych wszystkich czarnobiałych punkcików. Pierwsze zdjęcie naszego dziecka.
Z Peetą siadamy na krzesłach obok gabinetu, z którego wyszliśmy. Cały czas z niedowierzaniem przypatrujemy się fotografii.
-Najchętniej oprawiłbym ją w ramkę i powiesił u nas w sypialni- mówi, podnosząc na mnie wzrok. Odruchowo się uśmiecham, kładąc głowę na jego ramieniu.
Zapada między nami krótka cisza, w której cały czas chłoniemy ten wyjątkowy widok.
-I jak, tatuśku? Sprawdzisz się w roli ojca?- pytam, bawiąc się obrączką na palcu Peety. Chyba od czasu naszego ślubu w ogóle jej nie zdejmował.
-Czy tylko ja tak cholernie się cieszę, gdy własna żona zwraca się do mnie w taki sposób?
-Oj, Peeta! Przestań używać takich brzydkich słów przy dziecku- śmieję się i widzę, jak wzrok Peety nadal spoczywa na moim brzuchu.
-Myślisz, że zapamięta mój głos? Można do niej mówić, czy coś w tym rodzaju?- słyszę, że waha się z wypowiedzeniem tych pytań.
-Albo do niego- poprawiam- Jasne, że tak. Gdzieś nawet czytałam, że dziecko powinno oswajać się z głosem rodziców jak najszybciej. Więc gadaj z nim ile tylko chcesz.
-Albo z nią- dodaje, uśmiechając się od ucha do ucha. Po chwili padamy sobie w objęcia. Peeta nadal przytula mnie delikatnie, jakby obawiał się, że może mnie w każdej chwili stłuc. Oddechem ogrzewa mój kark, a mi po plecach przebiegają zimne ciarki.
-To cud, że nic wam się nie stało po tym napadzie. Jak leżałaś pod tym drzewem, myślałem że już straciłem was oboje. Nigdy bym sobie tego nie darował. Nigdy- mówi, akcentując ostatnie słowo. Znów widzę ten ból i frustrację w jego oczach. Bezsilność, która jest moim nierozłącznym przyjacielem odkąd sięgam pamięcią.
-Ale żyjemy. Jesteśmy cali i zdrowi, jasne?- chwytam jego twarz w dłonie, żeby spojrzał mi w oczy- Istniejemy tylko i wyłącznie dla ciebie. Jesteśmy twoją własnością i nigdy o tym nie zapominaj. Należymy do ciebie.
Teraz to ja szczególny nacisk kładę na ostatnie słowo. Na koniec składam na ustach Peety delikatny pocałunek.
-Nigdy nie myślałem o was w taki sposób. Ludzie nie są na własność, Katniss.
-Ale my jesteśmy twoją własnością, bo cię kochamy, rozumiesz?
Razem z Peetą wchodzimy na salę, na której leży Annie wraz z Andy’m. Trzyma go w objęciach, niczym swój prywatny skarb, którego nigdy nie spuściłaby z oka. Obok jej łóżka na krześle przysypia Johanna. Wygląda na bardzo zmęczoną.
-Katniss! Jesteście wreszcie- od razu rozbudza się, zrywając się z krzesła.
-Dzięki za przysłanie po nas pociągu- wzdycham jeszcze nim zdoła mnie puścić.
Moją uwagę przykuwa zawiniątko w ramionach Annie. Ostrożnie do niej podchodzę, jakbym jakimś gwałtownym ruchem mogła przestraszyć jej synka.
-Witaj, Annie. I witaj mały Andy- szepczę, kucając obok łóżka. Dziewczyna jest uśmiechnięta od ucha do ucha. Tak zapatrzona w swoje dziecko, że prawie mnie nie zauważa. Nie wiem, gdzie się podziała tamta Annie. Załamana, drżąca, szlochająca pod ścianami. Annie, którą mógł uspokoić tylko Finnick swoimi silnymi ramionami, tak jak mnie Peeta. Ale przecież teraz nie ma z nami jej męża, więc naprawdę nie wiem, jak ona może to wszystko znosić i jeszcze radośnie się uśmiechać. Czyżby Andy zagoił jej wszystkie rany? Nie mogę uwierzyć, że tak mały człowiek może tak wiele. Wkrótce może sama się o tym przekonam.
-Hej- odpowiada, kierując na mnie swoje przenikliwie zielone oczy- I to już nie jest Andy.
-Jak to nie?
-Po prostu uznałam za stosowne, żeby w swoim imieniu miał cząstkę Finnicka. Więc od tej pory ma na imię Finn- wyjaśnia Annie, dotykając delikatnie opuszkami palców policzka swojego synka. Na jej miejscu nie zmieniałabym imienia Andy’emu, a teraz już Finn’owi. Ale bądź co bądź to jej dziecko.
-Czy mogłabym?- pytam, nim zdołam ugryźć się w język. Obiecałam sobie, że pierwszym dzieckiem, które będę trzymała na rękach będzie to moje.
Annie bez wahania podaje mi Finn’a, a ja orientuję się, że pierwszy raz trzymam małe dziecko. Nie jest to trudne i powoli będę musiała się do tego przyzwyczajać. Jego rączki są malutkie, z ledwością zdołam zmieścić w nich mój kciuk. Spogląda na mnie bystrymi oczkami o kolorze czystego morza. Finn tak bardzo przypomina mi Finnicka. Zupełnie, jakby był jego mniejszą kopią. Zastanawiam się, jak Annie sobie poradzi, gdy codziennie będzie musiała patrzeć, jak mały Finnick dorasta bez tego prawdziwego Finnicka.
Peeta podchodzi do mnie od tyłu, by przywitać się z Finn’em. Czym prędzej podaję mu chłopca, wycierając policzki od słonych łez. To Annie straciła najważniejszą osobę w jej życiu, a jest o wiele bardziej silniejsza ode mnie.
Przypatruję się Peecie, który z troską trzyma Finn’a w ramionach. Mimowolnie widząc ten obrazek uśmiech wypełza mi na twarz. Jest taki opiekuńczy, dobry, kochający, że ja przy nim wprost nie nadaję się na matkę.
-Annie, długo męczyłaś się z Finn’em?- pytam i dopiero potem myślę, jak to nietaktownie zabrzmiało. Dziewczyna wygodniej podnosi się na łóżku, nie zwracając najmniejszej uwagi na moją gafę.
-Miałam cesarskie cięcie, więc poszło dość szybko. Parę godzinek i z głowy. Ze szpitala wypisują nas chyba pojutrze. No, ale nie mówmy już o mnie. Katniss, słyszałam, że mieliście jakiś okropny incydent z tym pociągiem. Co się stało?
Opowiadam jej o wszystkim. Od wystrzału, po którym kuliliśmy się na podłodze, aż do złapania Ashera. Cały czas wytrzeszcza na mnie oczy, trzymając mnie za rękę.
-Boże, Katniss… mogłaś przecież poronić- szepcze Annie, ale na tyle głośno, by Peeta nas dosłyszał. Momentalnie odwraca się w naszym kierunku z obolałym wzrokiem. Wiem, że ma wyrzuty sumienia za to, że kazał mi uciekać z tego pociągu, ale przecież nikt nie przewidział takiego obrotu spraw.
Później pokazuję Johannie i Annie zdjęcie naszego dziecka. Nie są tak wniebowzięte, jak Peeta i ja, ale również cieszą się naszym szczęściem.
Razem z Peetą późnym wieczorem przechadzamy się ulicami Kapitolu, niedaleko od Ośrodka Szkoleniowego, który w obecnej chwili służy jako hotel. O tej porze raczej żaden napalony dziennikarz nie unicestwi nas swoim fleszem. A przynajmniej taką mam nadzieję.
-Wiesz, że cały czas o tym myślę- odzywa się Peeta po długim milczeniu. Spoglądam na niego, a wyraz twarzy ma śmiertelnie poważny. Nawet jego oczy wydają się być takie nieobecne.
-Co?
-Bez przerwy. Nawet w nocy, gdy nie mogę zmrużyć oka z obawy, że on po prostu cię zabije- ton z jakim wypowiedział to zdanie spada na mnie, jak grom z jasnego nieba- Boję się o was, Katniss. Najzwyczajniej się boję. Ten strach nie pozwala mi nawet racjonalnie myśleć. Obiecałem ci, że będę was chronić i słowa dotrzymam, ale zaczynam wpadać w jakąś paranoję. Cały czas rozglądam się po okolicy, czy aby on się gdzieś nie czai. Przepraszam…
-Peeta, za co ty mnie przepraszasz? To ja zesłałam na nas takie nieszczęście. To on jest moim popapranym przyjacielem. To przeze mnie tak się czujesz. Jeśli ktoś kogoś ma tutaj przepraszać to tylko ja.
Z początku jak zwykle kręci głową, a ja odruchowo przewracam oczami. Dlaczego chociaż nie może się ze mną w czymś zgodzić?
-Katniss, zrozum że…- zaczyna, ale nie pozwalam mu skończyć. Wpijam się w jego wargi najmocniej, jak potrafię. Na początku stara się jakoś mnie od siebie odsunąć, ale ja oplatam nogami jego biodra. Teraz już na dobre się poddaje i odwzajemnia pocałunek, niczym wygłodniały lew. Majaczy rękoma po moich plecach, a ja wsuwam dłoń w jego blond włosy. Przygryza lekko moją dolną wargę, doprowadzając mnie tym niemal do obłędu. Moja potrzeba bliskości Peety w tej chwili jest jeszcze bardziej nagląca niż zazwyczaj. Chcę już wrócić do naszego pokoju w Ośrodku Szkoleniowym, by to tam dokończyć, to co zaczęłam. Już mam oferować Peecie moją propozycję nie do odrzucenia, gdy za moimi plecami słyszę znajomy mi głos. Gdzieś go już słyszałam, ale bardzo dawno, niemal wieki temu.
-Katniss Everdeen- powoli schodzę z Peety, a przed moimi oczyma ukazuje się chłopak o kruczoczarnych włosach. Nie jest już tym samym chłopczykiem, który niegdyś mieszkał na Złożysku. Wygląda mi na około dwanaście lat, a skórę w niektórych miejscach pokrytą ma czarnym pyłem. Rozpoznaję go niemal od razu.
To Rory. Rory Hawthorne. Młodszy brat Gale’a.