poniedziałek, 16 lutego 2015

30. "Niespodzianka"

Przepraszam, ale to bardzo przepraszam! Przepraszam, że musieliście tyle czekać, ale po prostu ostatnio wiele się dzieje w moim życiu i nie miałam czasu napisać tej notki :c Ale na szczęście już jest :D
Zaczęłam teraz ferie, ale mam wiele planów i raczej też nie będę tak często pisać rozdziałów, ale się postaram, żeby nie było aż takich dwutygodniowych przerw ;___;
To już 30 rozdział! Chciałabym podziękować wszystkim, którzy czytają mojego bloga, bo kończę tą historię tylko dla was <3 Dziękuję, że jesteście :3
A ten rozdział chciałabym dedykować Pure Blood i Lily, które zawsze motywują mnie do pisania dalszych notek. Dziękuję, skarby ;*
Kolejny rozdział dodam za powyżej pięć komentarzy xD
Pozdrawiam ♥
~K. G.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


Wolnym krokiem zmierzamy ku Wiosce Zwycięzców. Peeta trzyma mnie za rękę, cały czas głaszcząc kciukiem zewnętrzną część mojej dłoni. Chociaż przesuwa po mojej skórze tylko jednym palcem, ja i tak odczuwam ciepło, które pojawia się tylko za jego sprawą. Źródłem tego przyjemnego uczucia jest serce. Stamtąd wydobywa się ciepło, które ogrzewa cały mój organizm pomimo paskudnej pogody. Nie muszę zakładać swetrów i opatulać się szalikiem, kiedy mam przy sobie Peetę. On potrafi mnie dostatecznie rozgrzać.
Podróż z Kapitolu minęła nam dość spokojnie. Pomijając fakt, że prawie połowę przespałam. Peeta natomiast chyba w ogóle nie zmrużył oka. Gdy na początku udawałam, że śpię zauważyłam, jak nad czymś intensywnie myśli. Co kilka minut na mnie spoglądał, a później podchodził do okna i znów siadał na łóżku. Nie muszę się zastanawiać nad czym myślał. Chyba nawet głupi wie, że chodzi mu o Gale’a. Tylko ukrywa przede mną, że tak bardzo się martwi. Ale w jakim celu? Żebym ja też się tak tym nie przejmowała? Zauważam, że ostatnio specjalnie oboje unikamy rozmów na temat Gale’a. Odrzucamy je na dalszy plan, jakby w ogóle nie były istotne, ale w gruncie rzeczy przecież są ważne. Mój były przyjaciel próbuje mnie… nas dorwać i zabić. Czy to nie jest istotne? Gdybyśmy byli normalnymi ludźmi, którzy nie przeżyli Igrzysk być może zaczęlibyśmy panikować. Zgłaszać sprawę Strażnikom Pokoju. A tymczasem już tyle razy mieliśmy świadomość, że ktoś za chwilę może pozbawić nas życia, że chyba nawet zagrożenie ze strony Gale’a nie robi na nas wrażenia, ale musimy jakoś wyjaśnić tą sprawę. Nie możemy siedzieć bezczynnie i czekać aż łaskawie zapuka do naszych drzwi. Wtedy może być już za późno.
Cieszę się, że jesteśmy już w domu. Całkiem inaczej czuję się w Dwunastce, niż na przykład w Kapitolu. Tutaj mogę być teraz wolna i robić, co mi się żywnie podoba, oczywiście pod czujnym okiem Peety. Chociaż spotkało mnie więcej złego, niż dobrego, czuję, że właśnie tu jest mój dom. Nasz dom, mój i Peety. Nasza wspólna przyszłość, która, mam nadzieję, będzie odrobinę lepsza niż przeszłość.
Raz za razem mijamy bawiące się dzieci. Obdarzają nas swoimi szczerymi uśmiechami, jakby chciały podziękować nam za wolność, którą im daliśmy. Za to, że nie muszą już głodować i obawiać się o swoje życie. Nie wiem, dlaczego nie mogę odwzajemnić ich uśmiechu. Nie potrafię nawet unieść kącików ust. Speszona, przygryzam tylko dolną wargę i spoglądam na Peetę, którego twarz aż promienieje. Czy to możliwe, że jest aż tak dobrym aktorem? Gdybym ja zmuszała się do uśmiechu, z pewnością wyglądałby jak grymas. Pamiętam, że nawet podczas nagrywania propagit musieliśmy powtarzać sceny po kilka razy, zanim wszystko wyszło tak, jakby sobie tego życzyła Cressida. Moje załamanie nerwowe też było wielką przeszkodą. Nie radziłam sobie z byciem Kosogłosem, ale z czasem nabierałam sił, by walczyć z Kapitolem. Motywowałam ludzi do przeciwstawienia się władzom. Byłam ich nadzieją, światłem w tunelu, które nigdy nie powinno zgasnąć. Byłam ich Kosogłosem, symbolem rewolucji. I zdaję sobie sprawę, że nadal nim jestem.
Zastanawiam się nad wartością mojego uśmiechu. Rzadko kiedy to robię, chyba że za sprawą Peety, który cały czas stara się dawać mi do tego powody. Niekiedy jestem do tego zmuszana, jak w przypadku wywiadów. Nie rozumiem, dlaczego tak ważne jest uśmiechanie się. Zmuszając się do tego, dajemy złudny obraz nas samych. Dlaczego wszyscy muszą myśleć, że poprzez ten gest jesteśmy szczęśliwi? Że nic nas tak naprawdę nie trapi? I znów przyłapuję się nad rozmyślaniem o rzeczach, które i tak nie mają sensu. Nie zmienię przecież nawyków ludzi, wpojonych przez naturę. Muszę przestać wreszcie myśleć o nieistotnych rzeczach i zająć się sprawami przyziemnymi. Na przykład takimi, dlaczego Peeta prowadzi mnie w inną stronę, niż do Wioski Zwycięzców?
Spoglądam za siebie, na Haymitcha, Effie, Johannę i Annie, którzy nie zwracają na nas uwagi, idąc prościutko w stronę domu. Marszczę brwi. Chciałabym znaleźć się już na kanapie, przed ciepłym kominkiem. Akurat przechadzanie się po dystrykcie i to w taką pogodę nie za bardzo mnie cieszy.
-Peeta, gdzie idziemy?- pytam, zniecierpliwiona, puszczając jego dłoń.
-Zobaczysz- szepcze, a ja próbuję wyczytać coś z jego twarzy, ale on jakby to przewidział i sprawia wrażenie niewzruszonego. Wszelkie emocje z jego niebieskich oczu wyparowały i nie pozwala zepsuć przez siebie swojej niespodzianki. Nie pamiętam, od kiedy zrobił się taki tajemniczy.
-Wiesz, akurat nie za bardzo urządza mnie wędrówka w deszczu- zauważam, a on wreszcie na mnie przenosi swój wzrok. Marszczy lekko brwi.
-Przecież jeszcze nie pada.
-Właśnie, jeszcze. Za chwilę lunie, zobaczysz- mówię, żeby przekonać go, abyśmy zawrócili, ale on nie zawraca sobie tym głowy. Tylko lekko przyspiesza, delikatnie pociągając mnie za sobą- A ja się wtedy rozchoruję i dostanę zapalenia płuc i urządzimy sobie kolejną wizytę w szpitalu, a ty znów będziesz miał wyrzuty sumienia.
Peeta nagle gwałtownie przystaje i, gdybym nie trzymała go pod ramię, z pewnością leżałabym jak długa. Jego obolały wzrok sprawia, że raz za razem czuję ukłucie gdzieś w okolicach serca. Wiem, że chodzi mu o napad na pociąg. Już wtedy wystarczająco się obwiniał, a teraz mu to wszystko przypomniałam i jeszcze przyznałam rację, że to jego wina.
-Nie, Peeta…- jąkam się, próbując dobrać odpowiednie słowa. Słyszę, jak z trudność przełyka gulę, która ugrzęzła mu w gardle. Zwilża usta językiem, a ja w duchu błagam, żeby przestał patrzeć na mnie w taki sposób- Nie chciałam, żeby to tak zabrzmiało. Przepraszam…
Chwila ciszy, która między nami zawisła ciągnie się, jak godziny. Słyszę bicie mojego własnego serca, kiedy Peeta wolnym krokiem do mnie podchodzi. Czekam na to, żeby przebaczył mi moje lekkomyślne słowa, które jak zwykle wypowiadam przed dokładnym przemyśleniem ich brzmienia. Zbliża się na tyle, że przez chwilę myślę, że mnie pocałuje, ale tego nie robi. Przysuwa usta do mojego ucha, a jego ciepły oddech drażni się z moją skórą, sprawiając, że moje serce jeszcze bardziej przyspiesza.
-Nie masz za co, to raczej ja ciebie powinienem przepraszać każdego dnia, o każdej godzinie- szepcze, a ja muszę się powstrzymać, żeby nie zbliżyć swoich warg do jego. Nie mogę tego zrobić, nie teraz. Zaciskam usta w prostą kreskę, niepewnie zaprzeczając ruchem głowy- Tak, Katniss. Do końca życia będę się obwiniać za to, że dopuściłem do takiego niebezpieczeństwa. Ledwo co uszłaś z życiem, Willow swoją drogą też. Nigdy nie wybaczę sobie tego, że tak po prostu pozwoliłem sobie spuścić was z oka. Nigdy…
Głośno przełyka ślinę, tłumiąc w ten sposób łzy, które są niebezpiecznie bliskie spłynięcia po jego policzkach. Nie potrafię tak po prostu patrzeć na jego spojrzenie wypełnione bólem. Nic nie mówię, bo wiem, że jak tylko otworzę usta to ja pierwsza rozpłaczę się, jak mała dziewczynka. Nie chcę cały dzisiejszy wieczór przesiedzieć, użalając się nad tamtą nocą. Nie chcę znów do tego wracać i wszystko sobie przypominać. Nie mogę pozwolić, by tamten strach na nowo zagnieździł się w moim sercu.
Kiedy nie wytrzymuję dalszego powstrzymywania się od płaczu, jedynym rozwiązaniem jest tylko to. Szybko zbliżam swoje wargi do warg Peety. Odwzajemnia pocałunek niemal natychmiastowo, jakby wiedział, że prędzej, czy później i tak do tego doprowadzę. Czuję, jak nasze łzy mieszają się ze sobą, tworząc nietypową ciecz, wypełnioną żalem i goryczą. Peeta dotyka dłonią mojego policzka, drugą ręką otacza mnie w pasie, jeszcze bardziej mnie do siebie zbliżając. Między nami nie ma nawet milimetra przestrzeni. Moje nogi już dawno zaczęły drżeć, ale przyzwyczaiłam się do takiej gwałtownej reakcji mojego ciała na bliskość Peety. Nic nie mogę na nią poradzić.
Nagle czuję, jak o moją twarz i dłonie zaczynają uderzać krople. Pierwszą moją myślą są nasze łzy, które spływają na moje ciało. Jednak na chwilę odrywam się od ust Peety i odchylam głowę do góry. Niewielkie krople deszczu oblewają moją twarz, a ja odruchowo przymykam oczy.
-A nie mówiłam?- wzdycham, słysząc krótki śmiech blondyna. Jak to możliwe, że w tak krótkim czasie od łez przeszedł do śmiechu?
-To chyba nici z mojej niespodzianki- wzrusza ramionami i chwyta moją dłoń, ruszając w stronę Wioski Zwycięzców.
-Niespodzianki?
-Chciałem ci coś pokazać, ale teraz to nie istotne. Kiedy indziej wybierzemy się na wycieczkę- wyjaśnia, delikatnie dotykając ustami mojego czoła. Nie zamierzam już drążyć tego tematu, bo znów nieodpowiednie słowa wyrwą się z moich ust, a później będę ich żałować.
Dopiero w połowie drogi powrotnej orientuję się, że kiedy oderwałam się od Peety, moje ciało zaczęło drżeć z zimna. Ręce od mroźnego wiatru mi skostniały i tylko dłoń blondyna stara się ogrzać jedną z nich. Chłodne powietrze dostaje się do środka mojego płaszcza, sprawiając, że lekko się wzdrygam. Peeta to zauważa i momentalnie ściąga z siebie swoją kurtkę, opatulając mnie niczym troskliwy ojciec. Wiem, że to z pozoru nic nie znaczący gest, ale on robi to z miłości do mnie. Z miłości do Willow. Żebym tylko się nie przeziębiła i ona przy okazji także.
-Teraz to tobie będzie zimno- zauważam, próbując zdjąć z siebie jego płaszcz, ale Peeta jest szybszy i zamyka moje dłonie w jego ciepłym uścisku.
-Wy jesteście ważniejsze- mówi stanowczo, chuchając ciepłym powietrzem w moje ręce. Przyjemny dreszcz rozpływa się po moim ciele, tylko na moment pozbywając się chłodu- Poza tym za chwilę i tak będziemy w domu.
Przekraczamy bramę Wioski Zwycięzców. Moje myśli zaprzątają ciepłe iskierki skaczące w kominku w domu. Przez deszcz przemokłam do suchej nitki, więc razem z Peetą prawie biegniemy. Od dziś oficjalnie przyznaję, że nienawidzę takiej pogody. Założę się, że za chwilkę będzie się przeklinał za to, że chciał pokazać mi tą swoją niespodziankę. Obejmuje mnie w pasie, żeby nie było mi zimno, chociaż to i tak na nic się nie zdaje. Drżę, a moje zęby dzwonią na, co najmniej dziesięć różnych sposobów. Przyznaję, że nie raz nawet polowałam w taką pogodę, ale ostatnio jestem mało odporna na takie warunki. Pamiętam, jak razem z tatą byliśmy mokrzy od stóp do głów, a pomimo tego usiłowaliśmy zapolować na zgraję zająców. W gruncie rzeczy do domu wróciliśmy z trzema sztukami oraz ostrym zapaleniem oskrzeli. Mama leczyła mnie przez dwa tygodnie, a tata przez ten czas musiał wybierać się na polowania sam. Zakładam, że teraz też nie obejdzie się chociaż bez kataru.
Kątem oka spoglądam na Peetę, który zarówno, jak ja przymyka oczy przed kroplami deszczu. Jego przemoknięte,  blond włosy ułożone są w nieładzie, jakby od tygodnia się nie czesał. Mam ochotę parsknąć śmiechem, bo wygląda naprawdę zabawnie, ale uświadamiam sobie, że ja prezentuję się podobnie. Poza tym nasze położenie nie jest ani trochę śmieszne.
Na jego twarzy w pewnym momencie zauważam niedowierzanie, a później determinację, kiedy wpatruje się w jakiś punkt przed nami. Błękitne tęczówki zastępują czarne, jak węgiel źrenice, które są oznaką zaniepokojenia. Domyślam się, że to, co znajduje się przed nami, mnie także za chwilę zszokuje.
Widzę nasz dom, a przed nim Haymitcha, Johannę, Effie i innych mieszkańców Wioski Zwycięzców. Z pozoru wygląda normalnie, jakby nic nie zaszło, ale dopiero teraz zauważam to, co było taką widoczną zmianą na twarzy Peety. Czuję, jak moje nogi odmawiają mi posłuszeństwa. Mam ochotę się zatrzymać, usiąść na ziemi i nie ruszać się stąd już nigdy, a jednak przyspieszam do ciałkiem zdemolowanego domu. Gdy jesteśmy już przed gankiem widzę powybijane szyby, a szkło leży u naszych stóp. Przepychamy się przez zgromadzenie, żeby dojść do wejścia. Nawet Peeta nie potrzebuje szukać kluczy, bo zastajemy drzwi otwarte na oścież. Ostrożnie wchodzę do przedpokoju, jakby obawiając się, że ktoś za chwilę wyskoczy na nas zza ściany. Nie wykluczam takiej opcji.
-Boże…- mogę wypowiedzieć tylko jedno słowo w stosunku do widoku, którego jesteśmy świadkami. Moje otwarte usta natychmiast domagają się wyjaśnień, a zamiast tego nawet nie jestem w stanie nimi poruszyć. Peeta idzie za mną niczym cień, bojąc się, że napastnik, który tak zdemolował nasz dom wciąż może przebywać w jego pobliżu.
Tapety na ścianach wokół nas zwisają bezwładnie w strzępach, tak samo wygląda dywan. Przy komodzie błyszczą kawałki wazonu, który wcześniej zdobił przedpokój. Salon jest w prawie takim samym stanie. Dopiero teraz zdążam otrząsnąć się z szoku, jaki wkradł się do mojej świadomości jeszcze przed wejściem do domu. Zamiast niego do moich oczu napływają gorzkie łzy, kiedy zauważam fotografię Prim, leżącą na podłodze wśród kolejnych odłamków szkła. Podbiegam do niej i uklękam, żeby móc ją podnieść. Nie zważam nawet na rozbitą ramkę fotografii. W desperacji zbieram szkło, próbując jakoś poskładać je we wspólną całość. Piekące łzy palą moje policzki, a później zdjęcie Prim. Uśmiechniętej, które zawsze stało na kominku. Mam ochotę krzyczeć, wrzeszczeć. Nie wierzę, że to dzieje się naprawdę. Nie ma takiej opcji.
Po jakimś czasie Peeta pomaga mi podnieść się z podłogi. Mam wrażenie, że nie potrafię normalnie się poruszać. Moje nogi pragną odpoczynku, chociaż dopiero co wstałam. Przechodzimy do kuchni, która jest w takim samym stanie. Wszystkie naczynie zostały pobite i leżą bezczynnie na podłodze. Przyprawy rozsypane, mąka i inne składniki tak samo. Sama boję się tego, co zobaczę w naszej sypialni.
Kiedy tam wchodzimy, widok jaki nas oszołamia nawet nie umywa się do pozostałych pokoi. Czuję na ramieniu dłoń Peety, ale w tej chwili mam ochotą ją po prostu z siebie zsunąć. Nadal czuję na moich gorących policzkach potok łez. Przełykam gulę, która z każdym oddechem rośnie mi w gardle.
Nie dziwię się, gdy nasze łóżko zastajemy w strzępach. Poduszki, pościel, kołdra. Wszystko zmasakrowane, jakby ktoś naumyślnie pociął je nożem. Lodowate powietrze wdziera się przez wybite okna. Moje całe ciało drży. Nie byłam przygotowana na taki obrót spraw. Nawet nie spodziewałam się takiego widoku.
Wszystkie szafki, komody i szuflady w naszej sypialni zostały opróżnione, a ich zawartość leży na podłodze. To wszystko wygląda tak, jakby napastnik czegoś poszukiwał, ale w rezultacie chyba nie znalazł.
Teraz moje łzy spływają niczym wodospad, kiedy zauważam na podłodze rozbite zdjęcie z naszego ślubu. Jedyne, jakie mieliśmy i jakie ocalało. Opieram się o ścianę załamana, jeszcze raz szacując straty. Nie mogę nawet myśleć, ile naszych rzeczy mógł zabrać napastnik. Pocieszające jest jedynie to, że nie dostał się do pokoiku Prim. A może wcale nie zależało mu na tym? Zauważam do tego, że nasze ubrania, które zostawiliśmy na szczęście nie ucierpiały. Mój łuk także stoi za szafą nietknięty. Nie rozumiem tych całych zniszczeń. O co, tak naprawdę chodziło napastnikowi?
Nadal nie potrafię zatrzymać łez. Peeta chodzi po pokoju, tak samo załamany, jak ja. Nie mogę wypowiedzieć ani słowa, nawet w jego kierunku. Po raz kolejny wzrokiem analizuję sypialnię i dopiero teraz ją dostrzegam. Niewielka kartka, leżąca pomiędzy poduszką, a kołdrą na łóżku. Podchodzę i biorę ją w ręce, które momentalnie zaczynają znów mi się trząść.
Należysz do mnie. G.
Krzyczę. Na razie tylko tą jedną, prostą czynność potrafię zarejestrować. Przeczytany tekst cały czas wypowiadany jest w mojej głowie. Rozpoznaję jego pismo niemal natychmiastowo. Siadam, a raczej zsuwam się na podłogę pod ścianą, bez przerwy wpatrując się w kartkę, którą upuściłam. Peeta ją podnosi i szybko siada koło mnie. Nadal w jego niebieskich oczach króluje strach, którego ja tak bardzo się obawiam. Z początku próbuje mnie uspokoić, zupełnie jak po jakimś przerażającym koszmarze. Ale teraz jest o wiele gorzej, bo to jawa, a nie sen. Wtulam się w jego koszulę, a on zamyka mnie w ciepłym uścisku. Moje gorące łzy spływają po jego szyi i wpadają za ubranie. Teraz to on jest dla mnie najlepszym lekarstwem. Oboje dla siebie jesteśmy.
Peeta czyta tekst wypisany na kartce. Nadal głośno szlocham w jego koszulę i już oboje wiemy, od kogo jest ten krótki liścik.
-Boże, to on…- szepcze Peeta z niedowierzaniem w głosie. Nie mam siły nawet kiwnąć głową. Na nic nie mam siły- To on…


sobota, 31 stycznia 2015

29. "Długi poranek"

Rozdział nieco z opóźnieniem, ale miałam mega dużo sprawdzianów no i trochę też brak weny, ale bardzo ogromnie dziękuję za te wszystkie komentarze pod ostatnim rozdziałem *-* Jesteście po prostu wspaniali <3 Nawet nie wiecie, jak wielkiego banana mam na twarzy xD I teraz też chyba będę stosowała tą samą zasadę, co wcześniej, czyli następny rozdział dodam, jeśli pod tym będzie 6 komentarzy :3 Przepraszam, ale tylko w taki sposób mogę was zmotywować do komentowania i oczywiście mam nadzieję, że nie jesteście na mnie o to źli, czy coś ^^ Kocham was <3
K.G.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


-Dziś wielki, wielki, wielki dzień!- słyszę niewyraźnie, jakby przez mgłę. Nie muszę zbytnio się wysilać, by przypomnieć sobie do kogo należy owy głos. Natarczywe pukanie w drzwi naszego pokoju sprawia, że pomruk niezadowolenia wydobywa się z mojego gardła. Delikatnie naciągam dłoń Peety na swoją twarz, by choć jeszcze na minutkę zmrużyć oko. Leży, przytulony do moich pleców, a ja wiem, że też już nie śpi. Cicho wzdycha w moje włosy, gdy Effie znów próbuje postawić nas na równe nogi. Unoszę jedną powiekę, by sprawdzić, która godzina. No, pięknie, zegar wskazuje parę minut po ósmej. Dlaczego chociaż raz nie może pozwolić nam się wyspać?
-Już idziemy Effie!- odkrzykuje jej Peeta, jeszcze mocniej mnie do siebie przyciągając. Słyszę głośny stukot jej obcasów po kafelkach w holu, więc wspólnie uznajemy, że wreszcie sobie poszła- Dzień dobry, kochanie.
Jego zalotny ton przyprawia mnie o niekontrolowane dreszcze. Chyba zwrócił na to uwagę, bo słyszę jego cichy chichot nad lewym uchem. Dlaczego muszę tak reagować na wszystko, co ma związek z Peetą?
-Co ci jest?- pytam, odwracając się w jego ramionach tak, że jego oddech przyjemnie owiewa mi twarz.
-Masz dreszcze na dźwięk mojego głosu?
-Śmieszy cię to?- teatralnie przewracam, udając moje niezadowolenie.
-Nie, ale to chyba dobrze, skoro tak gwałtownie na mnie reagujesz- uśmiech zwycięstwa króluje na jego twarzy.
-Masz niezmiernie wielkie mniemanie o sobie- kwituję i mam nadzieję, że zostawimy już ten temat rozmowy za sobą. Całuję go w czubek nosa, żeby nie czuł się urażony, ale jego kąciki ust wciąż uniesione są ku górze. Natomiast on nie ma najmniejszego zamiaru poprzestać na jednym pocałunku. Odnajduje moje usta swoimi, zatapiając je w bezgranicznym pocałunku. Znów czuję głód, ale nie taki normalny. Chociaż zaspokoiłam go w nocy, teraz ponownie mam ochotę na Peetę.
Kładę głowę na jego piersi, rozkoszując się równomiernym biciem serca. Jego dłoń powoli przesuwa się po moim nagim ramieniu, to w jedną, to w drugą stronę.
-Wiesz, że jeszcze nigdy tak dobrze nie spałam?- odzywam się po chwili ciszy, unosząc głowę, by spojrzeć mu w oczy- Zero koszmarów, zero przebudzeń. A najlepsze jest to, że ty byłeś tuż obok.
W odpowiedzi na moje słowa delikatnie się rozpromienia. Widzę prawdziwe szczęście w jego błękitnych oczach, kiedy ciągle przesuwa dłonią po moim ramieniu, ale schodzi nią trochę niżej, zatrzymując na moim brzuchu.
-Nadal obstawiasz, że to będzie chłopiec?- nie wiem, dlaczego szepcze, ale podoba mi się to. Jego ton jest delikatny, jakby się obawiał, że może nagle obudzić naszą małą pociechę. Na wzmiankę o dziecku dobrowolnie się uśmiecham.
-Zastanawiałam się nad tym i wiesz, co? Jednak zmieniłam zdanie. Tak, jak ty sądzę, że to dziewczynka- jeszcze szczelniej okrywa mnie kołdrą i całuje w czubek głowy, a ja dodaję po chwili:
-Wiem, że to nie jest najlepszy moment na tego typu rozkminy, ale może powinniśmy pomyśleć na imieniem. Co ty na to? Jest jeszcze dużo czasu, ale chciałabym zacząć je jakoś nazywać i nie zwracać uwagi na to, czy mówię „on” czy „ona”.
-Więc wybierzmy imię dla dziewczynki i chłopca- decyduje, podnosząc się w moim kierunku na łokciu- Masz jakieś propozycje?
Próbuję w myślach przewertować wszystkie znane mi imiona dla dziewczyn, ale prawie każde odrzucam. Gdybym trochę dłużej się zastanowiła na pewno jakieś zdołałabym wybrać, ale pod presją jego oczu jest to wręcz niewykonalne, więc tylko ze skruchą kręcę głową.
Teraz kolej na Peetę. Uważnie mu się przyglądam, gdy intensywnie myśli nad imieniem dla naszego dziecka. Marszczy brwi, co chwilę oblizując usta. Mam nadzieję, że jego wybieranie nie osiądzie na mieliźnie, tak jak moje. Jeszcze chwilę wpatruje się w kąt pokoju, przygryzając wargę, aż nagle podnosi na mnie wzrok pełen ekscytacji.
-Willow- mówi tylko, splatając nasze dłonie. Willow. To imię dźwięczy mi cały czas w głowie.
-Idealne- szepczę, zgadzając się z nim. Jak to się dzieje, że zawsze Peeta musi być taki wspaniałomyślny?
-A jeśli to chłopiec?- pyta, dając mi do zrozumienia, że to ja teraz powinnam wymyśleć męskie imię. Znów jego przeszywające spojrzenie nie pozwala mi racjonalnie myśleć. Próbuję się skupić, ale nic z tego. Kładę dłoń na brzuchu, przymykając oczy. Wertuję całą listę chłopięcych imion w głowie, kiedy Peeta zakłada mi kosmyk włosów za ucho.
-Robisz to specjalnie- mruczę, otwierając tylko jedno oko, przy czym on cicho się śmieje.
Przypominam sobie wszystkich ludzi, których w życiu spotkałam. W szkole, na Ćwieku, na Złożysku. Wymieniam w myślach ich imiona. Louise? Odrzucam to imię. Chris? Ponownie wykreślam kolejne imię z mojej listy. To może Rye? Sama nie wiem, dlaczego akurat to przyszło mi do głowy. Nie przypominam sobie, żeby znała kogoś, kto tak się nazywa.
-Rye?- cicho proponuję, a Peeta kiwa głową, analizując brzmienie tego imienia. Podoba mi się mój pomysł i jestem z siebie dumna, że pod presją mojego męża zdołałam w ogóle racjonalnie myśleć.
-Skoro oboje zakładamy, że będzie to dziewczynka- mówi, znów niezauważalnie przesuwając palcami po moim brzuchu. Nie wiem, dlaczego, ale uwielbiam, kiedy to robi- może będziemy zwracać się do niej po imieniu? Willow?
-Zgoda- odpowiadam, przypieczętowując nasze słowa namiętnym pocałunkiem. Peeta odrywa swoje wargi od moich ust i przesuwa nimi po moim policzku i schodzi na szyję. Odruchowo odchylam głowę do tyłu, dając mu do zrozumienia, żeby pod żadnym pozorem nie przestawał. Fala gorąca oblewa moje ciało, uderzając aż po czubki palców. Nie potrafię powstrzymać mojego ciała przed dygotaniem. Tym razem to ja muskam wargami jego tors, potem ramiona i szyję. On natomiast wydaje z siebie ciche pomruki, które cały czas mnie śmieszą. No, tak. Ja jęczę, Peeta mruczy. Idealne połączenie.
Delikatnie przygryzam jego dolną wargę, a on odruchowo dłońmi schodzi po moich plecach na pośladki. Niekontrolowany, przeciągły jęk ogarnia nasz pokój, a on jeszcze raz wpija się w moje wargi.
-Wiedziałam! No, po prostu wiedziałam!- głos Johanny za drzwiami sprawia, że momentalnie odskakujemy od siebie, jak oparzeni- Słychać was aż w salonie! Nie możecie załatwić tego trochę ciszej?!
Pomimo czerwonych rumieńców, które momentalnie wypłynęły na moją twarz, przykładam dłonie do ust, próbując jakoś stłumić mój śmiech. Spoglądam na Peetę, który przyciska poduszkę do twarzy, w tym samym celu, co ja.
-Przysięgam, że jeśli w tej chwili nie wyjdziecie na śniadanie, to sama tam do was wkroczę i was ubiorę, rozumiecie?!
-Tak jest- odkrzykuję jeszcze drżącym z pożądania głosem. Johanna wydaje się być naprawdę wściekła, ale odkąd pamiętam zawsze taką zgrywała. Naburmuszona odchodzi z powrotem na śniadanie, a mnie zastanawia fakt, jak się tu znalazła. Przecież była z Annie w szpitalu. Ach, no tak, dzisiaj wreszcie wracamy do domu. Podbiegam do Peety, który zamyka otworzone na noc okno. Rzucam mu się na szyję, a on tylko pytająco na mnie patrzy.
-Co ci się stało?- pyta, niepewnie mnie obejmując.
-Wracamy do domu. Dzisiaj wreszcie wracamy do Dwunastki- wyjaśniam, uśmiechając się od ucha do ucha- I nie będziesz się już tutaj tak męczył.
Peeta nieznacznie się uśmiecha, tylko po to, żebym nie zawracała sobie głowy jego wspomnieniami z Kapitolu. Ale ja to zauważam. Widzę, że się martwi swoimi przebłyskami, a najgorsze jest to, że nie mogę mu w żaden sposób pomóc. To, co zrobił mu Snow chyba na zawsze pozostawi blizny w jego pamięci.
-Hej- wzdycham, kładąc dłoń na jego policzku, by na mnie spojrzał- Pamiętaj, że zawarliśmy umowę, więc możesz mnie całować kiedy tylko zechcesz- cytuję jego słowa, które wypowiedział do mnie podczas 74 Głodowych Igrzysk. Przypominam sobie, jak wtedy moja twarz przybrała zielonkawą barwę. Nie byłam przygotowana na takie wyznania Peety, a nawet wcale ich nie potrzebowałam. Jak mogłam w ogóle tak pomyśleć? Jak mogłam być takim bezdusznym człowiekiem o skamieniałym sercu? Dopiero teraz uświadamiam sobie, jaki cios musiałam zadać Peecie, kiedy dałam mu do zrozumienia, że wszystko, co mu mówiłam było tylko grą. Że moja miłość do niego była udawana i nic nie znaczyłam. Nigdy, nigdy sobie tego nie wybaczę…
Kiedy wreszcie udaje nam się od siebie oderwać, biorę szybki prysznic. Ciepła woda, niczym wodospad bębni po moich plecach. Obmywa ciało z nocnego potu, który za sprawą Peety wkradł się na moją skórę. Wciąż w głowie mile wspominam te chwile i mam nadzieję, że nie będę musiała długo czekać na następne.
Rozczesuję splątane kołtuny moich ciemnych włosów, splatając je na koniec w schludny warkocz. Nie liczę już, ile razy w taki sposób je spinałam, ale sądzę, że jest to mój znak rozpoznawczy, tak samo jak broszka z Kosogłosem. Bez warkocza, swobodnie opadającego na moje ramię nie byłabym sobą.
Zakładam niebieską bluzkę i dopiero teraz zauważam, że jest trochę przykrótka. Z ledwością jej dół zdoła dosięgnąć spodni. Nie mogę przecież tak pokazać się na śniadaniu, a to ostatnia czysta bluzka jaką ze sobą wzięłam. Nie pomyślałam w domu, że może aż tak się skurczyć, albo ja powiększyć. Tak, teraz obstawiam tą drugą opcję.
Wychodzę z łazienki, przystając przed drzwiami w stronę Peety i kładąc dłonie na biodrach.
-Zobacz, jak wglądam- skarżę się, spoglądając na niego z pode łba. Peeta marszczy brwi, cały czas wylegując się na łóżku.
-Pięknie- mówi, podnosząc się i zmierzając w moim kierunku.
-Nie widzisz, że mam za krótką bluzkę?
-Ale nadal wyglądasz pięknie- upiera się, przytulając mnie do siebie, a ja nie protestuję. Po chwili jednak próbuję się od niego uwolnić.
-I grubo- dokańczam, obracając się i demonstrując swoją figurę.
-Katniss, to dopiero początek, a ty już narzekasz.
-Trzeci miesiąc to nie taki początek- obruszam się, krzyżując ręce na piersi- Masz coś większego? Na przykład w rozmiarze 50?
-Chcesz moją koszulę?- znacząco się śmieje, owijając sobie mój warkocz wokół palca.
-Nie mam w co się ubrać- mówię już trochę zirytowana. Może i przesadzam, ale tylko z tego powodu, że jestem głodna. Pragnę zejść już na śniadanie i zapełnić usta wybornymi grzankami z jagnięciną i suszonymi śliwkami.
-No dobra, ale chyba nie mam też takiej rozmiarówki. 50? Haymitch nawet chyba takiej nie nosi.
-Nie łap mnie za słówka, tylko daj mi tą koszulę- mówię stanowczo, mrużąc oczy. Peeta przeszukuje wszystkie ubrania w swojej walizce, nadal się śmiejąc.
-To powinno być w sam raz- mówi, pochodząc do mnie i podając mi ubiór. W mgnieniu oka przebieram się i przeglądam w lustrze w łazience. Rzeczywiście, koszula jest odpowiednia, nawet jeszcze za duża. Szary kolor kontrastuje z moimi tęczówkami, a ja zauważam jeszcze jeden plus. Gdy podnoszę palcami wierzch koszuli i przykładam do nosa zapach, który wlewa mi się do płuc jest niezwykły. To Peeta. Jego zapach momentalnie mnie otumania. Przymykam oczy, jeszcze raz pozwalając sobie na przywołanie tego cudnego uczucia. Wiem, że nie będę mogła długo nosić jego koszuli, bo działa na mnie, jak narkotyk, a raczej dziwnie będę wyglądać wąchając ją.
-Widzę, że ci się podoba- na głos Peety lekko się wzdrygam. Podchodzi do mnie, a po chwili czuję jego usta na mojej szyi. Natychmiast moje nogi robią się niezwykle nieznośne. Zaczynają drżeć, a ja muszę przytrzymać się zlewu, żeby tylko nie upaść i nie rozbić sobie głowy o kabinę prysznicową.
-Podoba mi się jej zapach- poprawiam, a on momentalnie robi przerwę w całowaniu mojego karku. Opiera ręce o umywalkę, zamykając mnie w potrzasku, z którego nie mogę uciec, ale i też nie mam takiego zamiaru. Odwracam się twarzą w jego stronę i delikatnie całuję jego usta. Nie chcę być natarczywa, bo przecież powinniśmy być już na śniadaniu. Nie możemy liczyć w tej chwili na więcej, bo przecież Johanna zagroziła nam, że wparuje do naszego pokoju, jeśli się nie pospieszymy. I tak ma świętą cierpliwość, bo chyba upominała nas jakieś pół godziny temu.
-Ja i Willow- tu robię krótką przerwę, żeby nacieszyć się mówieniem o dziecku po imieniu. Zauważam w błękitnych oczach Peety ten cudowny blask, którym od jakiegoś czasu dość często mnie obdarowuje- dziękujemy tacie za jego koszulę o pięknym zapachu.
Na jego twarzy pojawia się bezkresny uśmiech, na którego widok ja także dobrowolnie się rozpromieniam.
-Wiesz, że powinniśmy już być na śniadaniu? Johanna naprawdę za chwilę się wścieknie- upominam go, gdy znów próbuje wargami dobrać się do mojej szyi. Niezadowolony wzdycha z irytacją, pozwalając bym wyszła z łazienki, a on mógł się wreszcie w spokoju ubrać.
Razem schodzimy na śniadanie i zastajemy wszystkich nie przy stole, ale na kanapie przed telewizorem. Skończyli zapewne już jeść, a my jeszcze nawet nie zaczęliśmy. Effie z Haymitchem oglądają jakieś Kapitolińskie show, którego przesłania i tak nie znam. Johanna pakuje swoje rzeczy do walizki, a Annie zajmuje się Finn’em.
-No, proszę. Kochankowie wreszcie zdecydowali się zaszczycić nas swoją obecnością- mówi Johanna, gdy dostrzega nas zasiadających do śniadania. Swoje słowa jeszcze podkreśla powolnym, ironicznym klaskaniem w dłonie. Peeta piorunuje ją wzrokiem, ale ja nie jestem zła. Wręcz przeciwnie. Cieszę się, że Johanna się nie zmieniła i pozostała nadal sobą. Nawet w tej sarkastycznej wersji. 


piątek, 23 stycznia 2015

28. "Najmilsza noc"

Na wstępie od razu uprzedzam, że nie za bardzo podoba mi się ten rozdział, no ale macie go xD
I chyba zacznę was szantażować o komentarze :3 Nie miejcie mi tego za złe, bo sama się z tym źle czuję, ale no po prostu ostatnio jest ich tragicznie mało ;__; Więc, następny rozdział dodam, jeśli będzie powyżej 5 komentarzy. Wiem, że jestem wredna, ale nie zapominajcie, że was kocham <3 Oczywiście z całego serca dziękuję osobom, które jednak komentują, kocham was miśki ;* No i ten, zapraszam do czytania i KOMENTOWANIA <3
K.G.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


Przekraczam próg pokoju, w którym będę lada moment przesłuchiwana. Nieprzyjemne zimno chłosta moje ramiona, a ja od razu się wzdrygam. Chłodna dłoń Peety, spoczywająca na moim ramieniu tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że powinnam się niepokoić.
W pomieszczeniu panuje lekki półmrok, a przede mną rozciąga się biurko, na którym świeci lampa. Pod nią dostrzegam kilka papierów, długopis i teczkę. Przełykam głośno ślinę, gdy zauważam w kącie pokoju jeszcze jedną postać. Wynurza się z cienia, zdejmując kaptur, a ja niemal natychmiast ją rozpoznaję. Od razu rzucam jej się na szyję, sama zaskoczona moim czynem. Cressida z początku się waha, ale przyjmuje mój przyjacielski uścisk. Wygląda całkiem inaczej, niż przy naszym ostatnim spotkaniu. Na jej niegdyś łysej głowie teraz zapuściła blond włosy, sięgające ramion. Zrobiła jeszcze dodatkowe tatuaże swoich zielonych zarośli, które teraz pną się po jej szyi aż na wygoloną, lewą stronę głowy.
-Co tu robisz?- szepczę, bo wiem, że cała nasza rozmowa jest nagrywana, a nawet może i podsłuchiwana.
-Chcę wam pomóc- oświadcza równie cichym głosem, ale dla mnie to za mało. Mój wzrok domaga się wyjaśnień, ale ona nie powie mi niczego więcej- Przepraszam, Peeta, ale będziesz musiał wyjść. Najpierw chciałabym porozmawiać z Katniss.
Jej śmiertelnie poważny ton dźwięczy mi w uszach. Peeta delikatnie ściska moje ramię, niezbyt zadowolony z decyzji Cressidy i z tego, że musi mnie tutaj zostawić. Próbuje ukryć irytację wymalowaną na jego twarzy, gdy wychodzi z pomieszczenia, a Strażnik wyprowadza go na korytarz.
Dziewczyna gestem nakazuje mi usiąść, kreśląc coś w papierach na biurku. Z pewnością nie będzie to łatwa rozmowa. W końcu chodzi tu Rory’ego. Boję się, że to ja mogę zostać obarczona jego śmiercią. Ale od czego jest tu Cressida? Zapewniła mnie, że chce nam tylko pomóc, więc raczej nie powinnam się martwić. Pomimo tego aż cała dygoczę, bawiąc się swoimi palcami.
Blondyna podnosi na mnie wzrok, odkładając papiery na bok. Wygląda zupełnie inaczej, a ja wciąż mam wrażenie, że nie rozmawiam z tamtą dziewczyną, która pomagała mi obalić rządy Snowa. Może to przez schludną marynarkę, która dodaje jej powagi? W pamięci widziałam ją przeważnie w żołnierskim stroju i z kamerą w ręce. Niewiarygodne, jak czas i wojna wszystkich nas zmieniła.
-Nie będę cię długo zatrzymywać, bo pewnie jesteś zmęczona- zaczyna, starannie składając dłonie na blacie. Posyła mi krótki, pokrzepiający uśmiech- Zadam ci tylko parę istotnych pytań.
Niezauważalnie kiwam głową, wypuszczając powietrze z ust.
-Liczę też na prawdomówność z twojej strony, Katniss… A więc dobrze, zacznijmy od tego, gdzie byłaś nocą piątego stycznia?- przyciska kilka klawiszy na urządzeniu, leżącym obok lampy, którego wcześniej nie zauważyłam. Domyślam się, że włącza nagrywanie naszej rozmowy. Więc od teraz, wszystko, co powiem może być wykorzystane przeciwko mnie.
-Myślałam, że wiesz gdzie byłam- ku mojemu zaskoczeniu głos mam stanowczy.
-Owszem, ale muszę mieć to zapisane na naszej rozmowie- wskazuje palcem na urządzenie- A więc jeszcze raz, gdzie byłaś nocą piątego stycznia?
-Po wizycie w szpitalu, razem z Peetą spacerowaliśmy po ulicach Kapitolu, gdy napotkaliśmy Rory’ego Hawthorne’a- wyjaśniam, wyraźnie zdegustowana, krzyżując ręce na piersi. Jestem nie tyle, co zirytowana tą całą sytuacją, ale wściekła.
-Dobrze, a później?
-Rory zaczął mi coś wyjaśniać w związku z jego bratem, a jak wiesz Gale zorganizował napad na pociąg, którym jechaliśmy do Kapitolu.
-Nie mamy dowodów, że to on- przerywa mi Cressida.
-Jak to nie macie?! A co z Asherem?! On nie jest dla was wystarczającym dowodem?!
-Czeka na proces, ale jak na razie jego zeznania to za mało, by winić Gale’a. Nie możemy wierzyć mu na słowo. Równie dobrze mógł sobie wszystko uroić, żeby nie skazać go na dotkliwą karę.
-Ale jak to?! Cressida, zrozum, że Gale chce mnie zabić! Może jeszcze nie wyszedł z ukrycia, ale próbuje najróżniejszych sposobów! Teraz posunął się nawet do zabicia własnego brata!- nie panuję nad swoimi nerwami. Wieść, że oni nie zrobią nic w dorwaniu Gale’a kompletnie mnie frustruje. Cressida znacząco wzdycha, przenosząc wzrok na dłonie. Wiem, że może nakazać Strażnikom dotrzeć do niego, ale tego nie zrobi. Uznaję to za zdradę. Dziewczyna przecież walczyła u mojego boku, a teraz tak po prostu nie chce mi uwierzyć?
-Może powróćmy do tematu naszego spotkania, Katniss…
-Czyli mam rozumieć, że nic nie zrobicie?- przerywam jej, posyłając nienawistne spojrzenie.
Na chwilę między nami zapada cisza, podczas której Cressida zwilża usta językiem.
-Nie mam na to wpływu. Chciałabym ci pomóc, ale jestem tu w zupełnie innej kwestii- tłumaczy, niczym małemu dziecku. Spogląda na mnie smutnymi oczami, ale ja nie potrzebuję współczucia. A tym bardziej od niej.
-To kiedy będziesz miała na to wpływ? Wtedy, kiedy będę miała robioną sekcję zwłok, a ty będziesz przeprowadzała identyczne przesłuchanie, tylko tym razem z Gale’m?
Cressida prostuje się na krześle, a na jej twarzy błądzi lekki uśmiech. Czy to, że moje życie jest zagrożone, jest aż takie zabawne?
-Katniss, bądźmy dorośli i nie bawmy się w takie gierki.
-Dobrze wiem, co usłyszałam od Rory’ego. Głównie po to za nim wtedy pobiegłam.
-A więc, co ci powiedział?- dopytuje się, opierając łokcie o blat biurka. Na wspomnienie tamtej nocy dreszcz strachu przechodzi po moich plecach.
-Że to Gale kazał mu tam mnie zwabić. Inaczej pozabijałby całą ich rodzinę.
Cressida zaciska usta w prostą kreskę i zaznacza coś na karcie, a ja w międzyczasie wycieram spocone dłonie w sukienkę. Oddałabym wszystko, żeby jakimś cudownym trafem znaleźć się w domu. Mam Kapitolu po dziurki w nosie. Praktycznie to tutaj spotykają mnie same kłopoty.
-A co stało się nieco później?- blondyna zaczyna powoli wytrącać mnie z równowagi tymi ciągłymi pytaniami.
-Mówił, że musi to zrobić dla dobra rodziny i zaczął uderzać w ściany budynku drewnianym palem. A zważając na fakt, że ten dom był bardzo stary zaczął się zawalać. Peeta w porę mnie z niego wyniósł, ale nie zdążył wrócić po Rory’ego…- znów ten przeraźliwy obraz odtwarza się w mojej głowie. Nigdy nie zapomnę jego wystającej ręki spod gruzów budynku. Czuję, jak moje oczy lekko zaczynają się szklić- Nie mogłam nic zrobić, żeby go uratować, rozumiesz? Nic. Naprawdę nie chciałam, żeby Rory zginął. Wierzysz mi, prawda?
Podnoszę na nią wzrok, gdy pierwsza łza znajduje ujście w kąciku mojego oka. Chcę, żeby Cressida zauważyła, że jest mi z tym naprawdę ciężko.
-Oczywiście, że ci wierzę- deklaruje, przesuwając dłoń po blacie i kładąc na mojej ręce- Dziękuję, że zdołałaś przyjść. Nie postawię ci zarzutów, bo ci ufam, więc jesteś wolna.
Pomimo łez, na mojej twarz rodzi się uśmiech. Czuję, jak kamień spada mi z serca i oddycham z ulgą. Jednak nie zostanę skazana za przyczynienie się do śmierci Rory’ego, a to najlepsze wieści w dzisiejszym dniu. I co, Gale? Nadal nie udało ci się mnie pogrążyć. Z Kosogłosem nie wygrasz…
Wychodzę z pokoju dumna i nadal z uśmiechem na twarzy. Peeta od razu wstaje z krzesła na korytarzu, marszcząc brwi. Wydaje się być zdezorientowany, a ja od razu chcę mu wszystko wyjaśnić, ale najpierw rzucam mu się na szyję. Jego zapach unicestwia mój strach, który prześladował mnie w pokoju obok nas. Chłopak zamyka mnie w mocnym i bezpiecznym uścisku. Równomierne bicie jego serce znów okazuje się być najlepszym lekarstwem na moje nerwy.
-Jesteśmy uniewinnieni?- szepcze w moje włosy, a ja skinam głową. Słyszę, jak głośno wypuszcza powietrze z ust i niemal wyobrażam sobie, jak siedzi tutaj, cały w nerwach podczas mojego godzinnego przesłuchania.
Jak dotąd, to my wygrywamy, ale nie wiadomo do czego znów Gale może się posunąć. Na razie działa w ukryciu, posyłając na nas inne osoby, ale chyba doszedł już do wniosku, że to nic nie daje. Próbował jeszcze unieszkodliwić Peetę, żeby nie robił kłopotu, ale sam przy tym nieźle oberwał, co wnioskuję z opowiadań blondyna. Przeczuwam, że nasze następne spotkanie odbędzie się twarzą w twarz.
Cressida nie prosi Peety na jego przesłuchanie, dając nam tym wolność. Mam wrażenie, że z moich rąk zdejmują się niewidzialne kajdany. Możemy wracać do Ośrodka Szkoleniowego, ale ja nadal wtulam się w Peetę i tak łatwo puścić go nie zamierzam. A tym bardziej, że całe moje zdenerwowanie i stres tylko on potrafi ukoić.
***
-Jutro wracamy do domu, cieszysz się?- Peeta wchodzi do naszego pokoju, podając mi kubek z herbatą. Na wieść o Dwunastce od razu się ożywiam.
-Nawet nie wiesz jak. Ten Kapitol mnie wykończy…- mamroczę, popijając słodką herbatę, której ciepło natychmiast rozlewa się po moim ciele. Spoglądam przez okno na ulice Kapitolu. Mieszkańcy jeszcze żyją naszym wywiadem. Chodniki wypełnione są kolorowymi ludźmi i światłami. Słychać nawet stłumione okrzyki i gwar.
-Tak, oto prawdziwy Kapitol. Zrobi wszystko, żeby zapewnić ludziom odpowiednią rozrywkę- mówi Peeta, podchodząc w moim kierunku. Przystaje naprzeciw mnie, również wpatrując się w te Kapitolińskie dziwadła, które teraz są wielkości mrówki. Nasz pokój znajduje się na dziesiątym piętrze, więc wszystko z tej wysokości wydaje mi się wyjątkowo małe.
-Tylko dlaczego naszym kosztem?- zadaję pytanie, na które i tak oboje nie znamy odpowiedzi. Krzyżuję ręce na piersi, zmęczona dzisiejszym, jakże „wyjątkowym” dniem. Spoglądam na zegarek, który wskazuje parę minut po północy, a mnie zaczyna wzywać sen. Stoimy tak w milczeniu, wciąż przypatrując się widokowi zza okna jeszcze przez parę minut, kiedy Peeta przerywa tę ciszę:
-Kochasz mnie. Prawda czy fałsz?
Spoglądam na niego zaniepokojonym wzrokiem, a on bez słowa siada na łóżku, chowając twarz w dłoniach. Bez zastanowienia idę za jego przykładem.
-Prawda, prawda, prawda- szepczę, przytulając się do jego ramienia- Już jutro wszystko pójdzie z górki, Peeta. Będziemy w domu i błyszczące wspomnienia nie będą już cię tak męczyły.
Podnosi na mnie obolały wzrok.
-Ale one nie znikną, Katniss. Ja to wiem. Nawet nie wiesz, jak jest mi z tym ciężko…- zwilża usta i wzdycha z przejęciem. I ma rację. Właśnie o to chodzi, że nie wiem, co czuje.
-Peeta, wiem, że nie będziesz chciał rozmawiać na ten temat, ale warto spróbować… Co dokładniej robili ci w Kapitolu?- ostatnie zdanie wypowiadam nieco ciszej. Mogę przysiąc, że czuję, jak jego mięśnie się naprężają. Chyba wiedział, że prędzej, czy później będziemy musieli o tym porozmawiać. Peeta znów wzdycha, przygarniając mnie do siebie ramieniem.
-Po prostu przywiązywali mnie do fotela, żebym nie mógł się wyrwać. Potem pamiętam tylko wielką strzykawkę z zielonym płynem, wbijaną w skórę na mojej szyi. Od razu dostawałem halucynacji, które przenosiły mnie na arenę. Wtedy ty, w najróżniejszych okolicznościach próbowałaś mnie zabić. Pokazywano cię w najbardziej ohydny i przerażający sposób. Powtarzałem sobie, że to oni próbują zniekształcić cię w moich wspomnieniach, ale to się nie sprawdzało- robi krótką przerwę, żeby przypomnieć sobie tamte chwile- Kiedy nadal wmawiałem sobie, że mnie kochasz i taka nie jesteś, oni wymierzali na mnie najróżniejsze kary, żeby tylko mnie złamać. Biczowali, torturowali w inne, równie gorsze sposoby. Utwierdzali mnie w przekonaniu, że to przez ciebie tak cierpię. I tak każdego dnia na nowo…
Nie orientuję się, w której części jego opowiadania zaczęłam płakać. On stara się zachować kamienny wyraz twarzy, a ja przypominam sobie, że coś mu obiecałam w zamian za przekonanie Effie do płaskich butów. Może mu to też wynagrodzić to, że tak się przede mną otworzył. Powiedział mi o swoich najgorszych przeżyciach, a wiem, że nie jest mu z tym łatwo.
-Jestem dla ciebie najlepszym lekarstwem, tak?- mówię, a on spogląda na mnie zaciekawionym wzrokiem, unosząc brwi. Ociera moje zapłakane policzki, a ja przykładam moje usta do jego. Z początku delikatnie mnie całuje, prawie nie dotykając moich warg. Uwielbiam w nim tą jego nieśmiałość, ale muszę rozładować emocje, które dzisiejszego dnia za bardzo w sobie tłumiłam. Zarzucam mu ręce na szyję, bardziej go do siebie przyciągając. Odrywamy się na chwilę od siebie, by zaczerpnąć powietrza, a ja opieram swoje czoło o jego.
-Kocham cię, kocham cię, kocham cię- powtarza szeptem, niczym mantrę. Lekko trącam nosem jego policzek. Delikatny jęk dobrowolnie wydobywa się z mojego gardła, gdy swoimi wargami ogrzewa mój kark. Przesuwa nimi po szyi aż na moje usta i znów zaczyna trasę od nowa. Później następuje moja kolej, podczas której Peeta podnosi mnie i stawia przy ścianie. Opieram się o nią plecami, bo mam wrażenie, że dosłownie za moment upadnę. Moje nogi zaczynają drżeć, gdy znów czuję jego język na moim dekolcie. Mój płytki oddech domaga się coraz więcej tlenu, ale nie chcę żeby blondyn przestał mnie całować. Od dawna nie byliśmy tak blisko, a przynajmniej tak mi się wydaje. Peeta delikatnie napiera na mnie swoim ciałem, zabierając się za rozpinanie mojej sukienki. Szuka w moich oczach pozwolenia, ale nie potrafię wydusić z siebie ani słowa. Potrafię jedynie cicho jęczeć, nic poza tym, więc niezauważalnie skinam głową. Odsuwa się na chwilę ode mnie, by suknia mogła swobodnie opaść na podłogę. Nie dbam o to, czy strój się poniszczy, czy pogniecie. Teraz najważniejszy jest tylko on i tego się trzymam.
Potem moja kolej. Zdejmuję z niego marynarkę i koszulę. Moje serce przyspiesza na widok zarysu jego mięśni. Boję się, że za chwilkę moje płuca nie wytrzymają niedoboru tlenu, ale gdy zauważam u Peety ten sam syndrom nieco się uspokajam.
Kładzie mnie delikatnie na łóżku, potwornie dysząc przy tej czynności, a sam zdejmuje swoje spodnie, rzucając je w kąt pokoju. Czuję, jak moje ciało rozpala się do czerwoności, kiedy Peeta odpina mój biustonosz i zaznaczając drogę ustami po moim ramieniu. Między pocałunkami powtarza, jak bardzo mnie kocha, a mi cały pokój wiruje przed oczami.
Gdy pozbywamy się ostatnich, niepotrzebnych części bielizny przygryzam płatek jego ucha, przy czym on wydaje z siebie cichy pomruk, co mnie śmieszy, ale też sprawia przyjemność.
Kładę głowę na poduszce, cały czas zachłannie smakując jego ust. Potem odgarnia jednym ruchem ręki kosmyki włosów z mojego czoła i całuje mnie w to miejsce. Muska również moje policzki, nos, a później pocałunkami schodzi w dół, wzdłuż mojej szyi, przez piersi aż na brzuch. Jestem szczególnie szczęśliwa, że całuje również to miejsce mojego ciała.
Chciałabym móc mu powiedzieć, jak bardzo go kocham. Jak bardzo go potrzebuję. Jak bardzo czyni mnie w tej chwili szczęśliwą, spełnioną. Kochaną. Peeta mnie kocha. Wiem to na pewno. Żadne słowa nie potrafią wyrazić tego, co do niego czuję.
Tak bardzo czekałam na ten moment. Hormony dosłownie buzują w moim ciele, przyczyniając się do wydobywania z mojego gardła przeciągłych, głośnych jęków. Ciało Peety dosłownie lśni od potu. Przeraźliwie dyszy, zresztą ja mu w tym dorównuję. Spoglądam w jego oczy, w których nie widzę nic innego niż pożądanie. Całuje mnie, by przyciszyć odrobinę nasze wzdychania, gdy kolejna fala potu oblewa nasze ciała.
Mogę tę noc z pewnością zaliczyć do najmilszych, najlepszych, najprzyjemniejszych na świecie.
-Dziękuję- jęczę, przyciągając go jeszcze raz do siebie i przymykając oczy.
-Kocham cię, Katniss. Kocham cię, kocham- znów się powtarza, ale mi to nie przeszkadza. Wręcz utwierdza w przekonaniu, że tak jest. Skubie zębami moją dolną wargę, doprowadzając mnie tym niemal do szaleństwa. Natomiast ja nie pozostaję mu dłużna, wyznaczając szlak ustami na jego muskularnych ramionach. Zauważam, że lampa w pokoju zaczyna powoli dogasać, dając nam romantyczny nastrój. Raz za razem głaszczę jego plecy i przeczesuję włosy. Pragnę mu się odwdzięczyć za każdą chwilę rozkoszy, którą mnie obdarzył. Nie przypuszczałam, że z minuty na minutę może uczynić mnie tak szczęśliwą…
Jeszcze raz pocałunkami próbuje stłumić nasze jęki w tej kulminacyjnym momencie naszych 
pieszczot, a ja nie potrafię myśleć o niczym innym, niż o tym, jak bardzo kocham Peetę Mellarka.