Przepraszam i już proszę was, żebyście się na mnie nie gniewali ;-; Cholernie trudno było mi napisać ten rozdział, a i tak jest taki nijaki. Wiem, że ostatnio nie dzieje się za wiele w ich życiu, ale chciałam dać im taką trochę sielankę. Następne rozdziały już takie nie będą, gwarantuję :3 Uprzedzam, że dam trochę akcji, żebyście nie zanudzili się tymi notkami ^^
Dziękuję, że tyle komentarzy przybyło pod ostatnim rozdziałem, to ogromnie wiele dla mnie znaczy i mam nadzieję, że teraz będzie jeszcze więcej. Jeśli tak, następną notkę być może dodam wcześniej :3 Taki mały szantażyk, ale mam nadzieję, że się na mnie nie fochacie ;-;
Zapraszam do czytania, wyrażania swojej opinii w komentarzach i pozdrawiam was, misie <3
+Jeśli ktoś chciałby być powiadamiany o nowych notkach mailowo lub przez mojego aska @Maddy33272 wystarczy dać znać :3
Kocham Was <3
K. G.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Próbuję zbliżyć dłoń do jej lśniących blond włosów, lecz raz za
razem jakaś niewidzialna siła nie pozwala mi na to. Chciałabym móc przeprosić
ją za każdą wyrządzoną jej krzywdę. Tak, jak sądziłam jest to niewykonalne.
Otwieram usta, ale żaden choćby najcichszy dźwięk nie ma szansy się z nich
wydobyć. Przeze mnie jej tu nie ma. Umarła z mojej winy.
Klęczy, ubrana w przenikliwie białą sukienkę. Dopiero teraz
zauważam w jej dłoniach drobny wianek, upleciony z jedynie czerwonych kwiatów.
Obserwuję jej drobną twarzyczkę. Ze skupieniem w niebieskich oczach wplata
ostatnią roślinę. Swoje obojętne spojrzenie powoli kieruje w moją stronę. Nawet
cień uśmiechu nie pojawia się na jej twarzy, tak samo jak na mojej. Wpatrujemy
się w siebie przez krótką chwilę, po czym kąciki jej ust lekko unoszą się ku
górze. Dobrze pamiętam ten wyraz. Obdarowywała mnie nim, gdy miała dla mnie
jakąś niespodziankę, taką prosto od serca. Zazwyczaj były to właśnie piękne
wianki z kwiatów w najróżniejszych kolorach tęczy.
Wstaje naprzeciw mnie, wciąż trzymając wianek w dłoniach. Teraz
dosięga mi brody, a ja nie wiem, kiedy zdążyła tak urosnąć. Chcę otoczyć ją
ramieniem, powiedzieć, żebyśmy wracały do domu, ale nawet nie mogę się
uśmiechnąć. Jakbym straciła panowanie nad całym moim ciałem. Stoję, jak słup
soli, wpatrując się w jej niebieskie oczy. Ona zaś robi to samo.
Nagle podnosi wianek na wysokość moich oczu. Zauważam, jak płatki
czerwonych kwiatów powoli zaczynają topnieć, niczym lód. Po chwili orientuję
się, że zamieniają się w krew. Gęsta czerwona ciecz spływa po jej dłoniach,
kapiąc na zieloną trawę. Nie wiem, co się dzieje, gdy przykłada wianek do mojej
twarzy. Czuję tylko palący ból. Jakby ktoś wylał mi na policzki żrący płyn. Za
wszelką cenę nie mogę się obronić. Przymykam tylko oczy, by krew nie dostała
się do ich wnętrza. Mogę otworzyć usta, lecz po chwili żałuję tego czynu, gdy
czerwona ciecz wlewa się do środka mojej jamy ustnej. Pali język, podniebienie,
wewnętrzną część policzka. Niechcąco ją połykam, co powoduje nagłe ataki
kaszlu. Krztuszę się, pochylając ciało do przodu i chcąc, by wianek czym
prędzej nie dotykał już mojej twarzy. Spada na trawę, rozbryzgując krew dookoła
mnie. Chcę otworzyć oczy, ale boję się, że zaczną mnie piec, jak pozostałe
części mojej twarzy.
Dlaczego
ona mi to zrobiła?
Zadaję sobie podobne pytania raz za razem. W mojej głowie panuje
mętlik. Żadnych myśli nie mogę złożyć w wspólną całość. Nie potrafię nabrać
porządnie powietrza w usta. Kiedy w końcu to zrobię, histeryczny kaszel wyrywa
się z moich płuc. One również mnie pieką. Najgorsze jest to, że nie mogę się
ruszyć. Żadna część mojego ciała nie jest mi posłuszna.
Nagle do moich uszu dobiega przerażający śmiech. Ciarki
przebiegają po moich plecach. Nie orientuję się, z której strony dobiegają te
odgłosy. Na chwilę zapada głucha cisza, podczas której słyszę jedynie gwałtowne
bicie własnego serca.
I znów to samo.
Śmiechy, naokoło mnie. Nie wiem, czy tylko mi się wydaje, że one
jakby mnie okrążają. Dobiegają z każdej możliwej strony, a ja już domyślam się,
czyj to głos.
Ona nigdy w taki sposób się nie śmiała. Te odgłosy przypominają
rechot psychopaty, który wykończył swoją ofiarę. Nie, to nie ona…
Zbieram się w sobie, by w końcu otworzyć oczy. Nie jest to łatwe z
powodu krwi wciąż tkwiącej na mojej twarzy. Muszę się dowiedzieć, dlaczego ona
to mi zrobiła. Moja siostra. Stawiam sobie za cel ocalenie jej życia. Wtedy nie
mogłam, nie potrafiłam jej pomóc. Teraz mam drugą szansę i nie mogę jej
zmarnować.
Lekko rozchylam powieki. Nakazuję moim dłoniom zetrzeć zaschniętą
krew chociażby z obrzeży oczu, ale tak jak poprzednim razem, nie mają zamiaru
mnie posłuchać. Jakby ktoś je zamroził. Sztywnie zwisają wzdłuż mojego ciała.
Ten bezruch mnie przytłacza.
Słońce ogrzewa moją skórę, a polana, na której się znajduję wydaje
się taka spokojna, jednak śmiechy wciąż nie mają zamiaru ucichnąć. Nie wyczuwam
żadnej obecności wokół mnie, lecz mam wrażenie, że ktoś lub coś mnie obserwuje.
Pod moimi stopami nie ma już wianka z krwią, jakby rozpłynął się w powietrzu.
Pomimo sytuacji, w której się znajduję, jestem całkiem spokojna.
Nawet nie wiem, jak tego dokonałam. Kaszel odrobinę ustał, a twarz tak
przeraźliwie nie piecze mnie, jak przed chwilą.
Zauważam ją. Stoi, nieruchomo na obrzeżach lasu, okalającego
polanę, kilkanaście metrów ode mnie. Nie mam pojęcia, jakie ma zamiary wobec
mnie, ale orientuję się, że to ona wydaje te dźwięki. Jej otwarte usta tylko
utrzymują mnie w przekonaniu, że tak jest.
Rusza w moją stronę. Powoli, uważnie stawiając każdy krok. Wiatr
rozwiewa jej włosy i białą sukienkę. Cały czas uważnie ją obserwuję. Nie mogę
spuścić jej z oka. Najgorsze jest, że nie mam nad nią żadnej kontroli, a tym
bardziej nad moim własnym ciałem.
Przystaje w niewielkiej odległości ode mnie. Jej uśmiech staje się
coraz szerszy i szerszy. Obnaża swoje białe zęby, które teraz wydają się
spiczaste i ostre, jak brzytwa. Uśmieszek staje się nienaturalny, kąciki jej
ust prawie dotykają uszu. Marszczę brwi, ale nie mogę dać po sobie poznać, że
się nią przejmuję.
W pewnej chwili jej ciało zaczyna się roztapiać, niczym wosk.
Skóra staje się rozciągliwa, kapie na trawę. Najbardziej szokuje mnie, gdy z
jej oczodołów wypływa krew. Gęsta, czerwona maź strumieniami spływa po
policzkach, na sukienkę. Nadal na jej twarzy gości ten szatański uśmiech.
Nie mogę patrzeć na to, co dzieje się z jej ciałem. Moje tętno
przyspiesza, a adrenalina we krwi podskakuje.
-Prim!- udaje mi się wywrzeszczeć. Nie płaczę, nie mam nawet
takiego zamiaru. Nie mogę po raz kolejny jej stracić. Z jej oczodołów nadal
wypływają strumienie krwi.
-Przynosisz śmierć, siostrzyczko- po tych słowach Prim, zamieram
na chwilę. Cała sztywnieję, a ciarki przechodzą po moich plecach. Przynoszę
śmierć?
Nie zdążam nawet głębiej zastanowić się nad znaczeniem tego
zdania. Prim otwiera usta, z których lśnią naostrzone zęby. W mgnieniu oka
biegnie do mnie. Nie mogę się obronić. Ona mnie zabije. Zagryzie na śmierć.
Będzie mogła w końcu odpłacić się tym samym.
Skacze na mnie. Przymykam oczy, przykrywając twarz dłońmi, którymi
wreszcie mogę poruszać. Uwiesza się na moich ramionach. Próbuję się bronić,
szarpię się z nią, ale ona już wgryza się w moją dłoń. Wyję z bólu, przymykając
oczy. Boję się je otworzyć, żeby nie zobaczyć swojej własnej krwi. Ale może
właśnie tak ma być? Muszę cierpieć, bo to przynosi Prim radość, a ja przecież
zawsze chciałam, żeby była szczęśliwa.
Zaciskam zęby, żeby kolejny jęk nie znalazł wyjścia z moich ust.
Siostra drapie mnie paznokciami po ręce, później znów się w nią wgryza, a ból
bierze kontrolę nad moim ciałem.
Gdy zdołam otworzyć oczy, pierwsze co zauważam to Jaskier.
Włochaty kocur, drapiący łapą moją rękę. Podnoszę głowę na kilka centymetrów,
zapoznając się z otoczeniem. Polana zniknęła. Nie ma śladu po drzewach,
prażącym słońcu, po Prim. Leżę w łóżku i już dochodzi do mnie, że tylko śniłam.
Opadam na poduszkę, głęboko oddychając. Stopniowo się uspokajam, gdy Jaskier
zaczyna cicho pomrukiwać obok łóżka. Spoglądam na moją dłoń, która w wielu
miejscach ma ślady po zębach i pazurach kocura. Domyślam się, że ręka podczas
snu musiała bezwładnie zwisać z łóżka, a Jaskier wykorzystał to, domagając się
jedzenia.
Przed moimi oczami wciąż widnieje Prim. Jej roztapiające się ciało
i krew wypływająca z oczodołów. We śnie nie zrobiła na mnie dużego wrażenia,
natomiast na jawie jest dużo gorzej. Te obrazy zostają w mojej świadomość przez
długi czas, być może nawet na zawsze. Każdy mój koszmar zapamiętuję. Nawet lepiej
niż zwyczajne sny. Bo dobrze zapamiętujemy tylko okropne rzeczy. One zostawiają
ślad w naszej psychice.
Przewracam się na lewy bok i spoglądam na Jaskra. Jego bystre oczy
obserwują każdy mój ruch.
-Ładnie to tak kaleczyć swoją właścicielkę, darmozjadzie?-
wzdycham, ostrożnie przejeżdżając dłonią po jego brudnym futrze. Zwierzę wydaje
z siebie tylko kilka pomruków i wychodzi z sypialni do kuchni, oczywiście
wyczekując jedzenia.
Moja dłoń wędruje na drugą stronę łóżka. Błądzi po zimnym
materacu, szukając jego ciepłego ciała. Moja nadzieja jednak gaśnie, gdy
wyczuwam tylko pogniecione prześcieradło. Tak, jak się spodziewałam nie ma go.
Wyszedł do pracy, jak co ranka od dwóch tygodni. Wzdycham, wstając z łóżka.
Nie mam zamiaru ukrywać, że jest mi z tym ciężko. Nie myślałam, że
będzie mi go tak brakować. Rano, gdy się budzę jego już nie ma obok mnie.
Zostawia po sobie jedynie śniadanie przeznaczone dla mnie. Wraca dopiero pod
wieczór. Wtedy staram się każdą możliwą chwilę spędzić z nim.
Nie wiedziałam, że praca w piekarni będzie też dla mnie taka
wyczerpująca. Chociaż jeszcze nie miałam okazji stać za ladą, to wzmagam się z
samotnością. Nienawidzę budzić się w pustym domu. Nie mam do kogo otworzyć ust,
chyba że Jaskier i Willow się liczą. Owszem, od czasu do czasu wychodzę na
spacer z Johanną, czy Annie, ale na tym się kończy. Nawet nie potrzebuję ich
obecności. Jedyne, czego potrzebuję to Peety.
Koszmary coraz częściej mnie nawiedzają, zdarza się, że nawet
kilka nocy pod rząd. Czasem budzę się z nich w nocy, ale jednak ranek to norma.
Peety w tym czasie nie ma obok mnie. Nie może ukoić mojego strachu, a ja nie
potrafię bez tego normalnie funkcjonować.
Tęsknię za nim, ale w taki dziwny sposób. Jakby jego wieczorne
przebywanie ze mną mi nie wystarczało. Nieraz przychodzi zmęczony z pracy,
zamienia ze mną parę zdań i kładzie się do łóżka. A to mnie boli. Że nie ma dla
mnie czasu.
Wczorajszy dzień był jednak dla mnie najtrudniejszym odkąd Peeta
zaczął spędzać całe dnie w piekarni. Nie mógł uczestniczyć ze mną w badaniu
kontrolnym u doktor Whitewood. Nie dość, że byłam sam na sam z tą kobietą, to
jeszcze jego tam nie było. Zawsze razem chodziliśmy napawać się biciem
serduszka Willow. Teraz nawet się z tego nie cieszyłam. Nie miałam z kim…
Nie mówiłam Peecie, że jest mi ciężko, kiedy nie ma go w domu. Nie
chcę wywoływać na nim presji. Nie jestem w końcu najważniejsza. Założę się, że
jeśli tylko powiedziałabym mu, jak się czuję, zamknąłby piekarnię na dobre.
Wiem, ile radości przynosi mu dalsze prowadzenie interesu ojca, więc tylko
udaję, że jest wszystko w porządku. Nie chciałabym, żeby rezygnował ze swoich
pragnień za każdym skinieniem mojego palca.
Zamykam okno, które Peeta otworzył na noc. Początek marca wydaje
się ciepły. Na ulicach dwunastki nie ma śladu po śniegu, za to słońce
delikatnie przygrzewa moje policzki, gdy stoję w oknie. Ile bym dała, żeby
wybrać się z moim mężem na spacer. Zabrałabym go do lasu, nad jezioro, w którym
nauczyłam się pływać. Samo wspomnienie tamtego miejsca sprawia, że lekki
uśmiech wkrada się na moje usta. To niemożliwe, a tym bardziej dziś. W czwartki
Peeta zawsze ma nocną zmianę. W domu najwcześniej może pojawić się jutro rano.
W zamian cały piątek razem z weekendem ma wolny. Szczerze wątpię, żeby udało mi
się dzisiaj zasnąć. Nie potrafię zmrużyć oka bez jego ramion, okalających moje
ciało. Każda sekunda nie spędzona z nim jest jak tortura. Poza tym łóżko wydaje
mi się takie zimne, gdy jego ze mną nie ma. Nie wiem, jak zdołam tak dalej żyć.
Chciałabym przerwać tą samotność, ale z drugiej strony wiem, że nie mogę. On
nic nie wie o tym, jak cierpię. Każdy dzień wydłuża się w nieskończoność, a ja
próbuję znaleźć coraz to nowsze zajęcia. Byle tylko nie zaprzątać sobie nim
głowy. Przestaję o nim myśleć dopiero, gdy łza bólu znajduje ujście w kąciku
mojego oka. Jest tylko jedna. Samotna, zupełnie jak ja.
niedziela, 12 kwietnia 2015
sobota, 28 marca 2015
33. "Ostatnia nadzieja"
Witajcie <3
Jestem pod wrażeniem, bo napisałam ten rozdział w ciągu jednego dnia i w dodatku zajęło mi to dokładnie 10 godzin... a i tak nie jestem z niego zadowolona :/
Wiem też, że się na mnie fochnęliście. Pewnie za to, że poprzednią notkę dodałam z ogromnym opóźnieniem. Jeszcze raz przepraszam, ale mam okropny zapiernicz w szkole, w dodatku rodzice grożą mi, że odetną mi internet xD Poza tym mam też swoje życie prywatne i niekiedy naprawdę trudno jest mi napisać rozdział z powodu braku weny i czasu.
No i pod ostatnią notką były 3 komentarze... 3? Serio? Nie mam do was pretensji, ale wiem, że stać was na więcej. Poza tym blog ma coraz więcej wyświetleń (nawet około 100 dziennie) ale liczba komentarzy wciąż pozostaje stała. Nie wstydźcie się, ja po prostu chciałabym poznać waszą opinię :3 Poza tym nie ukrywam, że wasze komentarze są dla mnie niezwykle cenne i motywują do kolejnych notek <3
Mam nadzieję, że tym razem się postaracie ^^
Kocham Was ;*
K. G.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Czuję zimne krople na policzkach, mieszające się z resztkami moich łez. Nie mam nawet siły, by podnieść rękę zaledwie na parę centymetrów i oczyścić moją twarz z kurzu, potu i innych lepkich substancji. W tym momencie drzewo, o które jestem oparta plecami wydaje się niezwykle wygodne. Nie zwracam uwagi na kałuży błota wokół mnie. Przez dziury w brudnych ubraniach dostaje się zimny wiatr, który tylko pobudza moje zmarznięte ciało. Raz za razem głowa opada mi na ramię, domagając się w taki sposób chodź chwili snu. Nie mogę spać. Wtedy moje powieki już się nie podniosą i zapadnę w sen trwający wieczność…
Zawiodłam je. Zawiodłam mamę, a przede wszystkim Prim. Obiecałam, że wrócę chociaż z kawałkiem jedzenia. A tymczasem już nigdy nie zobaczę je na oczy. Wiem, że umieram. Nie da się tego nie zauważyć. Ogarnia mnie dziwne uczucie bezsilności. Nie mogę nic uczynić, żeby moja siostra choć raz w życiu najadła się do syta. Kiedy mój umysł przypomina mi Prim, siedzącą na stoliku w kuchni i czekającą na mnie, moje serce pęka na milion kawałeczków. Jakby ktoś wyrwał je z mojej piersi i roztrzaskał o szklaną podłogę. Albo marmurową. Nigdy nie widziałam tak wykafelkowanych podłóg. Możliwe, że w Pałacu Sprawiedliwości mają podobny wystrój. Ostrożnie stąpając bałabym się potłuc taką wykładzinę. Mogłabym się w niej nawet przejrzeć, gdybym miała ochotę. Prim zapewne z uciechą biegałaby wśród złotych ram obrazów i stołem rozciągającym się na całą salę. Wykwintne potrawy, których nazw nawet nie znam codziennie byłyby nam serwowane. Siostra zajadałaby się kurczakiem z rożna, odpowiednio doprawionym i polanym sosem. Widzę ją wlepiającą we mnie spojrzenie wypełnione uśmiechem, gdy po brodzie spływa jej kropelka tłuszczu od mięsa.
Potrząsam głową, by oczyścić umysł ze zbędnych marzeń. To nigdy nie będzie miało miejsca. Nigdy nie będziemy żyć, tak jak ludzie z Kapitolu, czy nawet spoza Złożyska. Nie powinnam wyobrażać sobie tych wszelkich potraw i szczęśliwej Prim. Już dawno przekonałam się, że marzenia to nic dobrego. Dają nam wyobrażenie czegoś, czego pragniemy ponad życie, a później rzeczywistość uderza cię w twarz, przypominając, że to wszystko i tak nigdy nie będzie miało miejsca.
Z trudnością moja klatka piersiowa unosi się i opada. Moje nieobecne spojrzenie spod na wpół przymkniętych powiek obserwuje mijających mnie mieszkańców Dwunastki. Nikt nawet nie omota mnie obojętnym wzrokiem, a co tu dopiero mówić o jakiejkolwiek pomocy. Po prostu umierające dzieci na ulicach w naszym Dystrykcie są widziane na porządku dziennym. Nikogo nie ruszają drobne zwłoki pod budynkami, czy na ulicach.
Jeśli mam umrzeć, chcę zapamiętać Prim jako śliczną, uśmiechniętą siostrę. Wyobrażam ją sobie, tańczącą na Łące z wiankiem kwiatów na głowie. Jej śmiech dźwięczy mi w uszach, a ja wiem, że teraz mogę umierać…
Trzask zamykanych drzwi sprawia, że od razu się wzdrygam. Otwieram oczy i powoli przenoszę spojrzenie w kierunku dźwięku. Brzęk dzwonka u wejścia do piekarni, stojącej tuż obok drzewa a następnie głuche uderzenie. Przez myśl przechodzi mi, że właściciel piekarni przyjdzie mnie przepłoszyć, ale po chwili zauważam chłopaka w pasie przepasanego białym fartuchem. Jego przenikliwie błękitne oczy zauważają moją drobną sylwetkę, kulącą się po drzewem. Moją uwagę przykuwają dwa czerstwe bochenki chleba, spoczywające w jego dłoniach. Pierwszą moją myślą jest, że wykarmiłabym nimi moją rodzinę przez co najmniej tydzień.
Wtem chłopak zostaje popchnięty w moim kierunku, ale nadal znajduje się w bezpiecznej odległości od drzewa. Zza jego pleców wyłania się kobieta w spiętych włosach. Wygląda na zdenerwowaną. Rzuca w kierunku chłopaka parę wyzwisk, ale mój umysł już nie rejestruje, jakiej są treści. Jego matka na koniec uderza otwartą dłonią policzek blondyna, a następnie znika w drzwiach piekarni. Wzdrygam się, gdy zauważam czerwony i dobrze widoczny ślad na twarzy chłopaka. Patrzy na mnie przez chwilę, jakby się nad czymś zastanawiał, wciąż trzymając bochenki w rękach. Od samego patrzenia na chleb mój głód przybiera na sile do tego stopnia, że muszę odwrócić wzrok, przymykając oczy. Jestem przemoczona, zmarznięta, osłabiona, głodna, więc niech mnie chociaż nie kusi tymi dwoma przypieczonymi bochenkami.
Już prawie godzę się z opcją nieuchronnej śmierci, gdy tuż przy moich stopach rozlega się plusk. Czy ja nawet nie mogę umrzeć w spokoju?
To, co zauważam na ziemi wśród błota sprawia, że moje serce na chwilę zabiło szybciej. Dwa duże bochenki chleba leżą u moich stóp. Wlepiam w nie swój wzrok z niedowierzaniem, po czym odruchowo spoglądam w stronę piekarni. Chłopak zatrzymał się na chwilę w drzwiach, dając mi do zrozumienia wzrokiem, że mam je wziąć. Z otwartymi lekko ustami pełznę na czworaka, by podnieść bochny, cały czas patrząc na blondyna. Podnoszę chleb, natychmiast czując jego charakterystyczną woń i chrupkość. Nie mogę uwierzyć, że trzymam je w dłoni. Jeszcze raz spojrzeniem omiatam piekarnię, ale jego tam już nie ma. Nie wiem, jak w takiej sytuacji powinnam się zachować. Podziękować chłopakowi, chyba jestem mu w jakiś sposób dłużna, ale w tej chwili moje myśli zaprząta Prim. Jej uśmiech, który zastanę w domu. Nie zawiodę jej i tego się trzymam.
Wiem już, że jestem zobowiązana blondynowi i w głębi duszy czuję, że nie jest to nasze ostatnie spotkanie. Zawdzięczam mu swoje życie i mojej rodziny również. W duchu dziękuję mu za te dwa bochenki, które chowam pod bluzkę. Lecz jego przenikliwie błękitne oczy wciąż nie mogą ulotnić się z mojej pamięci… Bo nie zapomina się twarzy osoby, która była twoją ostatnią nadzieją...
Wspominam ten dzień, gdy stoję tępo przed budynkiem, przy którym parę lat temu niemalże umierałam. Dreszcze przeszywają moje ciało, gdy spoglądam w miejsce, gdzie jeszcze wtedy znajdowało się drzewo, o które się opierałam. No, tak. Po bombardowaniu w Dwunastce nic nie ocalało, a tym bardziej taka stara jabłoń.
Nie przychodziłam prawie w to miejsce po tym, jak Peeta ocalił mi życie. Miałam świadomość, że jestem jego dłużniczką i już zawsze będę. Jedynie mijałam piekarnię w drodze do szkoły. Nieumyślnie zawsze spoglądałam w okna, by dostrzec chociaż blond czuprynę chłopaka.
Teraz budynek wygląda prawie identycznie. Jest jedynie odnowiony, na zewnątrz pomalowany białą farbą. Ganek zapamiętałam taki sam. W tym miejscu policzek Peety przyjął ciężki cios od matki za przypalenie chleba. Dla mnie.
Jednak gdy przeniosę wzrok nieco w górę, nad zadaszenie, kąciki moich ust znacznie się unoszą. Ogromny szyld wiszący przed moimi oczami z pomarańczowym napisem na zielonym tle.
„U Katniss i Peety”
-Chcesz zobaczyć wnętrze?- głos blondyna sprowadza mnie na ziemię. Przenoszę na niego mój rozkojarzony wzrok i posłusznie kiwam głową. Widzę dumę wymalowaną na jego twarzy. Rumieńce na policzkach tylko utwierdzają mnie w przekonaniu, że już wie, jaką zrobił mi nieprzewidywalną niespodziankę. Naprawdę nie spodziewałam się, że znów w tym samym miejscu stanie piekarnia i to jeszcze z moim imieniem na szyldzie.
Wchodzimy do środka. Ściany wnętrza są koloru łagodnej pomarańczy. Dokładnie omiatam wzrokiem każdy kąt. Przy drzwiach, pod ścianą ustawionych jest kilka stolików z krzesłami. Pewnie dla klientów, chcących spożyć wypieków Peety na miejscu. Nieco w głębi znajduje się blat z kasą, a za nią lady, przypuszczam że czekające na pożywienie. Dostrzegam jeszcze zaplecze, gdzie znajduję się pojedyncze piece do pieczenia oraz składniki do ciast.
-I jak ci się podoba?- czuję dłoń Peety na moim ramieniu. Odwracam się i spoglądam mu w oczy. Widzę w nich dumę wymieszaną z oczekiwaniem na moją odpowiedź. Kiedy przeszywa mnie wzrokiem, niczym strzałą, lekko się rumienię, spuszczając wzrok.
-Tu jest pięknie- wzdycham. Nie wiem, co powiedzieć, a nigdy nie byłam wykwintna w ocenianiu. Peeta doskonale o tym wie, więc taka odpowiedź go satysfakcjonuje- Kiedy ją odbudowałeś?
-Gdy byliśmy w Kapitolu wynająłem robotników, którzy wybudowali szpital. Zanim wróciliśmy piekarnia była gotowa, a ja ją tylko pomalowałem i umeblowałem. Nic wielkiego- wyjaśnia, wzruszając ramionami- Jest nasza. Chciałbym dokończyć interes ojca. Nie mógłbym tak po prostu go zawieźć i zapomnieć o miejscu, gdzie spędzałem prawie cały dzień. W końcu nie na darmo uczył mnie piec. Wiesz o co mi chodzi?
-Tak, tylko że jest mały problem.
-Jaki?- dziwi, unosząc brwi i obejmując mnie w talii, tym samym przybliżając się do mnie.
-Jedyne, co potrafię przyrządzić to wodę. A i tak niekiedy ją przypalę. Więc wiesz… nie ukrywajmy, że naprawdę marna ze mnie kuchareczka- stwierdzam, a Peeta śmieje się z dezaprobatą, kręcąc głową.
-Jeśli chcesz, mogę cię nauczyć- proponuje, powracając wzrokiem na moje usta. Pod naciskiem jego oczu niekontrolowane dreszcze przedzierają się przez moje ciało.
-Obawiam się, że chyba nawet to nie pomoże- tym razem to ja się śmieję, a Peeta po chwili mi wtóruje. Kolejny raz w przeciągu jednego dnia unoszę w górę kąciki ust. Zauważam niezwykły postęp. Jak dotąd byłam zamknięta w sobie, mój mąż zresztą także. Kolejny raz obiecuję sobie, że już nigdy nie będę tak marnować dni. Na strachu i obawach. I tym razem tej obietnicy postaram się nie złamać.
Przykłada swoje czoło do mojego. Nasze oddechy mieszają się ze sobą, a ja mam wrażenie wyróżnienia mogąc wdychać powietrze, którym oddycha Peeta. Lekko trącam nosem jego policzek, co zwykle robię, gdy dreszcze przejmują kontrolę nad moim ciałem przy styczności z Peetą. Już chcę zbliżyć swoje usta do jego, gdy mi przerywa:
-Zgadzasz się?- pyta z ekscytacją w oczach. Ogniki tańczące w jego błękitnych tęczówkach zdradzają, jakie to dla niego ważne- Żebym dalej prowadził piekarnię ojca?
Zatrzymuję wargi dosłownie parę centymetrów od jego. Nawet nie mogłabym pokręcić głową, a co dopiero się nie zgodzić. Peeta zanim zacznie pracę w piekarni chce się upewnić, czy aby nie mam nic przeciwko. Nie chciałabym, żeby rezygnował z wszystkiego, co mi się nie podoba, dlatego bez wahania potakuję głową. Nie mogłabym zrujnować jego pasji, co do pieczenia różnorodnych przysmaków i tym samym malować uśmiech na twarzach klientów. Nieraz miałam okazję się przekonać, jak pyszne są specjały Peety.
Godzę się nawet z myślą, że nie będzie go przez większość dnia. Ale przecież sam wspomniał, że mogę mu pomagać, jeśli zechcę. Poza tym mam do towarzystwa jeszcze Johannę, Annie oraz Finn’a, a z nimi nie sposób się nudzić. Mam nadzieję, że nie będzie mi tak brakować jego ciepłych ramion i kojącego głosu w ciągu dnia.
-Zapomniałbym o najważniejszym- przypomina sobie i momentalnie odrywa swoje usta od moich. Spoglądam na niego spode łba, ale on mnie skrzętnie ignoruje. Nie zwraca nawet uwagi na moje lekko zirytowane westchnięcie. Wyciąga spod lady małe zawiniątko i wkłada je w moje dłonie. Ostrożnie je rozpakowuję, a po chwili przed moimi oczami ukazuje się nasze zdjęcie ze ślubu, średniej wielkości oprawione w mahoniową ramkę.
-Zawsze potrafisz mnie zaskoczyć- wzdycham, wpatrując się w fotografię. Jesteśmy na niej uśmiechnięci, pełni radości. Chyba nikt nie pomyślałby, że nie tak dawno braliśmy udział w Igrzyskach. Wyglądamy na szczęśliwych i tacy naprawdę byliśmy. Przytuleni do siebie, Peeta w swoim garniturze, ja zaś w pięknej sukni, która na wywiadzie z Ceasarem zmieniła się w Kosogłosa. Nigdy nie zapomnę tego cudownego dnia.
-Mógłbym ją powiesić, pani Mellark?- jego figlarny uśmieszek przykuwa moją uwagę. Posłusznie oddaję fotografię, a Peeta po chwili wiesza ją na jednej ze ścian piekarni. Pięknie się prezentuje i podkreśla szyld piekarni- „U Katniss i Peety”. Chodź mój mąż pewnie będzie przebywał tutaj zdecydowanie częściej.
-Jednak ocalało więcej zdjęć ze ślubu- zauważam, wciąż wlepiając wzrok w obrazek. Wydaje mi się, że niezwykle pasuje do koloru ścian.
-To jeszcze nie koniec niespodzianek.
-W domu też mamy tą fotografię?- strzelam, podchodząc do Peety i kładąc głowę na jego ramieniu.
-I wszystko zepsułaś…- mówi, spuszczając głowę- Tak, większe i wisi nad naszym łóżkiem. Haymitch miał mnie wyręczyć pod naszą nieobecność.
-Jesteś kochany- szepczę, pozwalając, by jego usta znów zapanowały nad moimi. Jak już wspominałam, będą to dla mnie pamiętne walentynki. Tyle razy uśmiech przejmował moją twarz podczas jednego dnia, że w ciągu tego miesiąca nawet połowy z tego nie byłam świadkiem. Peeta w dodatku nie odetnie się już ode mnie, ani ja od niego. Musimy jakoś przetrwać nadchodzące dni, a najlepszą podporą dla siebie jesteśmy my nawzajem. Musimy chronić się nawzajem. Zawsze.
Jestem pod wrażeniem, bo napisałam ten rozdział w ciągu jednego dnia i w dodatku zajęło mi to dokładnie 10 godzin... a i tak nie jestem z niego zadowolona :/
Wiem też, że się na mnie fochnęliście. Pewnie za to, że poprzednią notkę dodałam z ogromnym opóźnieniem. Jeszcze raz przepraszam, ale mam okropny zapiernicz w szkole, w dodatku rodzice grożą mi, że odetną mi internet xD Poza tym mam też swoje życie prywatne i niekiedy naprawdę trudno jest mi napisać rozdział z powodu braku weny i czasu.
No i pod ostatnią notką były 3 komentarze... 3? Serio? Nie mam do was pretensji, ale wiem, że stać was na więcej. Poza tym blog ma coraz więcej wyświetleń (nawet około 100 dziennie) ale liczba komentarzy wciąż pozostaje stała. Nie wstydźcie się, ja po prostu chciałabym poznać waszą opinię :3 Poza tym nie ukrywam, że wasze komentarze są dla mnie niezwykle cenne i motywują do kolejnych notek <3
Mam nadzieję, że tym razem się postaracie ^^
Kocham Was ;*
K. G.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Czuję zimne krople na policzkach, mieszające się z resztkami moich łez. Nie mam nawet siły, by podnieść rękę zaledwie na parę centymetrów i oczyścić moją twarz z kurzu, potu i innych lepkich substancji. W tym momencie drzewo, o które jestem oparta plecami wydaje się niezwykle wygodne. Nie zwracam uwagi na kałuży błota wokół mnie. Przez dziury w brudnych ubraniach dostaje się zimny wiatr, który tylko pobudza moje zmarznięte ciało. Raz za razem głowa opada mi na ramię, domagając się w taki sposób chodź chwili snu. Nie mogę spać. Wtedy moje powieki już się nie podniosą i zapadnę w sen trwający wieczność…
Zawiodłam je. Zawiodłam mamę, a przede wszystkim Prim. Obiecałam, że wrócę chociaż z kawałkiem jedzenia. A tymczasem już nigdy nie zobaczę je na oczy. Wiem, że umieram. Nie da się tego nie zauważyć. Ogarnia mnie dziwne uczucie bezsilności. Nie mogę nic uczynić, żeby moja siostra choć raz w życiu najadła się do syta. Kiedy mój umysł przypomina mi Prim, siedzącą na stoliku w kuchni i czekającą na mnie, moje serce pęka na milion kawałeczków. Jakby ktoś wyrwał je z mojej piersi i roztrzaskał o szklaną podłogę. Albo marmurową. Nigdy nie widziałam tak wykafelkowanych podłóg. Możliwe, że w Pałacu Sprawiedliwości mają podobny wystrój. Ostrożnie stąpając bałabym się potłuc taką wykładzinę. Mogłabym się w niej nawet przejrzeć, gdybym miała ochotę. Prim zapewne z uciechą biegałaby wśród złotych ram obrazów i stołem rozciągającym się na całą salę. Wykwintne potrawy, których nazw nawet nie znam codziennie byłyby nam serwowane. Siostra zajadałaby się kurczakiem z rożna, odpowiednio doprawionym i polanym sosem. Widzę ją wlepiającą we mnie spojrzenie wypełnione uśmiechem, gdy po brodzie spływa jej kropelka tłuszczu od mięsa.
Potrząsam głową, by oczyścić umysł ze zbędnych marzeń. To nigdy nie będzie miało miejsca. Nigdy nie będziemy żyć, tak jak ludzie z Kapitolu, czy nawet spoza Złożyska. Nie powinnam wyobrażać sobie tych wszelkich potraw i szczęśliwej Prim. Już dawno przekonałam się, że marzenia to nic dobrego. Dają nam wyobrażenie czegoś, czego pragniemy ponad życie, a później rzeczywistość uderza cię w twarz, przypominając, że to wszystko i tak nigdy nie będzie miało miejsca.
Z trudnością moja klatka piersiowa unosi się i opada. Moje nieobecne spojrzenie spod na wpół przymkniętych powiek obserwuje mijających mnie mieszkańców Dwunastki. Nikt nawet nie omota mnie obojętnym wzrokiem, a co tu dopiero mówić o jakiejkolwiek pomocy. Po prostu umierające dzieci na ulicach w naszym Dystrykcie są widziane na porządku dziennym. Nikogo nie ruszają drobne zwłoki pod budynkami, czy na ulicach.
Jeśli mam umrzeć, chcę zapamiętać Prim jako śliczną, uśmiechniętą siostrę. Wyobrażam ją sobie, tańczącą na Łące z wiankiem kwiatów na głowie. Jej śmiech dźwięczy mi w uszach, a ja wiem, że teraz mogę umierać…
Trzask zamykanych drzwi sprawia, że od razu się wzdrygam. Otwieram oczy i powoli przenoszę spojrzenie w kierunku dźwięku. Brzęk dzwonka u wejścia do piekarni, stojącej tuż obok drzewa a następnie głuche uderzenie. Przez myśl przechodzi mi, że właściciel piekarni przyjdzie mnie przepłoszyć, ale po chwili zauważam chłopaka w pasie przepasanego białym fartuchem. Jego przenikliwie błękitne oczy zauważają moją drobną sylwetkę, kulącą się po drzewem. Moją uwagę przykuwają dwa czerstwe bochenki chleba, spoczywające w jego dłoniach. Pierwszą moją myślą jest, że wykarmiłabym nimi moją rodzinę przez co najmniej tydzień.
Wtem chłopak zostaje popchnięty w moim kierunku, ale nadal znajduje się w bezpiecznej odległości od drzewa. Zza jego pleców wyłania się kobieta w spiętych włosach. Wygląda na zdenerwowaną. Rzuca w kierunku chłopaka parę wyzwisk, ale mój umysł już nie rejestruje, jakiej są treści. Jego matka na koniec uderza otwartą dłonią policzek blondyna, a następnie znika w drzwiach piekarni. Wzdrygam się, gdy zauważam czerwony i dobrze widoczny ślad na twarzy chłopaka. Patrzy na mnie przez chwilę, jakby się nad czymś zastanawiał, wciąż trzymając bochenki w rękach. Od samego patrzenia na chleb mój głód przybiera na sile do tego stopnia, że muszę odwrócić wzrok, przymykając oczy. Jestem przemoczona, zmarznięta, osłabiona, głodna, więc niech mnie chociaż nie kusi tymi dwoma przypieczonymi bochenkami.
Już prawie godzę się z opcją nieuchronnej śmierci, gdy tuż przy moich stopach rozlega się plusk. Czy ja nawet nie mogę umrzeć w spokoju?
To, co zauważam na ziemi wśród błota sprawia, że moje serce na chwilę zabiło szybciej. Dwa duże bochenki chleba leżą u moich stóp. Wlepiam w nie swój wzrok z niedowierzaniem, po czym odruchowo spoglądam w stronę piekarni. Chłopak zatrzymał się na chwilę w drzwiach, dając mi do zrozumienia wzrokiem, że mam je wziąć. Z otwartymi lekko ustami pełznę na czworaka, by podnieść bochny, cały czas patrząc na blondyna. Podnoszę chleb, natychmiast czując jego charakterystyczną woń i chrupkość. Nie mogę uwierzyć, że trzymam je w dłoni. Jeszcze raz spojrzeniem omiatam piekarnię, ale jego tam już nie ma. Nie wiem, jak w takiej sytuacji powinnam się zachować. Podziękować chłopakowi, chyba jestem mu w jakiś sposób dłużna, ale w tej chwili moje myśli zaprząta Prim. Jej uśmiech, który zastanę w domu. Nie zawiodę jej i tego się trzymam.
Wiem już, że jestem zobowiązana blondynowi i w głębi duszy czuję, że nie jest to nasze ostatnie spotkanie. Zawdzięczam mu swoje życie i mojej rodziny również. W duchu dziękuję mu za te dwa bochenki, które chowam pod bluzkę. Lecz jego przenikliwie błękitne oczy wciąż nie mogą ulotnić się z mojej pamięci… Bo nie zapomina się twarzy osoby, która była twoją ostatnią nadzieją...
Wspominam ten dzień, gdy stoję tępo przed budynkiem, przy którym parę lat temu niemalże umierałam. Dreszcze przeszywają moje ciało, gdy spoglądam w miejsce, gdzie jeszcze wtedy znajdowało się drzewo, o które się opierałam. No, tak. Po bombardowaniu w Dwunastce nic nie ocalało, a tym bardziej taka stara jabłoń.
Nie przychodziłam prawie w to miejsce po tym, jak Peeta ocalił mi życie. Miałam świadomość, że jestem jego dłużniczką i już zawsze będę. Jedynie mijałam piekarnię w drodze do szkoły. Nieumyślnie zawsze spoglądałam w okna, by dostrzec chociaż blond czuprynę chłopaka.
Teraz budynek wygląda prawie identycznie. Jest jedynie odnowiony, na zewnątrz pomalowany białą farbą. Ganek zapamiętałam taki sam. W tym miejscu policzek Peety przyjął ciężki cios od matki za przypalenie chleba. Dla mnie.
Jednak gdy przeniosę wzrok nieco w górę, nad zadaszenie, kąciki moich ust znacznie się unoszą. Ogromny szyld wiszący przed moimi oczami z pomarańczowym napisem na zielonym tle.
„U Katniss i Peety”
-Chcesz zobaczyć wnętrze?- głos blondyna sprowadza mnie na ziemię. Przenoszę na niego mój rozkojarzony wzrok i posłusznie kiwam głową. Widzę dumę wymalowaną na jego twarzy. Rumieńce na policzkach tylko utwierdzają mnie w przekonaniu, że już wie, jaką zrobił mi nieprzewidywalną niespodziankę. Naprawdę nie spodziewałam się, że znów w tym samym miejscu stanie piekarnia i to jeszcze z moim imieniem na szyldzie.
Wchodzimy do środka. Ściany wnętrza są koloru łagodnej pomarańczy. Dokładnie omiatam wzrokiem każdy kąt. Przy drzwiach, pod ścianą ustawionych jest kilka stolików z krzesłami. Pewnie dla klientów, chcących spożyć wypieków Peety na miejscu. Nieco w głębi znajduje się blat z kasą, a za nią lady, przypuszczam że czekające na pożywienie. Dostrzegam jeszcze zaplecze, gdzie znajduję się pojedyncze piece do pieczenia oraz składniki do ciast.
-I jak ci się podoba?- czuję dłoń Peety na moim ramieniu. Odwracam się i spoglądam mu w oczy. Widzę w nich dumę wymieszaną z oczekiwaniem na moją odpowiedź. Kiedy przeszywa mnie wzrokiem, niczym strzałą, lekko się rumienię, spuszczając wzrok.
-Tu jest pięknie- wzdycham. Nie wiem, co powiedzieć, a nigdy nie byłam wykwintna w ocenianiu. Peeta doskonale o tym wie, więc taka odpowiedź go satysfakcjonuje- Kiedy ją odbudowałeś?
-Gdy byliśmy w Kapitolu wynająłem robotników, którzy wybudowali szpital. Zanim wróciliśmy piekarnia była gotowa, a ja ją tylko pomalowałem i umeblowałem. Nic wielkiego- wyjaśnia, wzruszając ramionami- Jest nasza. Chciałbym dokończyć interes ojca. Nie mógłbym tak po prostu go zawieźć i zapomnieć o miejscu, gdzie spędzałem prawie cały dzień. W końcu nie na darmo uczył mnie piec. Wiesz o co mi chodzi?
-Tak, tylko że jest mały problem.
-Jaki?- dziwi, unosząc brwi i obejmując mnie w talii, tym samym przybliżając się do mnie.
-Jedyne, co potrafię przyrządzić to wodę. A i tak niekiedy ją przypalę. Więc wiesz… nie ukrywajmy, że naprawdę marna ze mnie kuchareczka- stwierdzam, a Peeta śmieje się z dezaprobatą, kręcąc głową.
-Jeśli chcesz, mogę cię nauczyć- proponuje, powracając wzrokiem na moje usta. Pod naciskiem jego oczu niekontrolowane dreszcze przedzierają się przez moje ciało.
-Obawiam się, że chyba nawet to nie pomoże- tym razem to ja się śmieję, a Peeta po chwili mi wtóruje. Kolejny raz w przeciągu jednego dnia unoszę w górę kąciki ust. Zauważam niezwykły postęp. Jak dotąd byłam zamknięta w sobie, mój mąż zresztą także. Kolejny raz obiecuję sobie, że już nigdy nie będę tak marnować dni. Na strachu i obawach. I tym razem tej obietnicy postaram się nie złamać.
Przykłada swoje czoło do mojego. Nasze oddechy mieszają się ze sobą, a ja mam wrażenie wyróżnienia mogąc wdychać powietrze, którym oddycha Peeta. Lekko trącam nosem jego policzek, co zwykle robię, gdy dreszcze przejmują kontrolę nad moim ciałem przy styczności z Peetą. Już chcę zbliżyć swoje usta do jego, gdy mi przerywa:
-Zgadzasz się?- pyta z ekscytacją w oczach. Ogniki tańczące w jego błękitnych tęczówkach zdradzają, jakie to dla niego ważne- Żebym dalej prowadził piekarnię ojca?
Zatrzymuję wargi dosłownie parę centymetrów od jego. Nawet nie mogłabym pokręcić głową, a co dopiero się nie zgodzić. Peeta zanim zacznie pracę w piekarni chce się upewnić, czy aby nie mam nic przeciwko. Nie chciałabym, żeby rezygnował z wszystkiego, co mi się nie podoba, dlatego bez wahania potakuję głową. Nie mogłabym zrujnować jego pasji, co do pieczenia różnorodnych przysmaków i tym samym malować uśmiech na twarzach klientów. Nieraz miałam okazję się przekonać, jak pyszne są specjały Peety.
Godzę się nawet z myślą, że nie będzie go przez większość dnia. Ale przecież sam wspomniał, że mogę mu pomagać, jeśli zechcę. Poza tym mam do towarzystwa jeszcze Johannę, Annie oraz Finn’a, a z nimi nie sposób się nudzić. Mam nadzieję, że nie będzie mi tak brakować jego ciepłych ramion i kojącego głosu w ciągu dnia.
-Zapomniałbym o najważniejszym- przypomina sobie i momentalnie odrywa swoje usta od moich. Spoglądam na niego spode łba, ale on mnie skrzętnie ignoruje. Nie zwraca nawet uwagi na moje lekko zirytowane westchnięcie. Wyciąga spod lady małe zawiniątko i wkłada je w moje dłonie. Ostrożnie je rozpakowuję, a po chwili przed moimi oczami ukazuje się nasze zdjęcie ze ślubu, średniej wielkości oprawione w mahoniową ramkę.
-Zawsze potrafisz mnie zaskoczyć- wzdycham, wpatrując się w fotografię. Jesteśmy na niej uśmiechnięci, pełni radości. Chyba nikt nie pomyślałby, że nie tak dawno braliśmy udział w Igrzyskach. Wyglądamy na szczęśliwych i tacy naprawdę byliśmy. Przytuleni do siebie, Peeta w swoim garniturze, ja zaś w pięknej sukni, która na wywiadzie z Ceasarem zmieniła się w Kosogłosa. Nigdy nie zapomnę tego cudownego dnia.
-Mógłbym ją powiesić, pani Mellark?- jego figlarny uśmieszek przykuwa moją uwagę. Posłusznie oddaję fotografię, a Peeta po chwili wiesza ją na jednej ze ścian piekarni. Pięknie się prezentuje i podkreśla szyld piekarni- „U Katniss i Peety”. Chodź mój mąż pewnie będzie przebywał tutaj zdecydowanie częściej.
-Jednak ocalało więcej zdjęć ze ślubu- zauważam, wciąż wlepiając wzrok w obrazek. Wydaje mi się, że niezwykle pasuje do koloru ścian.
-To jeszcze nie koniec niespodzianek.
-W domu też mamy tą fotografię?- strzelam, podchodząc do Peety i kładąc głowę na jego ramieniu.
-I wszystko zepsułaś…- mówi, spuszczając głowę- Tak, większe i wisi nad naszym łóżkiem. Haymitch miał mnie wyręczyć pod naszą nieobecność.
-Jesteś kochany- szepczę, pozwalając, by jego usta znów zapanowały nad moimi. Jak już wspominałam, będą to dla mnie pamiętne walentynki. Tyle razy uśmiech przejmował moją twarz podczas jednego dnia, że w ciągu tego miesiąca nawet połowy z tego nie byłam świadkiem. Peeta w dodatku nie odetnie się już ode mnie, ani ja od niego. Musimy jakoś przetrwać nadchodzące dni, a najlepszą podporą dla siebie jesteśmy my nawzajem. Musimy chronić się nawzajem. Zawsze.
czwartek, 19 marca 2015
32. "Badanie kontrolne"
Witajcie po potwornie długiej przerwie, za którą tradycyjnie przepraszam.
Jeszcze nigdy nie było mi tak trudno napisać jeden rozdział. Zarywałam noce i poranki, żeby tylko go napisać i żebyście się na mnie nie obrazili :c Wiem, że notka jest beznadziejna, ale chciałam już coś napisać. Wena sobie ode mnie poszła i nie wiem, kiedy wróci. Jeszcze raz was przepraszam za to, że tak długo musieliście czekać. Nawet się nie zdziwię, jeśli w ogóle pod tą notką nie będzie komentarzy, ale proszę was chociaż o parę i szczere opinie <3
Chciałam was jeszcze spytać, czy chcielibyście kiedyś taki rozdział z oczu Peety? :3
+ przez mojego aska - @Maddy33272 mogę powiadamiać was o nowych notkach. Jeśli ktoś chce, wystarczy dać znać ;*
Pozdrawiam, zapraszam do czytania i komentowania <3 Kocham was <3
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Ostatnie wydarzenia uświadomiły mi jedno. Jestem ograniczona przez strach. Uwięziona w murach, które zbudowałam własnymi rękoma. Nie potrafię zrobić kroku bez zbędnych obaw. Stałam się wrażliwsza. Prawie codziennie muszę uronić chodź jedną łzę.
Nie chciałam tego wszystkiego. Nie chciałam takiego życia. Chciałam tylko jakoś przeżyć. Ochronić moją rodzinę, mamę i Prim. Zapewnić im godny byt, żeby nie musiały już nigdy więcej martwić się o dalsze dni. Później nastąpiły Igrzyska. Musiałam być silna, tylko dla nich. Przyrzekłam sobie, że wygram, ale gdybym wiedziała, że moje życie aż tak się zmieni, nie wiem, czy bym do tego dążyła. Może gdyby ktoś wbił mi nóż w plecy, Prim nadal by żyła? Jeśli tylko Peeta przeżyłby to barbarzyńskie show, nie nastałaby rewolucja, nie zginęłoby tyle niewinnych osób. Nieraz naprawdę żałuję, że wyciągnęłam te cholerne jagody.
Dlaczego moje życie aż tak się zmieniło? Czy nie mogło być tak, jak jest? Polowania przecież nie były najgorsze. Satysfakcja z upolowanej zwierzyny była najlepszym uczuciem, jakie wtedy odczuwałam. Do tego widok Prim zajadającej się, na przykład królikiem był nie do opisania. Przyznaję, że nie było nam łatwo. Codziennie musiałam zapewnić rodzinie wyżywienie i praktycznie nie miałam czasu na własne „zachcianki”. Chociaż z czasem polowania zaczęłam uznawać za moje takie nietypowe hobby. Przypuszczam, że żadną moją rówieśniczkę ze szkoły nie interesowały tego typu zajęcia, ale ja byłam jednak nieco inna. W lesie wreszcie mogłam poczuć się sobą i robić to, co naprawdę sprawia mi przyjemność.
Minął dokładnie miesiąc od incydentu z naszym starym domem. Całe 30 dni żyłam zamknięta w strachu. Z przerażeniem reagowałam na jakikolwiek cień i odgłos w obrębie mojego otoczenia. W swoich snach widziałam tylko jego drwiący uśmiech i moją własną krew. Lecz silne ramiona Peety zawsze były w pobliżu, gotowe ukoić mój paraliżujący lęk. Gdy nawet to nie pomagało, jego usta okazywały się dotychczas najlepszym lekarstwem.
Od jakiegoś czasu jednak zauważyłam, że nawet Peeta bardzo się zmienił. Tak, jak ja stał się czujniejszy, a mnie trzyma pod kluczem. Oczywiście nie w dosłownym znaczeniu. Po prostu nie spuszcza mnie z oka, co jest częstym powodem naszych kłótni. Mam wrażenie, że powoli zaczynamy się od siebie oddalać. On zamknięty jest w swoim świecie, a ja w swoim. Żadne nie chce wpuścić drugiego do tej własnej rzeczywistości, która dzieje się wokół niego. Zazwyczaj wieczorami i późnymi nocami wymieniamy się zdaniami i namiętnymi, choć jak na mój gust krótkimi pocałunkami, za którymi tak tęsknię. Lecz nie tylko za tym. Tęsknię za Peetą. Za jego błękitnymi oczami, w które mogłabym wpatrywać się całą wieczność. Za jego pieczeniem w kuchni i zapachem, jaki rozchodził się po domu, przypominając mi, że mam dla kogo żyć. Teraz już tego nie doświadczam. Nie wiem, dlaczego te relacje między nami aż tak się zmieniły. Peeta czasem nawet woli niektóre noce przespać na kanapie w salonie, niż ze mną w łóżku. Wówczas ja nie potrafię spokojnie zasnąć bez chociażby dotyku jego ciepłej dłoni i świadomości, że on jest tuż przy mnie. Domyślam się, że Peeta także w takie noce nie śpi spokojnie, a najgorsze jest to, że nie wiem, co robię nie tak.
Lecz w ciągu ostatnich kilku dni ta wielka przepaść między nami zdążyła się nieco zapełnić. Rozmawiamy już chyba dosyć normalnie, a niekiedy nawet żartujemy, więc wszystko zmierza ku lepszej drodze. A przynajmniej mam taką nadzieję.
Lecz jego nadopiekuńczość wciąż doprowadza mnie do szewskiej pasji. Zabronił mi sprzątać, schylać się, przemęczać, a przede wszystkim strzelać z łuku. Nad ostatnim ubolewam najbardziej. Praktycznie nie pozostały mi już żadne interesujące zajęcia. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz trzymałam łuk w dłoni. Chyba nawet jeszcze przed ślubem z Peetą. Później zaszłam w ciążę, która pokrzyżowała mi plany, ale jednak Willow wszystko mi rekompensuje. Dzięki niej mogę pozytywniej patrzeć na świat. Mam wrażenie, że jednak życie nie jest aż takie okrutne. Gdy czuję jej ruchy mogłabym pozbyć się łuku ze wszystkimi strzałami. Tak bardzo ją kocham.
Prawie codziennie od południa do późnego wieczora Peeta z Haymitchem remontują nasz nowy dom. Niekiedy do malowania ścian dołącza się Enobaria z Johanną. Ja też próbowałam jakoś im pomóc, ale Peeta od razu skutecznie mnie odciągał. Nie ukrywam, że zazwyczaj pocałunkami, obiecując, że wieczorem dostanę ich więcej. W takim układzie najczęściej szłam do Annie i Finn’a. Zajmowałam się chłopcem, kiedy jego mama wychodziła na Ćwiek. Przyznaję, że opieka nad dzieckiem nie jest łatwa. Finn zazwyczaj śpi, albo płacze, co jest wielkim utrapieniem, ale powoli muszę się przyzwyczajać. Dokładnie za 5 miesięcy w naszym domu będzie panował identyczny hałas. Kiedy w końcu zdołam uspokoić chłopca na tyle, żeby zaczął się do mnie uśmiechać, oczywiście jego ulubionym zajęciem jest ciągnięcie mnie za warkocz, więc kiedy podchodzę do niego zawsze rozpuszczam włosy. Lecz gdy jest w dobrym humorze nawet to nie pomaga. Chwyta swoim malutkimi rączkami kępkę moich włosów i nie puszcza dopóki nie wydam z siebie jęków bólu, które od razu go bawią.
Pomimo tych różnych przykrości, których jest on powodem, Finn to cudownym chłopiec. Rośnie, jak na drożdżach, a w dodatku jest tak podobny do Finnicka, że mogłabym powiedzieć, że jest jego mniejszą kopią. Identyczne oczka, o kolorze morskiej zieleni zawsze spoglądają na mnie z tą samą ironią, co jego tata, albo przynajmniej tak mi się zdaje. Czasem, kiedy obserwuję Finn’a, wydaje mi się, że to naprawdę ten prawdziwy Finnick. Wtedy do mojego umysłu wdzierają się te wszystkie przerażające obrazy, przed którymi pragnę uciec jak najdalej. Ciało Odair’a rozdzierane na strzępy przez te ohydne bestie. Przypomina mi się moja bezradność i obserwowanie, jak on powoli umiera. Nie mogłam się ruszyć, zapłakać, ani krzyknąć. Ogromny ból i strach sparaliżował moje ciało. Nie potrafiłam nawet nabrać powietrza do płuc. Wpadłam w amok, z którego dopiero później wyratował mnie Peeta i jego przebłyski wspomnień.
Do tej pory obwiniam się za śmierć Finnicka, a jego syn na dodatek tak bardzo mi go przypomina. Zresztą nie tylko mi. Widzę, jak Annie spogląda na Finn’a. Gdybym tylko mogła wynagrodzić im jakoś tą śmierć… Ale wiem, że bliskość człowieka, którego się kocha nie da się zastąpić żadną materialną rzeczą.
Niekiedy, gdy Finn płacze, ja robię to razem z nim. W takich momentach jestem całkiem bezsilna, ale nie wiem do końca, dlaczego te nieznośne łzy spływają po moich policzkach. Nie mam pojęcia, jak Annie może przebywać z chłopcem, który jest tak podobny do miłości jej życia i jeszcze nie załamać się psychicznie. Naprawdę nie mam pojęcia…
Dziś Haymitch razem z Peetą kończą remontować nasz dom. W miarę szybko wyrobili się z meblami i farbami. Pokoje wyglądają prawie identycznie, jak w naszym starym domu. Jedynie bardziej podoba mi się sypialnia, a konkretniej ściany. Pomalowane są umiarkowaną zielenią, przeplataną z pomarańczowym, jak zachód słońca. Najlepsze jest to, że malowaliśmy je wspólnie, Peeta i ja. Tylko my. O dziwo jakimś cudem wyraził zgodę, żebym się do niego dołączyła. Teraz sypialnia jest o wiele bardziej przytulniejsza, co daje niesamowity efekt.
Czuję przelotny dotyk na moich ustach, od którego nieruchomieję. Nie mam najmniejszego zamiaru otwierać jeszcze oczu. Co to, to nie. Połowę dzisiejszej nocy przesiedziałam w kuchni, podkradając jedzenie z lodówki. Głód nie dawał mi spokoju nawet po trzech bezsprzecznie pysznych bułkach z serem. Dopiero Peeta gdzieś około czwartej nad ranem zapędził mnie z powrotem do łóżka. Od pewnego czasu zaczynam miewać ogromnie wilczy apetyt, co sprawia, że blondyn musi piec co najmniej pięć bułek na dzień. W dodatku pilnuje, żebym nie próbowała podjadać w nocy, bo to w jakimś stopniu źle wpływa na organizm. Według mnie to bzdury, ale nie zamierzam wykłócać się z nim o to i przy okazji postawić na nogi połowę dystryktu. Nie mam na to ani ochoty, ani siły.
Po raz kolejny czuję dotyk na moich ustach, ale znacznie dłuższy i namiętniejszy. Udaję, że w ogóle mnie on nie rusza i próbuję dalej choć na minutę zapaść w sen. Nie mogę powstrzymać uśmiechu, który dobrowolnie wkrada się na moje usta. Czy ja zawsze muszę reagować w taki sposób na wszystko, co ma związek z Peetą?
Wtem do rzeczywistości brutalnie przywraca mnie Willow, najwyraźniej niezadowolona, że tak ignoruję jej tatę. Zwijam się w pół z jękiem, który mimochodem wyrywa się z moich ust. Na sekundę się krzywię, ale po chwili jednak drobny uśmiech pojawia się na mojej twarzy. Powoli zaczynam przyzwyczajać się do takich wybryków mojej córki.
Wzrok kieruję ku Peecie, który nie wiem z jakich przyczyn cały pobladł na twarzy. Spojrzeniem gorączkowo wyszukuje w moich oczach potwierdzenia, czy wszystko w porządku.
-Willow ostatnio coś często robi mi takie niespodzianki- wyjaśniam i dopiero teraz zauważam na kolanach Peety srebrną tacę z jedzeniem i czerwoną różą w małym wazoniku, więc po chwili dodaję:- I zdecydowanie ma to po tacie- robię krótką przerwę, podczas której mogę napawać się szczerym uśmiechem męża. Widzę, że samo wspomnienie o nim, jako o ojcu sprawia, że na jego twarzy pojawia się nieskazitelnie szczęście. W takich chwilach, gdybym nie wiedziała, ile przeżył okrucieństw i bolesnych momentów, mogłabym przysiąc, że jest najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Natomiast ja odczuwam coś na znak spełnienia. Mogę zrekompensować mu te wszystkie dni, w których go raniłam i odpychałam, budując wokół siebie niewidzialny mór, żeby tylko go ode mnie odseparować. Przeze mnie trafił do Kapitolu, gdzie był okrutnie torturowany i przeze mnie jego cała rodzina zginęła, ale teraz mogę mu to wszystko wynagrodzić, chociaż wiem, że nic nie zrekompensuje tej straty. Przynajmniej mogę sprawić, że będzie najlepszym tatą na świecie.
-Z jakiej to okazji?- pytam, wpatrzona w tacę, na której starannie ułożone jest śniadanie. Idealnie przyrządzony omlet, obok którego leży garść jagód. Do tego bułki serowe, minimalnie przypieczone, takie jak lubię i suszone śliwki na sąsiadujących talerzach. Jako napój zaserwował sok jabłkowy, a ja staram się nie wyglądać, jak wygłodniały wilk i nie rzucić się na te wszystkie wspaniałe potrawy. Zastanawiam się, skąd Peeta wziął śliwki i jagody o tej porze roku, ale po chwili nie zawracam sobie tym głowy, gdy blondyn bez słowa podaje mi śniadanie. Dyskretnie ocieram wierzchem dłoni ślinę z kącika ust.
-Wszystkiego najlepszego- mówi Peeta zalotnym tonem i sprawia, że momentalnie zapominam o jedzeniu, spoglądając na niego rozkojarzonym wzrokiem.
Wszystkiego najlepszego?
O ile dobrze pamiętam, nie mam dziś urodzin. Będę je obchodzić dopiero za trzy miesiące, a jednak słowa Peety zbijają mnie z tropu. W jakich jeszcze okolicznościach składa się tego typu życzenia? Dopiero teraz uświadamiam sobie, jaki dziś dzień…
-Walentynki- bardziej jest to pytanie, niż stwierdzenie. Nigdy nie obchodziłam tego dnia, tym bardziej, że nie miałam z kim. Pamiętam, że jedynie tata wstawał wcześnie rano, by nazbierać najróżniejszych kolorowych kwiatów na bukiet dla mamy. Natomiast Prim i ja dostawałyśmy po różowym tulipanie oraz całusie. W Walentynki rodzice zakochiwali się w sobie od nowa. Może miałam dopiero około dziesięciu lat, ale widziałam, że patrzyli na siebie tak, jakby dopiero pierwszy raz się spotkali. Cały czas na ich twarzach gościły uśmiechy. Tata co chwilę szeptał coś mamie na ucho, a ta odpowiadała mu śmiechem. Tak, ten dzień zdecydowanie należał do nich i ich miłości, lecz później stał się jednym z najboleśniejszych w całym roku. W wazonie na stole nie widniały już różowe tulipany, ani bukiet kwiatów. W domu nie roznosił się wesoły śmiech mamy. Zastąpił go głęboki szloch, wypełniony bólem…
-Nie jestem pewna, czy w Walentynki życzy się wszystkiego najlepszego- zauważam nieco kąśliwie, ale Peeta chyba nie bierze tego do siebie zbyt poważnie. Uśmiecha się, przeczesując dłonią włosy, które natychmiast posłusznie się układają. Decyduję się na zestawienie tacy ze śniadaniem z kolan na pustą część łóżka obok mnie. Głód może odrobinę poczekać. Wyślizguję się spod kołdry i zajmuję miejsce na kolanach męża. Chyba spodziewał się, że tak postąpię, bo od razu zamyka mnie w ciepłym uścisku. Opieram swoje czoło o jego, a nasze oddechy mieszają się ze sobą. Wdycham jego przyjemny zapach. Pachnie szamponem po rannym prysznicu, wymieszanym z tym charakterystycznym zapachem Peety Mellarka. Dotychczas jeszcze nie udało mi się rozszyfrować, czym pachnie mój mąż. Ale dla mnie pachnie domem. Moim jedynym domem, do którego zawsze mam ochotę powrócić.
Zaczynam jako pierwsza. Delikatnie, niemal niezauważalnie przesuwam wargami po jego ustach. Znajomy dreszcz powraca na moje ciało, niczym bumerang. Wiem, że Peecie na razie nie wystarczą tylko takie pojedyncze, lekkie pocałunki. Nie chce po prostu naciskać, wywołać na mnie presji. Nie należy do facetów, którzy całą przyjemność zostawiają dla siebie. Zawsze bierze moje szczęście ponad swoje i liczy się z moim zdaniem. Dlatego dostanie to, na co tak wyczekuje. Niespodziewanie wpijam się mocniej w jego wargi. Na początku zawsze wydaje być się niepewny, ale gdy moja lewa dłoń wędruje po jego umięśnionych ramionach i przeczesuje jego blond włosy. Teraz staje się pewniejszy i rękoma błądzi po moich plecach, jakby chciał nauczyć się ich na pamięć. Przymykam oczy, gdy przygryza moją dolną wargę, a z mojego gardła, jak zwykle wydobywa się przeciągły jęk. Muszę zacząć na tym panować, bo Peeta zawsze w takich chwilach wydaje mi się zakłopotany, albo jeszcze bardziej podniecony. Ewentualnie jedno i drugie.
Jeszcze nigdy żadne Walentynki w moim życiu nie rozpoczynały się tak szczęśliwie. Każdy dotyk Peety napawa mnie nowym szczęściem. Gdy nasze pojedyncze części ubrań leżą bezczynnie w różnych częściach pokoju, a blondyn zaczyna znów dobierać się do mojej szyi, uświadamiam sobie, że jednak potrafię żyć bez strachu. Bez obawy o życie własne i najbliższych. Jak dobrze znów czuć własny uśmiech na twarzy. Przerażający lęk, który gnieździł się w moim sercu przez ostatnie kilka tygodni ulotnił się i nie pozostało po nim najmniejszego śladu. Przysięgam sobie, że Gale już nigdy więcej nie wkradnie się do mojego życia, ani świadomości, zastraszając najróżniejszymi metodami. Nie mogę żyć w ciągłym strachu. To tak, jakbym już umarła. A ja nie mogę umrzeć. Mam Peetę, który tak łatwo się nie podda. Gdy przyjdzie taka potrzeba, ochroni mnie przed przeznaczeniem, które nie tak dawno zacieśniało wokół mnie swoje pazury. Muszę być silna i zrobię to dla Willow. Kocham ją i nie pozwolę, żeby ktokolwiek zrobił jej krzywdę.
Nagle prawie spycham Peetę z siebie na podłogę, kiedy uświadamiam sobie coś ważnego, o czym na śmierć zapomniałam. Mąż tylko wlepia we mnie wzrok pełen dekoncentracji i marszczy brwi.
Walentynki.
Czternasty lutego.
Badanie kontrolne.
-Peeta, dziś badanie!- niemal krzyczę, gdy sobie o tym przypominam. On zaś najpierw nie wie, o co mi chodzi, ale po chwili wytrzeszcza na mnie oczy i szybko zbiera nasze ubrania porozrzucane po całym pokoju i zaczyna z powrotem się ubierać. Na badanie na szczęście nie musimy jechać aż do Kapitolu. Niedawno w okolicach Ćwieku wybudowano nowy szpital. Co prawda zafundowali go wszyscy Zwycięzcy, ale bez tego przecież w Dwunastce w ogóle nie byłoby lekarza. Mama znów powróciła do leczenia w Czwórce, więc praktycznie nie było wyjścia.
Zjadam w mgnieniu oka caluteńki omlet, parę śliwek i popijam sokiem. Gdy wchodzę do łazienki, by umyć się i ubrać, Peeta idzie nakarmić Jaskra. Ten stary kocur jest nieśmiertelny. Mam wrażenie, że przeżyłby nawet koniec świata. Nie chciał przeprowadzić się razem z nami do nowego domu, więc został w starym. Nie dziwię mu się. Tam opiekowała się nim Prim, jego ukochana właścicielka. Natomiast nas raczy odwiedzić tylko w czasie śniadania, obiadu i kolacji. Zdarza się, że czasem sam sobie coś upoluje, ale raczej zrobił się za leniwy na takie zabawy.
Nie biorę prysznica, bo zostało niewiele czasu. Na godzinę jedenastą mieliśmy być umówieni z doktorem Stewartem, który miał przyjechać specjalnie wprost z Kapitolu. Nie okazuję już takiej niechęci do szpitali. Ostatnia wizyta naprawdę na długo zapadła mi w pamięci. Słuchanie, jak bije drobne serduszko Willow wprawiło mnie w otępienie i pierwszy raz poczułam się, jak matka. Nie mogę doczekać się dzisiejszej wizyty, podczas której znów będę mogła wsłuchać się w ten stabilny rytm.
Ubieram dość dużą, czarną bluzkę, którą niedawno dostałam od Annie. O dziwo leży na mnie, jak ulał. Przyzwyczaiłam się do swojej figury i kiedy oglądam się w lustrze nie robi na mnie dużego wrażenia. Jedynie lekko zaczynają boleć mnie plecy, ale to nic w porównaniu do nudności, które towarzyszyły mi na samym początku. To była dopiero udręka.
Splatam włosy w warkocz i delikatnie przejeżdżam mascarą po rzęsach. W normalnych okolicznościach bym tego nie robiła, ale lubię ładnie wyglądać tylko i wyłącznie dla Peety.
Badanie nie było długie, więc nie mogłam za długo rozkoszować się biciem serduszka Willow. Doktorowi Stewartowi nie udało się dotrzeć w porę do Dwunastki, więc przyjęła nas doktor Whitewood. Kobieta wyglądała mi na około trzydzieści parę lat. Jak wszyscy lekarze, starała się być miła, ale wiem, że widziała w nas nie tylko zwykłych mieszkańców Dwunastego Dystryktu. Czułam się niekomfortowo pod naciskiem jej wzroku. Obserwowała każdy mój ruch, jakbym była tykającą bombą zegarową, a przynajmniej takie odniosłam wrażenie. Nie chciałam zbytnio przejmować się jej obecnością, więc skupiłam się na Willow i Peecie, który tak jak przy naszym ostatnim badaniu tryskał szczęściem. Kiedy doktor Whitewood potwierdziła nasze przypuszczenia, co do płci dziecka moje całe ciało wypełniła pozytywna energia. Problemy z Gale’m odstawiłam na bok. Teraz liczyła się tylko Willow. Moja mała córeczka, która przyjdzie na świat 27 sierpnia. Doktor Whitewood następną wizytę wyznaczyła na 1 marca, a ja w duchu dziękuję, że już opuszczamy jej gabinet. Oczywiście kolejne zdjęcie Willow trzymam w dłoni i tak łatwo nie zamierzam się od niego uwolnić. Jest moją nadzieją i pocieszeniem na lepsze jutro.
Przytulam się do Peety, a on otacza mnie ramionami. Nie musi nic mówić, bo wiem, jakie szczęście wypełnia całe jego ciało. Oboje niezmiernie cieszymy się z naszej córki. Na korytarzu, przed gabinetem siedzi jeszcze parę osób, które tępo wlepiają w nas swoje spojrzenia, ale nie przejmujemy się nimi zbytnio. W tej chwili istnieje tylko nasza trójka, z czego dwójkę kocham najbardziej na świecie.
-Dasz się namówić jeszcze na krótki spacer?- Peeta odsuwa się ode mnie na centymetr, a z mojej twarzy nawet na sekundę nie znika uśmiech- Pamiętasz, jak wróciliśmy z Kapitolu i chciałem coś ci pokazać?
-Tak, ale deszcz nam wszystko popsuł, a później Gale i kompletnie zapomniałam o tej twojej niespodziance.
-To chciałabyś się jeszcze raz ze mną tam przejść?- jego oddech przyjemnie owiewa moją twarz i nie sposób mu odmówić. Posłusznie kiwam głową, a po chwili zmierzamy ku niespodziance Peety.
Śnieg już całkiem stopniał, tylko zostały po nim drobne górki przy niektórych budynkach. Pogoda jeszcze nas nie rozpieszcza, ale robi się coraz cieplej. Peeta obejmuje mnie w talii, a ja wdycham jego zapach. Wszystko dziś wydaje się takie normalne. Jakbyśmy naprawdę byli tylko zwykłymi ludźmi, którzy nie przyczynili się do tak wielu śmierci. Usiłuję jednak teraz o tym nie myśleć. Dzisiejszy dzień należy do mnie i do Peety. Do nas. I nie zamierzam go zepsuć moimi zbędnymi sugestiami, co od naszego życia.
Orientuję się, że zmierzamy ku budynkowi, który wydaje mi się dziwnie znajomy. Marszczę brwi, żeby przypomnieć sobie, gdzie ostatni raz go widziałam. Spoglądam na Peetę, próbując jakoś rozszyfrować jego wyraz twarzy, ale nic nie mogę z niego wyczytać. Dopiero, gdy podchodzimy bliżej widzę szyld, a napis, który na nim widnieje niemal zwala mnie z nóg.
Jeszcze nigdy nie było mi tak trudno napisać jeden rozdział. Zarywałam noce i poranki, żeby tylko go napisać i żebyście się na mnie nie obrazili :c Wiem, że notka jest beznadziejna, ale chciałam już coś napisać. Wena sobie ode mnie poszła i nie wiem, kiedy wróci. Jeszcze raz was przepraszam za to, że tak długo musieliście czekać. Nawet się nie zdziwię, jeśli w ogóle pod tą notką nie będzie komentarzy, ale proszę was chociaż o parę i szczere opinie <3
Chciałam was jeszcze spytać, czy chcielibyście kiedyś taki rozdział z oczu Peety? :3
+ przez mojego aska - @Maddy33272 mogę powiadamiać was o nowych notkach. Jeśli ktoś chce, wystarczy dać znać ;*
Pozdrawiam, zapraszam do czytania i komentowania <3 Kocham was <3
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Ostatnie wydarzenia uświadomiły mi jedno. Jestem ograniczona przez strach. Uwięziona w murach, które zbudowałam własnymi rękoma. Nie potrafię zrobić kroku bez zbędnych obaw. Stałam się wrażliwsza. Prawie codziennie muszę uronić chodź jedną łzę.
Nie chciałam tego wszystkiego. Nie chciałam takiego życia. Chciałam tylko jakoś przeżyć. Ochronić moją rodzinę, mamę i Prim. Zapewnić im godny byt, żeby nie musiały już nigdy więcej martwić się o dalsze dni. Później nastąpiły Igrzyska. Musiałam być silna, tylko dla nich. Przyrzekłam sobie, że wygram, ale gdybym wiedziała, że moje życie aż tak się zmieni, nie wiem, czy bym do tego dążyła. Może gdyby ktoś wbił mi nóż w plecy, Prim nadal by żyła? Jeśli tylko Peeta przeżyłby to barbarzyńskie show, nie nastałaby rewolucja, nie zginęłoby tyle niewinnych osób. Nieraz naprawdę żałuję, że wyciągnęłam te cholerne jagody.
Dlaczego moje życie aż tak się zmieniło? Czy nie mogło być tak, jak jest? Polowania przecież nie były najgorsze. Satysfakcja z upolowanej zwierzyny była najlepszym uczuciem, jakie wtedy odczuwałam. Do tego widok Prim zajadającej się, na przykład królikiem był nie do opisania. Przyznaję, że nie było nam łatwo. Codziennie musiałam zapewnić rodzinie wyżywienie i praktycznie nie miałam czasu na własne „zachcianki”. Chociaż z czasem polowania zaczęłam uznawać za moje takie nietypowe hobby. Przypuszczam, że żadną moją rówieśniczkę ze szkoły nie interesowały tego typu zajęcia, ale ja byłam jednak nieco inna. W lesie wreszcie mogłam poczuć się sobą i robić to, co naprawdę sprawia mi przyjemność.
Minął dokładnie miesiąc od incydentu z naszym starym domem. Całe 30 dni żyłam zamknięta w strachu. Z przerażeniem reagowałam na jakikolwiek cień i odgłos w obrębie mojego otoczenia. W swoich snach widziałam tylko jego drwiący uśmiech i moją własną krew. Lecz silne ramiona Peety zawsze były w pobliżu, gotowe ukoić mój paraliżujący lęk. Gdy nawet to nie pomagało, jego usta okazywały się dotychczas najlepszym lekarstwem.
Od jakiegoś czasu jednak zauważyłam, że nawet Peeta bardzo się zmienił. Tak, jak ja stał się czujniejszy, a mnie trzyma pod kluczem. Oczywiście nie w dosłownym znaczeniu. Po prostu nie spuszcza mnie z oka, co jest częstym powodem naszych kłótni. Mam wrażenie, że powoli zaczynamy się od siebie oddalać. On zamknięty jest w swoim świecie, a ja w swoim. Żadne nie chce wpuścić drugiego do tej własnej rzeczywistości, która dzieje się wokół niego. Zazwyczaj wieczorami i późnymi nocami wymieniamy się zdaniami i namiętnymi, choć jak na mój gust krótkimi pocałunkami, za którymi tak tęsknię. Lecz nie tylko za tym. Tęsknię za Peetą. Za jego błękitnymi oczami, w które mogłabym wpatrywać się całą wieczność. Za jego pieczeniem w kuchni i zapachem, jaki rozchodził się po domu, przypominając mi, że mam dla kogo żyć. Teraz już tego nie doświadczam. Nie wiem, dlaczego te relacje między nami aż tak się zmieniły. Peeta czasem nawet woli niektóre noce przespać na kanapie w salonie, niż ze mną w łóżku. Wówczas ja nie potrafię spokojnie zasnąć bez chociażby dotyku jego ciepłej dłoni i świadomości, że on jest tuż przy mnie. Domyślam się, że Peeta także w takie noce nie śpi spokojnie, a najgorsze jest to, że nie wiem, co robię nie tak.
Lecz w ciągu ostatnich kilku dni ta wielka przepaść między nami zdążyła się nieco zapełnić. Rozmawiamy już chyba dosyć normalnie, a niekiedy nawet żartujemy, więc wszystko zmierza ku lepszej drodze. A przynajmniej mam taką nadzieję.
Lecz jego nadopiekuńczość wciąż doprowadza mnie do szewskiej pasji. Zabronił mi sprzątać, schylać się, przemęczać, a przede wszystkim strzelać z łuku. Nad ostatnim ubolewam najbardziej. Praktycznie nie pozostały mi już żadne interesujące zajęcia. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz trzymałam łuk w dłoni. Chyba nawet jeszcze przed ślubem z Peetą. Później zaszłam w ciążę, która pokrzyżowała mi plany, ale jednak Willow wszystko mi rekompensuje. Dzięki niej mogę pozytywniej patrzeć na świat. Mam wrażenie, że jednak życie nie jest aż takie okrutne. Gdy czuję jej ruchy mogłabym pozbyć się łuku ze wszystkimi strzałami. Tak bardzo ją kocham.
Prawie codziennie od południa do późnego wieczora Peeta z Haymitchem remontują nasz nowy dom. Niekiedy do malowania ścian dołącza się Enobaria z Johanną. Ja też próbowałam jakoś im pomóc, ale Peeta od razu skutecznie mnie odciągał. Nie ukrywam, że zazwyczaj pocałunkami, obiecując, że wieczorem dostanę ich więcej. W takim układzie najczęściej szłam do Annie i Finn’a. Zajmowałam się chłopcem, kiedy jego mama wychodziła na Ćwiek. Przyznaję, że opieka nad dzieckiem nie jest łatwa. Finn zazwyczaj śpi, albo płacze, co jest wielkim utrapieniem, ale powoli muszę się przyzwyczajać. Dokładnie za 5 miesięcy w naszym domu będzie panował identyczny hałas. Kiedy w końcu zdołam uspokoić chłopca na tyle, żeby zaczął się do mnie uśmiechać, oczywiście jego ulubionym zajęciem jest ciągnięcie mnie za warkocz, więc kiedy podchodzę do niego zawsze rozpuszczam włosy. Lecz gdy jest w dobrym humorze nawet to nie pomaga. Chwyta swoim malutkimi rączkami kępkę moich włosów i nie puszcza dopóki nie wydam z siebie jęków bólu, które od razu go bawią.
Pomimo tych różnych przykrości, których jest on powodem, Finn to cudownym chłopiec. Rośnie, jak na drożdżach, a w dodatku jest tak podobny do Finnicka, że mogłabym powiedzieć, że jest jego mniejszą kopią. Identyczne oczka, o kolorze morskiej zieleni zawsze spoglądają na mnie z tą samą ironią, co jego tata, albo przynajmniej tak mi się zdaje. Czasem, kiedy obserwuję Finn’a, wydaje mi się, że to naprawdę ten prawdziwy Finnick. Wtedy do mojego umysłu wdzierają się te wszystkie przerażające obrazy, przed którymi pragnę uciec jak najdalej. Ciało Odair’a rozdzierane na strzępy przez te ohydne bestie. Przypomina mi się moja bezradność i obserwowanie, jak on powoli umiera. Nie mogłam się ruszyć, zapłakać, ani krzyknąć. Ogromny ból i strach sparaliżował moje ciało. Nie potrafiłam nawet nabrać powietrza do płuc. Wpadłam w amok, z którego dopiero później wyratował mnie Peeta i jego przebłyski wspomnień.
Do tej pory obwiniam się za śmierć Finnicka, a jego syn na dodatek tak bardzo mi go przypomina. Zresztą nie tylko mi. Widzę, jak Annie spogląda na Finn’a. Gdybym tylko mogła wynagrodzić im jakoś tą śmierć… Ale wiem, że bliskość człowieka, którego się kocha nie da się zastąpić żadną materialną rzeczą.
Niekiedy, gdy Finn płacze, ja robię to razem z nim. W takich momentach jestem całkiem bezsilna, ale nie wiem do końca, dlaczego te nieznośne łzy spływają po moich policzkach. Nie mam pojęcia, jak Annie może przebywać z chłopcem, który jest tak podobny do miłości jej życia i jeszcze nie załamać się psychicznie. Naprawdę nie mam pojęcia…
Dziś Haymitch razem z Peetą kończą remontować nasz dom. W miarę szybko wyrobili się z meblami i farbami. Pokoje wyglądają prawie identycznie, jak w naszym starym domu. Jedynie bardziej podoba mi się sypialnia, a konkretniej ściany. Pomalowane są umiarkowaną zielenią, przeplataną z pomarańczowym, jak zachód słońca. Najlepsze jest to, że malowaliśmy je wspólnie, Peeta i ja. Tylko my. O dziwo jakimś cudem wyraził zgodę, żebym się do niego dołączyła. Teraz sypialnia jest o wiele bardziej przytulniejsza, co daje niesamowity efekt.
Czuję przelotny dotyk na moich ustach, od którego nieruchomieję. Nie mam najmniejszego zamiaru otwierać jeszcze oczu. Co to, to nie. Połowę dzisiejszej nocy przesiedziałam w kuchni, podkradając jedzenie z lodówki. Głód nie dawał mi spokoju nawet po trzech bezsprzecznie pysznych bułkach z serem. Dopiero Peeta gdzieś około czwartej nad ranem zapędził mnie z powrotem do łóżka. Od pewnego czasu zaczynam miewać ogromnie wilczy apetyt, co sprawia, że blondyn musi piec co najmniej pięć bułek na dzień. W dodatku pilnuje, żebym nie próbowała podjadać w nocy, bo to w jakimś stopniu źle wpływa na organizm. Według mnie to bzdury, ale nie zamierzam wykłócać się z nim o to i przy okazji postawić na nogi połowę dystryktu. Nie mam na to ani ochoty, ani siły.
Po raz kolejny czuję dotyk na moich ustach, ale znacznie dłuższy i namiętniejszy. Udaję, że w ogóle mnie on nie rusza i próbuję dalej choć na minutę zapaść w sen. Nie mogę powstrzymać uśmiechu, który dobrowolnie wkrada się na moje usta. Czy ja zawsze muszę reagować w taki sposób na wszystko, co ma związek z Peetą?
Wtem do rzeczywistości brutalnie przywraca mnie Willow, najwyraźniej niezadowolona, że tak ignoruję jej tatę. Zwijam się w pół z jękiem, który mimochodem wyrywa się z moich ust. Na sekundę się krzywię, ale po chwili jednak drobny uśmiech pojawia się na mojej twarzy. Powoli zaczynam przyzwyczajać się do takich wybryków mojej córki.
Wzrok kieruję ku Peecie, który nie wiem z jakich przyczyn cały pobladł na twarzy. Spojrzeniem gorączkowo wyszukuje w moich oczach potwierdzenia, czy wszystko w porządku.
-Willow ostatnio coś często robi mi takie niespodzianki- wyjaśniam i dopiero teraz zauważam na kolanach Peety srebrną tacę z jedzeniem i czerwoną różą w małym wazoniku, więc po chwili dodaję:- I zdecydowanie ma to po tacie- robię krótką przerwę, podczas której mogę napawać się szczerym uśmiechem męża. Widzę, że samo wspomnienie o nim, jako o ojcu sprawia, że na jego twarzy pojawia się nieskazitelnie szczęście. W takich chwilach, gdybym nie wiedziała, ile przeżył okrucieństw i bolesnych momentów, mogłabym przysiąc, że jest najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Natomiast ja odczuwam coś na znak spełnienia. Mogę zrekompensować mu te wszystkie dni, w których go raniłam i odpychałam, budując wokół siebie niewidzialny mór, żeby tylko go ode mnie odseparować. Przeze mnie trafił do Kapitolu, gdzie był okrutnie torturowany i przeze mnie jego cała rodzina zginęła, ale teraz mogę mu to wszystko wynagrodzić, chociaż wiem, że nic nie zrekompensuje tej straty. Przynajmniej mogę sprawić, że będzie najlepszym tatą na świecie.
-Z jakiej to okazji?- pytam, wpatrzona w tacę, na której starannie ułożone jest śniadanie. Idealnie przyrządzony omlet, obok którego leży garść jagód. Do tego bułki serowe, minimalnie przypieczone, takie jak lubię i suszone śliwki na sąsiadujących talerzach. Jako napój zaserwował sok jabłkowy, a ja staram się nie wyglądać, jak wygłodniały wilk i nie rzucić się na te wszystkie wspaniałe potrawy. Zastanawiam się, skąd Peeta wziął śliwki i jagody o tej porze roku, ale po chwili nie zawracam sobie tym głowy, gdy blondyn bez słowa podaje mi śniadanie. Dyskretnie ocieram wierzchem dłoni ślinę z kącika ust.
-Wszystkiego najlepszego- mówi Peeta zalotnym tonem i sprawia, że momentalnie zapominam o jedzeniu, spoglądając na niego rozkojarzonym wzrokiem.
Wszystkiego najlepszego?
O ile dobrze pamiętam, nie mam dziś urodzin. Będę je obchodzić dopiero za trzy miesiące, a jednak słowa Peety zbijają mnie z tropu. W jakich jeszcze okolicznościach składa się tego typu życzenia? Dopiero teraz uświadamiam sobie, jaki dziś dzień…
-Walentynki- bardziej jest to pytanie, niż stwierdzenie. Nigdy nie obchodziłam tego dnia, tym bardziej, że nie miałam z kim. Pamiętam, że jedynie tata wstawał wcześnie rano, by nazbierać najróżniejszych kolorowych kwiatów na bukiet dla mamy. Natomiast Prim i ja dostawałyśmy po różowym tulipanie oraz całusie. W Walentynki rodzice zakochiwali się w sobie od nowa. Może miałam dopiero około dziesięciu lat, ale widziałam, że patrzyli na siebie tak, jakby dopiero pierwszy raz się spotkali. Cały czas na ich twarzach gościły uśmiechy. Tata co chwilę szeptał coś mamie na ucho, a ta odpowiadała mu śmiechem. Tak, ten dzień zdecydowanie należał do nich i ich miłości, lecz później stał się jednym z najboleśniejszych w całym roku. W wazonie na stole nie widniały już różowe tulipany, ani bukiet kwiatów. W domu nie roznosił się wesoły śmiech mamy. Zastąpił go głęboki szloch, wypełniony bólem…
-Nie jestem pewna, czy w Walentynki życzy się wszystkiego najlepszego- zauważam nieco kąśliwie, ale Peeta chyba nie bierze tego do siebie zbyt poważnie. Uśmiecha się, przeczesując dłonią włosy, które natychmiast posłusznie się układają. Decyduję się na zestawienie tacy ze śniadaniem z kolan na pustą część łóżka obok mnie. Głód może odrobinę poczekać. Wyślizguję się spod kołdry i zajmuję miejsce na kolanach męża. Chyba spodziewał się, że tak postąpię, bo od razu zamyka mnie w ciepłym uścisku. Opieram swoje czoło o jego, a nasze oddechy mieszają się ze sobą. Wdycham jego przyjemny zapach. Pachnie szamponem po rannym prysznicu, wymieszanym z tym charakterystycznym zapachem Peety Mellarka. Dotychczas jeszcze nie udało mi się rozszyfrować, czym pachnie mój mąż. Ale dla mnie pachnie domem. Moim jedynym domem, do którego zawsze mam ochotę powrócić.
Zaczynam jako pierwsza. Delikatnie, niemal niezauważalnie przesuwam wargami po jego ustach. Znajomy dreszcz powraca na moje ciało, niczym bumerang. Wiem, że Peecie na razie nie wystarczą tylko takie pojedyncze, lekkie pocałunki. Nie chce po prostu naciskać, wywołać na mnie presji. Nie należy do facetów, którzy całą przyjemność zostawiają dla siebie. Zawsze bierze moje szczęście ponad swoje i liczy się z moim zdaniem. Dlatego dostanie to, na co tak wyczekuje. Niespodziewanie wpijam się mocniej w jego wargi. Na początku zawsze wydaje być się niepewny, ale gdy moja lewa dłoń wędruje po jego umięśnionych ramionach i przeczesuje jego blond włosy. Teraz staje się pewniejszy i rękoma błądzi po moich plecach, jakby chciał nauczyć się ich na pamięć. Przymykam oczy, gdy przygryza moją dolną wargę, a z mojego gardła, jak zwykle wydobywa się przeciągły jęk. Muszę zacząć na tym panować, bo Peeta zawsze w takich chwilach wydaje mi się zakłopotany, albo jeszcze bardziej podniecony. Ewentualnie jedno i drugie.
Jeszcze nigdy żadne Walentynki w moim życiu nie rozpoczynały się tak szczęśliwie. Każdy dotyk Peety napawa mnie nowym szczęściem. Gdy nasze pojedyncze części ubrań leżą bezczynnie w różnych częściach pokoju, a blondyn zaczyna znów dobierać się do mojej szyi, uświadamiam sobie, że jednak potrafię żyć bez strachu. Bez obawy o życie własne i najbliższych. Jak dobrze znów czuć własny uśmiech na twarzy. Przerażający lęk, który gnieździł się w moim sercu przez ostatnie kilka tygodni ulotnił się i nie pozostało po nim najmniejszego śladu. Przysięgam sobie, że Gale już nigdy więcej nie wkradnie się do mojego życia, ani świadomości, zastraszając najróżniejszymi metodami. Nie mogę żyć w ciągłym strachu. To tak, jakbym już umarła. A ja nie mogę umrzeć. Mam Peetę, który tak łatwo się nie podda. Gdy przyjdzie taka potrzeba, ochroni mnie przed przeznaczeniem, które nie tak dawno zacieśniało wokół mnie swoje pazury. Muszę być silna i zrobię to dla Willow. Kocham ją i nie pozwolę, żeby ktokolwiek zrobił jej krzywdę.
Nagle prawie spycham Peetę z siebie na podłogę, kiedy uświadamiam sobie coś ważnego, o czym na śmierć zapomniałam. Mąż tylko wlepia we mnie wzrok pełen dekoncentracji i marszczy brwi.
Walentynki.
Czternasty lutego.
Badanie kontrolne.
-Peeta, dziś badanie!- niemal krzyczę, gdy sobie o tym przypominam. On zaś najpierw nie wie, o co mi chodzi, ale po chwili wytrzeszcza na mnie oczy i szybko zbiera nasze ubrania porozrzucane po całym pokoju i zaczyna z powrotem się ubierać. Na badanie na szczęście nie musimy jechać aż do Kapitolu. Niedawno w okolicach Ćwieku wybudowano nowy szpital. Co prawda zafundowali go wszyscy Zwycięzcy, ale bez tego przecież w Dwunastce w ogóle nie byłoby lekarza. Mama znów powróciła do leczenia w Czwórce, więc praktycznie nie było wyjścia.
Zjadam w mgnieniu oka caluteńki omlet, parę śliwek i popijam sokiem. Gdy wchodzę do łazienki, by umyć się i ubrać, Peeta idzie nakarmić Jaskra. Ten stary kocur jest nieśmiertelny. Mam wrażenie, że przeżyłby nawet koniec świata. Nie chciał przeprowadzić się razem z nami do nowego domu, więc został w starym. Nie dziwię mu się. Tam opiekowała się nim Prim, jego ukochana właścicielka. Natomiast nas raczy odwiedzić tylko w czasie śniadania, obiadu i kolacji. Zdarza się, że czasem sam sobie coś upoluje, ale raczej zrobił się za leniwy na takie zabawy.
Nie biorę prysznica, bo zostało niewiele czasu. Na godzinę jedenastą mieliśmy być umówieni z doktorem Stewartem, który miał przyjechać specjalnie wprost z Kapitolu. Nie okazuję już takiej niechęci do szpitali. Ostatnia wizyta naprawdę na długo zapadła mi w pamięci. Słuchanie, jak bije drobne serduszko Willow wprawiło mnie w otępienie i pierwszy raz poczułam się, jak matka. Nie mogę doczekać się dzisiejszej wizyty, podczas której znów będę mogła wsłuchać się w ten stabilny rytm.
Ubieram dość dużą, czarną bluzkę, którą niedawno dostałam od Annie. O dziwo leży na mnie, jak ulał. Przyzwyczaiłam się do swojej figury i kiedy oglądam się w lustrze nie robi na mnie dużego wrażenia. Jedynie lekko zaczynają boleć mnie plecy, ale to nic w porównaniu do nudności, które towarzyszyły mi na samym początku. To była dopiero udręka.
Splatam włosy w warkocz i delikatnie przejeżdżam mascarą po rzęsach. W normalnych okolicznościach bym tego nie robiła, ale lubię ładnie wyglądać tylko i wyłącznie dla Peety.
Badanie nie było długie, więc nie mogłam za długo rozkoszować się biciem serduszka Willow. Doktorowi Stewartowi nie udało się dotrzeć w porę do Dwunastki, więc przyjęła nas doktor Whitewood. Kobieta wyglądała mi na około trzydzieści parę lat. Jak wszyscy lekarze, starała się być miła, ale wiem, że widziała w nas nie tylko zwykłych mieszkańców Dwunastego Dystryktu. Czułam się niekomfortowo pod naciskiem jej wzroku. Obserwowała każdy mój ruch, jakbym była tykającą bombą zegarową, a przynajmniej takie odniosłam wrażenie. Nie chciałam zbytnio przejmować się jej obecnością, więc skupiłam się na Willow i Peecie, który tak jak przy naszym ostatnim badaniu tryskał szczęściem. Kiedy doktor Whitewood potwierdziła nasze przypuszczenia, co do płci dziecka moje całe ciało wypełniła pozytywna energia. Problemy z Gale’m odstawiłam na bok. Teraz liczyła się tylko Willow. Moja mała córeczka, która przyjdzie na świat 27 sierpnia. Doktor Whitewood następną wizytę wyznaczyła na 1 marca, a ja w duchu dziękuję, że już opuszczamy jej gabinet. Oczywiście kolejne zdjęcie Willow trzymam w dłoni i tak łatwo nie zamierzam się od niego uwolnić. Jest moją nadzieją i pocieszeniem na lepsze jutro.
Przytulam się do Peety, a on otacza mnie ramionami. Nie musi nic mówić, bo wiem, jakie szczęście wypełnia całe jego ciało. Oboje niezmiernie cieszymy się z naszej córki. Na korytarzu, przed gabinetem siedzi jeszcze parę osób, które tępo wlepiają w nas swoje spojrzenia, ale nie przejmujemy się nimi zbytnio. W tej chwili istnieje tylko nasza trójka, z czego dwójkę kocham najbardziej na świecie.
-Dasz się namówić jeszcze na krótki spacer?- Peeta odsuwa się ode mnie na centymetr, a z mojej twarzy nawet na sekundę nie znika uśmiech- Pamiętasz, jak wróciliśmy z Kapitolu i chciałem coś ci pokazać?
-Tak, ale deszcz nam wszystko popsuł, a później Gale i kompletnie zapomniałam o tej twojej niespodziance.
-To chciałabyś się jeszcze raz ze mną tam przejść?- jego oddech przyjemnie owiewa moją twarz i nie sposób mu odmówić. Posłusznie kiwam głową, a po chwili zmierzamy ku niespodziance Peety.
Śnieg już całkiem stopniał, tylko zostały po nim drobne górki przy niektórych budynkach. Pogoda jeszcze nas nie rozpieszcza, ale robi się coraz cieplej. Peeta obejmuje mnie w talii, a ja wdycham jego zapach. Wszystko dziś wydaje się takie normalne. Jakbyśmy naprawdę byli tylko zwykłymi ludźmi, którzy nie przyczynili się do tak wielu śmierci. Usiłuję jednak teraz o tym nie myśleć. Dzisiejszy dzień należy do mnie i do Peety. Do nas. I nie zamierzam go zepsuć moimi zbędnymi sugestiami, co od naszego życia.
Orientuję się, że zmierzamy ku budynkowi, który wydaje mi się dziwnie znajomy. Marszczę brwi, żeby przypomnieć sobie, gdzie ostatni raz go widziałam. Spoglądam na Peetę, próbując jakoś rozszyfrować jego wyraz twarzy, ale nic nie mogę z niego wyczytać. Dopiero, gdy podchodzimy bliżej widzę szyld, a napis, który na nim widnieje niemal zwala mnie z nóg.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


