wtorek, 5 maja 2015

35. "Dziesięć godzin"

Hej Wam! :3
Bardzo dziękuję za Waszą cierpliwość i wyrozumiałość. Notka znów z opóźnieniem, ale tak jak wspominałam, mam mnóstwo spraw na głowie. Następny rozdział postaram się napisać wcześniej.
Co do obecnej notki, nie jestem z niej zadowolona, bo pisałam ją na szybko, żeby tylko dzisiaj Wam ją wstawić, ale mam nadzieję, że chociaż Wam przypadnie do gustu. Nie ukrywam, że czekam i liczę na Wasze komentarze :3 Wiem, że nie będzie ich tyle, co przy poprzedniej notce, bo za długi odstęp czasu zrobił swoje, ale jednak proszę Was o tę parę słów ^^
A rozdział dedykuję kochanej Lily, która jest ze mną prawie od samego istnienia tego bloga i zawsze motywuje mnie do pracy nad nim. Dziękuję <3
K. G.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


Tylko dziesięć godzin.
Powtarzam w głowie, a czasem nawet na głos zdanie, które od razu stawia mnie na nogi. Muszę przeczekać jeszcze dziesięć godzin do jego powrotu. Niby to nic takiego, ale ile to minut? Sześćset? No, właśnie, sześćset. Ta informacja już trochę mnie przeraża, ale skoro wytrzymałam cały dzień, to te marne dziesięć godzin różnicy wielkiej nie zrobi.
Nie mam pojęcia, czym się w nocy zajmę, żeby rozproszyć uporczywe myśli. Jestem przekonana, że nie uda mi się zmrużyć oka. Bez Peety jest to niewykonalne. Przychodzi mi do głowy, że mogłabym spróbować malować. Nieraz mój mąż starał się nauczyć mnie tej czynności, ale jakoś zawsze jego obrazy były lepsze od moich. I to stokroć. Postanawiam jednak nie ruszać farb i płótna, które tradycyjnie stoją w kącie naszej sypialni.
W ciągu dnia zdążyłam wysprzątać cały dom. W gruncie rzeczy i tak lśni czystością, ale nie mam czym zająć rąk oraz myśli. To niewiarygodne, jak wiele moich codziennych czynności wiąże się z Peetą. W wolnym czasie uczy mnie piec, malować, wychodzi ze mną na spacery, opiekuje się mną. W ciągu ostatnich dni nie zostało ani śladu po tym wszystkim.
Czuję ulgę, gdy robię ostatni ruch mopem w kącie kuchni. Ramiona nieznacznie bolą mnie w kilku miejscach, ale zbytnio się tym nie przejmuję. Jestem zadowolona ze swojej pracy. Wreszcie mogę się na coś w domu przydać.
Prostuję się i kalkuluję wzrokiem całe pomieszczenie. Nie przypominam sobie, kiedy było tu tak czysto. Peeta na pewno będzie zadowolony, myślę, ale po chwili uświadamiam sobie, że domyśli się, że pomimo jego kategorycznych zakazów, sprzątałam. Wzruszam ramionami, sama do siebie i wylewam brudną wodę z wiadra do zlewu, po czym chowam je razem z mopem do szafy w przedpokoju. To nie moja wina, że nie mam co ze sobą zrobić. Chociaż mogłam wcześniej oprzytomnieć i uświadomić sobie, że przez większość dnia będę w domu całkiem sama. Przecież to wręcz logiczne. Z drugiej strony nie wiem, czy mogłabym Peecie odmówić. Nie zgodzić się, żeby prowadził piekarnię. Jemu nawet nie chodzi o pieniądze, bo ich mamy aż nadto. Chce pracować w tej piekarni ze względu na ojca. Dalej poprowadzić jego interes jako jedyny z żyjących synów. Powinnam wynagrodzić Peecie w jakiś sposób śmierć jego rodziny.
Zginęli z mojej winy.
Dopiero teraz analizuję słowa Prim, które usłyszałam we śnie. „Przynosisz śmierć, siostrzyczko”. Dreszcze przechodzą przez moje całe ciało. Nie mam pojęcia, dlaczego właśnie to zdanie wydobyło się z jej ust. Ale ma świętą rację. Dzięki mnie, tysiące ludzi straciło życie. Opuścili rodziny, osierocili bezbronne dzieci. Nie mam pojęcia, jak wiele osób widzi we mnie morderczynię. Morderczynię, która również powinna ponieść śmierć za tych, których zabiła. Za Prim, Finnicka, Cinnę, Mags, Rue i tysiące innych ludzi. Od dawna wiedziałam, że nie powinnam już zaznać szczęścia. Nie po tych wszystkich krzywdach, które wyrządziłam innym. Ale jednak los się do mnie odwrócił, czego wcale nie oczekiwałam. Kiedy moja noga stanęła na arenie zostałam naznaczona bólem, który cały czas powinnam odczuwać.
Z zamyśleń wyrywa mnie nagły dzwonek telefonu. Momentalnie wzdrygam się i przytomnieję. Nie myślałam, że ktoś mógłby nawiedzić mnie telefonem około dwudziestej drugiej wieczorem. Leniwie podchodzę i podnoszę słuchawkę do ucha.
-Słucham?- odzywam się obojętnym głosem, lecz po drugiej stronie nikt mi nie odpowiada. Ściągam brwi, opierając się o ścianę i czekając krótką chwilę choćby na najcichszy dźwięk. Po krótkim czasie ponawiam pytanie, lekko zniecierpliwiona.
-Witaj, córeczko- rozpoznaję jej głos niemal natychmiastowo. Tylko w jakiej sprawie miałaby do mnie dzwonić? Przecież wszystko wyjaśniłyśmy sobie podczas mojego pobytu w szpitalu w Kapitolu. Dobrze pamiętam, jak obarczała mnie, że razem z Peetą za bardzo się spieszymy. Jej słowa ukłuły mnie w samo serce i dźgały za każdym razem, gdy je wspominałam. Nazwała mnie nieodpowiedzialną, a do tego ostro się pokłóciłyśmy. Domyślam się, że rozmowa, która po chwili nastąpi nie będzie należała do łatwych.
-Cześć, mamo- ton mam ostry. Nie mam najmniejszej ochoty z nią rozmawiać. Nie potrzebuję jej matczynej opieki, którą i tak skrajnie mnie obdarowywała.
-Jak się czujesz?- jej głos jest drobny i pobłażliwy. Głośno przełykam ślinę, siadając w fotelu.
-Dobrze- odpowiadam jej krótko i zwięźle i chyba to ją zadowala.
-Katniss, posłuchaj…- próbuje dobrać odpowiednie słowa, przez co na chwilę w słuchawce zapada głucha cisza- Wiem, że tamtego dnia w szpitalu moje słowa były kompletnie nie na miejscu. Bardzo żałuję tego, co powiedziałam. Całkiem niedawno uświadomiłam sobie, że jesteś dorosła. Za chwilę będziesz miała osiemnaście lat i to twoje życie. Niepotrzebnie się wtrącam. Nie chciałam, żebyśmy się pokłóciły, tym bardziej, że jesteś w ciąży. Jeszcze raz bardzo cię przepraszam, skarbie…
-Ja również przepraszam, mamo. Za dużo tamtego dnia ci wygarnęłam…- jej słowa mnie zaskakują. Nie sądziłam, że sama, z własnej woli może zadzwonić i przyznać się do swojego błędu.
-Rozejm?- pyta, a ja bez zastanowienia kiwam głową. Po chwili dopiero orientuję się, że mnie nie widzi i posłusznie potakuję- Miałabym do ciebie jeszcze jedną, małą prośbę. Mogłabym w najbliższym czasie was odwiedzić? Nie ukrywam, że trochę się za tobą stęskniłam- w słuchawce rozlega się jej krótki śmiech, a ja bez zastanowienia się zgadzam. W końcu jest moją matką, a ostatni raz widziałyśmy się około dwóch miesięcy temu i to w dość niemiłej atmosferze.
Żegnam się z nią i odkładam słuchawkę na stół. Nie mogę ukrywać, że tym telefonem odrobinę poprawiła mój humor. Sprawę naszej kłótni mam już z głowy. Co prawda, nie przejmowałam się nią aż tak bardzo. Wiedziałam, że mama w końcu prędzej, czy później i tak zadzwoni. Nie chciałaby przegapić narodzin jej pierwszej wnuczki.
Spoglądam na zegarek, który wskazuje parę minut po dwudziestej drugiej. Jeszcze tylko dziewięć godzin. Myślami znów wracam do Peety. Domyślam się, że zapewne w tej chwili piecze jakieś torty na specjalne zamówienie, albo inne wykwintne ciasta. Jego talent nie mógłby się zmarnować i po chwili jednak karcę się w myślach za to, że mogłabym nie zgodzić się na prowadzenie piekarni. Nawet pomimo mojego złego samopoczucia.
Przed położeniem się do łóżka, zjadam parę ciastek z czekoladą, które Peeta niedawno przyniósł dla mnie z piekarni. Są kruche i aż nadto smaczne. Coraz częściej zajadam się jego wypiekami, szczególnie tymi słodszymi. Mój wzmożony apetyt domaga się tylko więcej i więcej, ale muszę się pilnować, żeby tylko nie przesadzić z tą słodkością. Nie chcę być grubsza, niż jestem obecnie.
Przebieram się w koszulę nocną, którą niedawno dostałam od Peety. O dziwo jeszcze jest na mnie dobra. Przyglądam się mojemu odbiciu w lustrze w łazience. W większości ubiór ma kolor czerwony. Przy górze, na dekolcie oraz u dołu wyszyty został czarną koronką. Gdy mąż mi go podarował, jako „bezokazyjny” prezent, natychmiast mi się spodobał. Nigdy nie miałam tego typu koszuli, ale ta wyjątkowo przypadła mi do gustu. Peeta doskonale wie, czym mnie zachwycić i skrzętnie to wykorzystuje.
Gaszę światło w sypialni, sprawiając, że zapanowuje w niej przenikliwa ciemność. Księżyc staje się jedynym źródłem światła. Lekko uchylam okno z dość jasnego powodu. Jestem już do tego przyzwyczajona, bo Peeta robił to każdej nocy. Nie potrafiłabym nawet położyć się do łóżka bez wykonania tej czynności.
Kładę dłoń na szybie okna i spoglądam w dal, gdzie stoi piekarnia Peety. Oczywiście nie mogę jej dostrzec. Na dworze jest zbyt ciemno, a w dodatku nasz dom wybudowany jest pod takim kątem, że nie sposób jest zauważyć piekarnię. Zrezygnowana, ciężko wzdycham.
Dnie, jak i noce zaczynają być w miarę ciepłe. Przez otwarte okno do pokoju wdziera się lekki wiaterek, łaskocząc moją skórę. Taką pogodę właśnie lubię, nie za gorąco i nie za zimno. Jest w sam raz.
Odwracam się, by wrócić do łóżka. Po drodze uważam na sztalugę oraz farby, porozstawiane prawie po całym pokoju. Muszę poprosić Peetę, by w końcu zrobił z nimi porządek. Przyzwyczaiłam się już do ciągłego zapachu farb, przez który na początku było mi niedobrze. Ciągłe kolorowe plamy na podłodze, czy meblach to także codzienność w naszym domu. Zbytnio mi nie przeszkadzają, nawet dodają naszemu życiu pewnej oryginalności, ale tego mamy aż nadto.
Kładę się do łóżka i przykrywam kołdrą. Dobrze wiem, że nie zmrużę oka. Chcę po prostu położyć się i odpoczywać, w razie, gdyby Peeta wrócił nieco wcześniej. Nieraz mu się to zdarzało, ale jednak częściej wracał około siódmej nad ranem.
Szczerze powiedziawszy, boję się zasnąć. Nie chcę znów mieć tych samych koszmarów, które ostatnimi nocami nawiedzają mnie coraz częściej. Nie mam najmniejszej ochoty, tym razem po raz trzeci stawać na arenie i walczyć na śmierć i życie, ujrzeć Prim, która próbuje mnie zabić, czy Peetę z przebłyskami wspomnień. Tego typu koszmary zdarzają się najczęściej. A co pojawi się przed moimi oczami zostaje w pamięci do końca życia.
Moja prawa dłoń, jak każdej takiej samotnej nocy zajmuje miejsce na drugiej połowie łóżka, gdzie powinien leżeć Peeta. Ile bym dała, żeby naprawdę tu ze mną był. Przez myśl nawet przebiega mi, żebym teraz się do niego wybrała, ale momentalnie rezygnuję z tej opcji. To byłoby chyba co najmniej niedorzeczne, gdybym znalazła się w nocy u niego w piekarni.
Leżę w bezruchu, tępo wpatrzona w biały sufit przez dobrą godzinę. Wsłuchuję się w każdy odgłos, który dobiega do moich uszu. Jaskier, drapiący meble w salonie, pohukiwanie sów w lesie. Przymykam oczy, ostrożnie kładąc lewą dłoń na brzuchu. Zawsze wiedziałam, że jestem słaba, ale to właśnie Willow czyni mnie silniejszą. Nie pozwala mi się załamać w chwilach zwątpienia. Dzięki niej widzę moją przyszłość w jaśniejszych barwach i nigdy, przenigdy nie pozwolę jej skrzywdzić. Nikomu.
Nagle do moich uszu dobiega przenikliwe i donośne wycie. Instynktownie otwieram oczy i z dokładnością rozglądam się po całym pokoju. W lasach Dwunastki od lat przecież nie były widziane żadne wilki. Odgłos znów się powtarza, a ja nie wiem, co mam o tym myśleć.
Nagle do głowy przychodzi mi Sierra, moja dawna przyjaciółka ze szkoły. Ostatni raz widziałyśmy się przed świętami, gdy z Peetą wybraliśmy się na poszukiwanie choinki. Sprawiała wrażenie niepokojąco tajemniczej. Przypominam sobie najważniejsze. Sierra zmieniła się w wilka. Nie mam pojęcia, jak tego dokonała, ale dawno przestałam wierzyć w tego typu bajeczki. Może tym razem to także ona. Myślę, że może chce przekazać mi coś ważnego, ale nie może przecież wejść tak po prostu przez bramę Wioski Zwycięzców. Mogłabym wreszcie dowiedzieć się czegoś o tej ciemniejszej stronie Kapitolu i może też o Gale’u…
Z początku lekko się waham. Wiem, że źle robię, a gdyby Peeta tylko się dowiedział z pewnością nie stanęłoby tylko na jednym upomnieniu. Kategorycznie zabronił mi samej wychodzić do lasu i polować już na początku ciąży, ale teraz nie mam wyjścia. Muszę choć raz mu się przeciwstawić i dowiedzieć czegoś więcej. Nie mogę tylko cicho siedzieć i udawać, że wszystko jest w porządku.
Ściągam szybko nocną koszulę i rzucam ją niedbale na łóżko. Przebieram się w jakieś sportowe ubranie i narzucam na siebie kurtkę. Wracam się jeszcze po łuk i kilka strzał. Sama nie wierzę, że to robię. Nim zdążę pomyśleć, jakie konsekwencje może nieść moje zachowanie, już otwieram drzwi i wychodzę na ganek domu. Modlę się w duchu, żeby Peeta przypadkiem nie wracał wcześniej. Zrobi mi piekło, jeśli się tylko dowie.
Rozglądam się uważnie po Wiosce Zwycięzców. Słyszę jedynie mój przyspieszony i w pewnych momentach urywany oddech. W Dystrykcie panuje cisza, jak makiem zasiał. Łuk kurczowo ściskam w lewej ręce, strzały natomiast w prawej. Nie zabrałam kołczanu, gdyż na tą chwilę jest dla mnie odrobinę za ciężki. Muszę uważać, żeby też nikt z mieszkańców Wioski mnie nie zauważył. Z pewnością prędzej, czy później doniósłby Peecie o moich nocnych przechadzkach.
Gdy na skraju lasu rozlega się głośne wycie, moje nogi same ruszają w kierunku odgłosu. Cicho i prawie niezauważalnie przemieszczam się do bramy Wioski. Żwir pod moimi stopami nieznacznie szeleści, natomiast moje serce prawie podskakuje mi do gardła.
Kiedy już znajduję się pomiędzy drzewami niezapomniane uczucie własnej indywidualności powraca do mnie, niczym bumerang. Już wiem, czego tak bardzo brakowało mi przez te pięć miesięcy. Lasu i polowań, które są częścią mnie. Częścią mojego życia. Znajomy zapach sosen wdziera się do mojego nosa i roznosi po całym ciele, ale wciąż pozostaję czujna.
Uważnie rozglądam się po lesie, by móc wreszcie ją dostrzec. Wycie już się nie powtarza, ale wiem, że mnie znalazła. Gdy zauważam dwoje wielkich ślepiów, wpatrzonych we mnie na chwilę zamieram. Ciarki przechodzą przez moje ciało, dając mi do zrozumienia, że powinnam uciekać, ale nie ruszam się z miejsca. Ciche i krótkie warczenie wydobywa się z jej paszczy, a po chwili obnaża ostre, jak brzytwa kły. Mój urywany oddech staje się coraz głośniejszy i zdaje się trochę ją drażnić. Po chwili ostrożnie wyłania się z cienia w całej okazałości. Powoli do mnie podchodzi. Wielki wilk o szarej sierści wlepia we mnie krwiożercze spojrzenie, a ja nie wiem, czy zdążę się jeszcze uratować. 


poniedziałek, 4 maja 2015

Krótka informacja.

Witajcie, kochani ♥
Przepraszam, że musicie tyle czekać, ale mam ogromny natłok spraw prywatnych. I nie, nie bójcie się, bo nie kończę z blogiem. Kolejny rozdział już piszę i mam nadzieję, że najwcześniej uda mi się go wstawić już jutro :3 Jeśli nie, możecie podsunąć mi łykołaki.
Znów Was zawiodłam, przepraszam najmocniej i wiem, że jesteście na mnie źli. Sama jestem na siebie cholernie wkurzona, że wcześniej nie mogłam go napisać, ale naprawdę, w ostatnim czasie mam mnóstwo spraw na głowie.
Mam nadzieję, że mi wybaczycie i do jutra!
Kocham Was! x
K. G.


niedziela, 12 kwietnia 2015

34. "Samotna"

Przepraszam i już proszę was, żebyście się na mnie nie gniewali ;-; Cholernie trudno było mi napisać ten rozdział, a i tak jest taki nijaki. Wiem, że ostatnio nie dzieje się za wiele w ich życiu, ale chciałam dać im taką trochę sielankę. Następne rozdziały już takie nie będą, gwarantuję :3 Uprzedzam, że dam trochę akcji, żebyście nie zanudzili się tymi notkami ^^
Dziękuję, że tyle komentarzy przybyło pod ostatnim rozdziałem, to ogromnie wiele dla mnie znaczy i mam nadzieję, że teraz będzie jeszcze więcej. Jeśli tak, następną notkę być może dodam wcześniej :3 Taki mały szantażyk, ale mam nadzieję, że się na mnie nie fochacie ;-;
Zapraszam do czytania, wyrażania swojej opinii w komentarzach i pozdrawiam was, misie <3
+Jeśli ktoś chciałby być powiadamiany o nowych notkach mailowo lub przez mojego aska @Maddy33272 wystarczy dać znać :3
Kocham Was <3
K. G.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


Próbuję zbliżyć dłoń do jej lśniących blond włosów, lecz raz za razem jakaś niewidzialna siła nie pozwala mi na to. Chciałabym móc przeprosić ją za każdą wyrządzoną jej krzywdę. Tak, jak sądziłam jest to niewykonalne. Otwieram usta, ale żaden choćby najcichszy dźwięk nie ma szansy się z nich wydobyć. Przeze mnie jej tu nie ma. Umarła z mojej winy.
Klęczy, ubrana w przenikliwie białą sukienkę. Dopiero teraz zauważam w jej dłoniach drobny wianek, upleciony z jedynie czerwonych kwiatów. Obserwuję jej drobną twarzyczkę. Ze skupieniem w niebieskich oczach wplata ostatnią roślinę. Swoje obojętne spojrzenie powoli kieruje w moją stronę. Nawet cień uśmiechu nie pojawia się na jej twarzy, tak samo jak na mojej. Wpatrujemy się w siebie przez krótką chwilę, po czym kąciki jej ust lekko unoszą się ku górze. Dobrze pamiętam ten wyraz. Obdarowywała mnie nim, gdy miała dla mnie jakąś niespodziankę, taką prosto od serca. Zazwyczaj były to właśnie piękne wianki z kwiatów w najróżniejszych kolorach tęczy.
Wstaje naprzeciw mnie, wciąż trzymając wianek w dłoniach. Teraz dosięga mi brody, a ja nie wiem, kiedy zdążyła tak urosnąć. Chcę otoczyć ją ramieniem, powiedzieć, żebyśmy wracały do domu, ale nawet nie mogę się uśmiechnąć. Jakbym straciła panowanie nad całym moim ciałem. Stoję, jak słup soli, wpatrując się w jej niebieskie oczy. Ona zaś robi to samo.
Nagle podnosi wianek na wysokość moich oczu. Zauważam, jak płatki czerwonych kwiatów powoli zaczynają topnieć, niczym lód. Po chwili orientuję się, że zamieniają się w krew. Gęsta czerwona ciecz spływa po jej dłoniach, kapiąc na zieloną trawę. Nie wiem, co się dzieje, gdy przykłada wianek do mojej twarzy. Czuję tylko palący ból. Jakby ktoś wylał mi na policzki żrący płyn. Za wszelką cenę nie mogę się obronić. Przymykam tylko oczy, by krew nie dostała się do ich wnętrza. Mogę otworzyć usta, lecz po chwili żałuję tego czynu, gdy czerwona ciecz wlewa się do środka mojej jamy ustnej. Pali język, podniebienie, wewnętrzną część policzka. Niechcąco ją połykam, co powoduje nagłe ataki kaszlu. Krztuszę się, pochylając ciało do przodu i chcąc, by wianek czym prędzej nie dotykał już mojej twarzy. Spada na trawę, rozbryzgując krew dookoła mnie. Chcę otworzyć oczy, ale boję się, że zaczną mnie piec, jak pozostałe części mojej twarzy.
Dlaczego ona mi to zrobiła?
Zadaję sobie podobne pytania raz za razem. W mojej głowie panuje mętlik. Żadnych myśli nie mogę złożyć w wspólną całość. Nie potrafię nabrać porządnie powietrza w usta. Kiedy w końcu to zrobię, histeryczny kaszel wyrywa się z moich płuc. One również mnie pieką. Najgorsze jest to, że nie mogę się ruszyć. Żadna część mojego ciała nie jest mi posłuszna.
Nagle do moich uszu dobiega przerażający śmiech. Ciarki przebiegają po moich plecach. Nie orientuję się, z której strony dobiegają te odgłosy. Na chwilę zapada głucha cisza, podczas której słyszę jedynie gwałtowne bicie własnego serca.
I znów to samo.
Śmiechy, naokoło mnie. Nie wiem, czy tylko mi się wydaje, że one jakby mnie okrążają. Dobiegają z każdej możliwej strony, a ja już domyślam się, czyj to głos.
Ona nigdy w taki sposób się nie śmiała. Te odgłosy przypominają rechot psychopaty, który wykończył swoją ofiarę. Nie, to nie ona…
Zbieram się w sobie, by w końcu otworzyć oczy. Nie jest to łatwe z powodu krwi wciąż tkwiącej na mojej twarzy. Muszę się dowiedzieć, dlaczego ona to mi zrobiła. Moja siostra. Stawiam sobie za cel ocalenie jej życia. Wtedy nie mogłam, nie potrafiłam jej pomóc. Teraz mam drugą szansę i nie mogę jej zmarnować.
Lekko rozchylam powieki. Nakazuję moim dłoniom zetrzeć zaschniętą krew chociażby z obrzeży oczu, ale tak jak poprzednim razem, nie mają zamiaru mnie posłuchać. Jakby ktoś je zamroził. Sztywnie zwisają wzdłuż mojego ciała. Ten bezruch mnie przytłacza.
Słońce ogrzewa moją skórę, a polana, na której się znajduję wydaje się taka spokojna, jednak śmiechy wciąż nie mają zamiaru ucichnąć. Nie wyczuwam żadnej obecności wokół mnie, lecz mam wrażenie, że ktoś lub coś mnie obserwuje. Pod moimi stopami nie ma już wianka z krwią, jakby rozpłynął się w powietrzu.
Pomimo sytuacji, w której się znajduję, jestem całkiem spokojna. Nawet nie wiem, jak tego dokonałam. Kaszel odrobinę ustał, a twarz tak przeraźliwie nie piecze mnie, jak przed chwilą.
Zauważam ją. Stoi, nieruchomo na obrzeżach lasu, okalającego polanę, kilkanaście metrów ode mnie. Nie mam pojęcia, jakie ma zamiary wobec mnie, ale orientuję się, że to ona wydaje te dźwięki. Jej otwarte usta tylko utrzymują mnie w przekonaniu, że tak jest.
Rusza w moją stronę. Powoli, uważnie stawiając każdy krok. Wiatr rozwiewa jej włosy i białą sukienkę. Cały czas uważnie ją obserwuję. Nie mogę spuścić jej z oka. Najgorsze jest, że nie mam nad nią żadnej kontroli, a tym bardziej nad moim własnym ciałem.
Przystaje w niewielkiej odległości ode mnie. Jej uśmiech staje się coraz szerszy i szerszy. Obnaża swoje białe zęby, które teraz wydają się spiczaste i ostre, jak brzytwa. Uśmieszek staje się nienaturalny, kąciki jej ust prawie dotykają uszu. Marszczę brwi, ale nie mogę dać po sobie poznać, że się nią przejmuję.
W pewnej chwili jej ciało zaczyna się roztapiać, niczym wosk. Skóra staje się rozciągliwa, kapie na trawę. Najbardziej szokuje mnie, gdy z jej oczodołów wypływa krew. Gęsta, czerwona maź strumieniami spływa po policzkach, na sukienkę. Nadal na jej twarzy gości ten szatański uśmiech.
Nie mogę patrzeć na to, co dzieje się z jej ciałem. Moje tętno przyspiesza, a adrenalina we krwi podskakuje.
-Prim!- udaje mi się wywrzeszczeć. Nie płaczę, nie mam nawet takiego zamiaru. Nie mogę po raz kolejny jej stracić. Z jej oczodołów nadal wypływają strumienie krwi.
-Przynosisz śmierć, siostrzyczko- po tych słowach Prim, zamieram na chwilę. Cała sztywnieję, a ciarki przechodzą po moich plecach. Przynoszę śmierć?
Nie zdążam nawet głębiej zastanowić się nad znaczeniem tego zdania. Prim otwiera usta, z których lśnią naostrzone zęby. W mgnieniu oka biegnie do mnie. Nie mogę się obronić. Ona mnie zabije. Zagryzie na śmierć. Będzie mogła w końcu odpłacić się tym samym.
Skacze na mnie. Przymykam oczy, przykrywając twarz dłońmi, którymi wreszcie mogę poruszać. Uwiesza się na moich ramionach. Próbuję się bronić, szarpię się z nią, ale ona już wgryza się w moją dłoń. Wyję z bólu, przymykając oczy. Boję się je otworzyć, żeby nie zobaczyć swojej własnej krwi. Ale może właśnie tak ma być? Muszę cierpieć, bo to przynosi Prim radość, a ja przecież zawsze chciałam, żeby była szczęśliwa.
Zaciskam zęby, żeby kolejny jęk nie znalazł wyjścia z moich ust. Siostra drapie mnie paznokciami po ręce, później znów się w nią wgryza, a ból bierze kontrolę nad moim ciałem.
Gdy zdołam otworzyć oczy, pierwsze co zauważam to Jaskier. Włochaty kocur, drapiący łapą moją rękę. Podnoszę głowę na kilka centymetrów, zapoznając się z otoczeniem. Polana zniknęła. Nie ma śladu po drzewach, prażącym słońcu, po Prim. Leżę w łóżku i już dochodzi do mnie, że tylko śniłam. Opadam na poduszkę, głęboko oddychając. Stopniowo się uspokajam, gdy Jaskier zaczyna cicho pomrukiwać obok łóżka. Spoglądam na moją dłoń, która w wielu miejscach ma ślady po zębach i pazurach kocura. Domyślam się, że ręka podczas snu musiała bezwładnie zwisać z łóżka, a Jaskier wykorzystał to, domagając się jedzenia.
Przed moimi oczami wciąż widnieje Prim. Jej roztapiające się ciało i krew wypływająca z oczodołów. We śnie nie zrobiła na mnie dużego wrażenia, natomiast na jawie jest dużo gorzej. Te obrazy zostają w mojej świadomość przez długi czas, być może nawet na zawsze. Każdy mój koszmar zapamiętuję. Nawet lepiej niż zwyczajne sny. Bo dobrze zapamiętujemy tylko okropne rzeczy. One zostawiają ślad w naszej psychice.
Przewracam się na lewy bok i spoglądam na Jaskra. Jego bystre oczy obserwują każdy mój ruch.
-Ładnie to tak kaleczyć swoją właścicielkę, darmozjadzie?- wzdycham, ostrożnie przejeżdżając dłonią po jego brudnym futrze. Zwierzę wydaje z siebie tylko kilka pomruków i wychodzi z sypialni do kuchni, oczywiście wyczekując jedzenia.
Moja dłoń wędruje na drugą stronę łóżka. Błądzi po zimnym materacu, szukając jego ciepłego ciała. Moja nadzieja jednak gaśnie, gdy wyczuwam tylko pogniecione prześcieradło. Tak, jak się spodziewałam nie ma go. Wyszedł do pracy, jak co ranka od dwóch tygodni. Wzdycham, wstając z łóżka.
Nie mam zamiaru ukrywać, że jest mi z tym ciężko. Nie myślałam, że będzie mi go tak brakować. Rano, gdy się budzę jego już nie ma obok mnie. Zostawia po sobie jedynie śniadanie przeznaczone dla mnie. Wraca dopiero pod wieczór. Wtedy staram się każdą możliwą chwilę spędzić z nim.
Nie wiedziałam, że praca w piekarni będzie też dla mnie taka wyczerpująca. Chociaż jeszcze nie miałam okazji stać za ladą, to wzmagam się z samotnością. Nienawidzę budzić się w pustym domu. Nie mam do kogo otworzyć ust, chyba że Jaskier i Willow się liczą. Owszem, od czasu do czasu wychodzę na spacer z Johanną, czy Annie, ale na tym się kończy. Nawet nie potrzebuję ich obecności. Jedyne, czego potrzebuję to Peety.
Koszmary coraz częściej mnie nawiedzają, zdarza się, że nawet kilka nocy pod rząd. Czasem budzę się z nich w nocy, ale jednak ranek to norma. Peety w tym czasie nie ma obok mnie. Nie może ukoić mojego strachu, a ja nie potrafię bez tego normalnie funkcjonować.
Tęsknię za nim, ale w taki dziwny sposób. Jakby jego wieczorne przebywanie ze mną mi nie wystarczało. Nieraz przychodzi zmęczony z pracy, zamienia ze mną parę zdań i kładzie się do łóżka. A to mnie boli. Że nie ma dla mnie czasu.
Wczorajszy dzień był jednak dla mnie najtrudniejszym odkąd Peeta zaczął spędzać całe dnie w piekarni. Nie mógł uczestniczyć ze mną w badaniu kontrolnym u doktor Whitewood. Nie dość, że byłam sam na sam z tą kobietą, to jeszcze jego tam nie było. Zawsze razem chodziliśmy napawać się biciem serduszka Willow. Teraz nawet się z tego nie cieszyłam. Nie miałam z kim…
Nie mówiłam Peecie, że jest mi ciężko, kiedy nie ma go w domu. Nie chcę wywoływać na nim presji. Nie jestem w końcu najważniejsza. Założę się, że jeśli tylko powiedziałabym mu, jak się czuję, zamknąłby piekarnię na dobre. Wiem, ile radości przynosi mu dalsze prowadzenie interesu ojca, więc tylko udaję, że jest wszystko w porządku. Nie chciałabym, żeby rezygnował ze swoich pragnień za każdym skinieniem mojego palca.
Zamykam okno, które Peeta otworzył na noc. Początek marca wydaje się ciepły. Na ulicach dwunastki nie ma śladu po śniegu, za to słońce delikatnie przygrzewa moje policzki, gdy stoję w oknie. Ile bym dała, żeby wybrać się z moim mężem na spacer. Zabrałabym go do lasu, nad jezioro, w którym nauczyłam się pływać. Samo wspomnienie tamtego miejsca sprawia, że lekki uśmiech wkrada się na moje usta. To niemożliwe, a tym bardziej dziś. W czwartki Peeta zawsze ma nocną zmianę. W domu najwcześniej może pojawić się jutro rano. W zamian cały piątek razem z weekendem ma wolny. Szczerze wątpię, żeby udało mi się dzisiaj zasnąć. Nie potrafię zmrużyć oka bez jego ramion, okalających moje ciało. Każda sekunda nie spędzona z nim jest jak tortura. Poza tym łóżko wydaje mi się takie zimne, gdy jego ze mną nie ma. Nie wiem, jak zdołam tak dalej żyć. Chciałabym przerwać tą samotność, ale z drugiej strony wiem, że nie mogę. On nic nie wie o tym, jak cierpię. Każdy dzień wydłuża się w nieskończoność, a ja próbuję znaleźć coraz to nowsze zajęcia. Byle tylko nie zaprzątać sobie nim głowy. Przestaję o nim myśleć dopiero, gdy łza bólu znajduje ujście w kąciku mojego oka. Jest tylko jedna. Samotna, zupełnie jak ja.


sobota, 28 marca 2015

33. "Ostatnia nadzieja"

Witajcie <3
Jestem pod wrażeniem, bo napisałam ten rozdział w ciągu jednego dnia i w dodatku zajęło mi to dokładnie 10 godzin... a i tak nie jestem z niego zadowolona :/
Wiem też, że się na mnie fochnęliście. Pewnie za to, że poprzednią notkę dodałam z ogromnym opóźnieniem. Jeszcze raz przepraszam, ale mam okropny zapiernicz w szkole, w dodatku rodzice grożą mi, że odetną mi internet xD Poza tym mam też swoje życie prywatne i niekiedy naprawdę trudno jest mi napisać rozdział z powodu braku weny i czasu.
No i pod ostatnią notką były 3 komentarze... 3? Serio? Nie mam do was pretensji, ale wiem, że stać was na więcej. Poza tym blog ma coraz więcej wyświetleń (nawet około 100 dziennie) ale liczba komentarzy wciąż pozostaje stała. Nie wstydźcie się, ja po prostu  chciałabym poznać waszą opinię :3 Poza tym nie ukrywam, że wasze komentarze są dla mnie niezwykle cenne i motywują do kolejnych notek <3
Mam nadzieję, że tym razem się postaracie ^^
Kocham Was ;*
K. G.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


Czuję zimne krople na policzkach, mieszające się z resztkami moich łez. Nie mam nawet siły, by podnieść rękę zaledwie na parę centymetrów i oczyścić moją twarz z kurzu, potu i innych lepkich substancji. W tym momencie drzewo, o które jestem oparta plecami wydaje się niezwykle wygodne. Nie zwracam uwagi na kałuży błota wokół mnie. Przez dziury w brudnych ubraniach dostaje się zimny wiatr, który tylko pobudza moje zmarznięte ciało. Raz za razem głowa opada mi na ramię, domagając się w taki sposób chodź chwili snu. Nie mogę spać. Wtedy moje powieki już się nie podniosą i zapadnę w sen trwający wieczność…
Zawiodłam je. Zawiodłam mamę, a przede wszystkim Prim. Obiecałam, że wrócę chociaż z kawałkiem jedzenia. A tymczasem już nigdy nie zobaczę je na oczy. Wiem, że umieram. Nie da się tego nie zauważyć. Ogarnia mnie dziwne uczucie bezsilności. Nie mogę nic uczynić, żeby moja siostra choć raz w życiu najadła się do syta. Kiedy mój umysł przypomina mi Prim, siedzącą na stoliku w kuchni i czekającą na mnie, moje serce pęka na milion kawałeczków. Jakby ktoś wyrwał je z mojej piersi i roztrzaskał o szklaną podłogę. Albo marmurową. Nigdy nie widziałam tak wykafelkowanych podłóg. Możliwe, że w Pałacu Sprawiedliwości mają podobny wystrój. Ostrożnie stąpając bałabym się potłuc taką wykładzinę. Mogłabym się w niej nawet przejrzeć, gdybym miała ochotę. Prim zapewne z uciechą biegałaby wśród złotych ram obrazów i stołem rozciągającym się na całą salę. Wykwintne potrawy, których nazw nawet nie znam codziennie byłyby nam serwowane. Siostra zajadałaby się kurczakiem z rożna, odpowiednio doprawionym i polanym sosem. Widzę ją wlepiającą we mnie spojrzenie wypełnione uśmiechem, gdy po brodzie spływa jej kropelka tłuszczu od mięsa.
Potrząsam głową, by oczyścić umysł ze zbędnych marzeń. To nigdy nie będzie miało miejsca. Nigdy nie będziemy żyć, tak jak ludzie z Kapitolu, czy nawet spoza Złożyska. Nie powinnam wyobrażać sobie tych wszelkich potraw i szczęśliwej Prim. Już dawno przekonałam się, że marzenia to nic dobrego. Dają nam wyobrażenie czegoś, czego pragniemy ponad życie, a później rzeczywistość uderza cię w twarz, przypominając, że to wszystko i tak nigdy nie będzie miało miejsca.
Z trudnością moja klatka piersiowa unosi się i opada. Moje nieobecne spojrzenie spod na wpół przymkniętych powiek obserwuje mijających mnie mieszkańców Dwunastki. Nikt nawet nie omota mnie obojętnym wzrokiem, a co tu dopiero mówić o jakiejkolwiek pomocy. Po prostu umierające dzieci na ulicach w naszym Dystrykcie są widziane na porządku dziennym. Nikogo nie ruszają drobne zwłoki pod budynkami, czy na ulicach.
Jeśli mam umrzeć, chcę zapamiętać Prim jako śliczną, uśmiechniętą siostrę. Wyobrażam ją sobie, tańczącą na Łące z wiankiem kwiatów na głowie. Jej śmiech dźwięczy mi w uszach, a ja wiem, że teraz mogę umierać…
Trzask zamykanych drzwi sprawia, że od razu się wzdrygam. Otwieram oczy i powoli przenoszę spojrzenie w kierunku dźwięku. Brzęk dzwonka u wejścia do piekarni, stojącej tuż obok drzewa a następnie głuche uderzenie. Przez myśl przechodzi mi, że właściciel piekarni przyjdzie mnie przepłoszyć, ale po chwili zauważam chłopaka w pasie przepasanego białym fartuchem. Jego przenikliwie błękitne oczy zauważają moją drobną sylwetkę, kulącą się po drzewem. Moją uwagę przykuwają dwa czerstwe bochenki chleba, spoczywające w jego dłoniach. Pierwszą moją myślą jest, że wykarmiłabym nimi moją rodzinę przez co najmniej tydzień.
Wtem chłopak zostaje popchnięty w moim kierunku, ale nadal znajduje się w bezpiecznej odległości od drzewa. Zza jego pleców wyłania się kobieta w spiętych włosach. Wygląda na zdenerwowaną. Rzuca w kierunku chłopaka parę wyzwisk, ale mój umysł już nie rejestruje, jakiej są treści. Jego matka na koniec uderza otwartą dłonią policzek blondyna, a następnie znika w drzwiach piekarni. Wzdrygam się, gdy zauważam czerwony i dobrze widoczny ślad na twarzy chłopaka. Patrzy na mnie przez chwilę, jakby się nad czymś zastanawiał, wciąż trzymając bochenki w rękach. Od samego patrzenia na chleb mój głód przybiera na sile do tego stopnia, że muszę odwrócić wzrok, przymykając oczy. Jestem przemoczona, zmarznięta, osłabiona, głodna, więc niech mnie chociaż nie kusi tymi dwoma przypieczonymi bochenkami.
Już prawie godzę się z opcją nieuchronnej śmierci, gdy tuż przy moich stopach rozlega się plusk. Czy ja nawet nie mogę umrzeć w spokoju?
To, co zauważam na ziemi wśród błota sprawia, że moje serce na chwilę zabiło szybciej. Dwa duże bochenki chleba leżą u moich stóp. Wlepiam w nie swój wzrok z niedowierzaniem, po czym odruchowo spoglądam w stronę piekarni. Chłopak zatrzymał się na chwilę w drzwiach, dając mi do zrozumienia wzrokiem, że mam je wziąć. Z otwartymi lekko ustami pełznę na czworaka, by podnieść bochny, cały czas patrząc na blondyna. Podnoszę chleb, natychmiast czując jego charakterystyczną woń i chrupkość. Nie mogę uwierzyć, że trzymam je w dłoni. Jeszcze raz spojrzeniem omiatam piekarnię, ale jego tam już nie ma. Nie wiem, jak w takiej sytuacji powinnam się zachować. Podziękować chłopakowi, chyba jestem mu w jakiś sposób dłużna, ale w tej chwili moje myśli zaprząta Prim. Jej uśmiech, który zastanę w domu. Nie zawiodę jej i tego się trzymam.
Wiem już, że jestem zobowiązana blondynowi i w głębi duszy czuję, że nie jest to nasze ostatnie spotkanie. Zawdzięczam mu swoje życie i mojej rodziny również. W duchu dziękuję mu za te dwa bochenki, które chowam pod bluzkę. Lecz jego przenikliwie błękitne oczy wciąż nie mogą ulotnić się z mojej pamięci… Bo nie zapomina się twarzy osoby, która była twoją ostatnią nadzieją...
Wspominam ten dzień, gdy stoję tępo przed budynkiem, przy którym parę lat temu niemalże umierałam. Dreszcze przeszywają moje ciało, gdy spoglądam w miejsce, gdzie jeszcze wtedy znajdowało się drzewo, o które się opierałam. No, tak. Po bombardowaniu w Dwunastce nic nie ocalało, a tym bardziej taka stara jabłoń.
Nie przychodziłam prawie w to miejsce po tym, jak Peeta ocalił mi życie. Miałam świadomość, że jestem jego dłużniczką i już zawsze będę. Jedynie mijałam piekarnię w drodze do szkoły. Nieumyślnie zawsze spoglądałam w okna, by dostrzec chociaż blond czuprynę chłopaka.
Teraz budynek wygląda prawie identycznie. Jest jedynie odnowiony, na zewnątrz pomalowany białą farbą. Ganek zapamiętałam taki sam. W tym miejscu policzek Peety przyjął ciężki cios od matki za przypalenie chleba. Dla mnie.
Jednak gdy przeniosę wzrok nieco w górę, nad zadaszenie, kąciki moich ust znacznie się unoszą. Ogromny szyld wiszący przed moimi oczami z pomarańczowym napisem na zielonym tle.
U Katniss i Peety”
-Chcesz zobaczyć wnętrze?- głos blondyna sprowadza mnie na ziemię. Przenoszę na niego mój rozkojarzony wzrok i posłusznie kiwam głową. Widzę dumę wymalowaną na jego twarzy. Rumieńce na policzkach tylko utwierdzają mnie w przekonaniu, że już wie, jaką zrobił mi nieprzewidywalną niespodziankę. Naprawdę nie spodziewałam się, że znów w tym samym miejscu stanie piekarnia i to jeszcze z moim imieniem na szyldzie.
Wchodzimy do środka. Ściany wnętrza są koloru łagodnej pomarańczy. Dokładnie omiatam wzrokiem każdy kąt. Przy drzwiach, pod ścianą ustawionych jest kilka stolików z krzesłami. Pewnie dla klientów, chcących spożyć wypieków Peety na miejscu. Nieco w głębi znajduje się blat z kasą, a za nią lady, przypuszczam że czekające na pożywienie. Dostrzegam jeszcze zaplecze, gdzie znajduję się pojedyncze piece do pieczenia oraz składniki do ciast.
-I jak ci się podoba?- czuję dłoń Peety na moim ramieniu. Odwracam się i spoglądam mu w oczy. Widzę w nich dumę wymieszaną z oczekiwaniem na moją odpowiedź. Kiedy przeszywa mnie wzrokiem, niczym strzałą, lekko się rumienię, spuszczając wzrok.
-Tu jest pięknie- wzdycham. Nie wiem, co powiedzieć, a nigdy nie byłam wykwintna w ocenianiu. Peeta doskonale o tym wie, więc taka odpowiedź go satysfakcjonuje- Kiedy ją odbudowałeś?
-Gdy byliśmy w Kapitolu wynająłem robotników, którzy wybudowali szpital. Zanim wróciliśmy piekarnia była gotowa, a ja ją tylko pomalowałem i umeblowałem. Nic wielkiego- wyjaśnia, wzruszając ramionami- Jest nasza. Chciałbym dokończyć interes ojca. Nie mógłbym tak po prostu go zawieźć i zapomnieć o miejscu, gdzie spędzałem prawie cały dzień. W końcu nie na darmo uczył mnie piec. Wiesz o co mi chodzi?
-Tak, tylko że jest mały problem.
-Jaki?- dziwi, unosząc brwi i obejmując mnie w talii, tym samym przybliżając się do mnie.
-Jedyne, co potrafię przyrządzić to wodę. A i tak niekiedy ją przypalę. Więc wiesz… nie ukrywajmy, że naprawdę marna ze mnie kuchareczka- stwierdzam, a Peeta śmieje się z dezaprobatą, kręcąc głową.
-Jeśli chcesz, mogę cię nauczyć- proponuje, powracając wzrokiem na moje usta. Pod naciskiem jego oczu niekontrolowane dreszcze przedzierają się przez moje ciało.
-Obawiam się, że chyba nawet to nie pomoże- tym razem to ja się śmieję, a Peeta po chwili mi wtóruje. Kolejny raz w przeciągu jednego dnia unoszę w górę kąciki ust. Zauważam niezwykły postęp. Jak dotąd byłam zamknięta w sobie, mój mąż zresztą także. Kolejny raz obiecuję sobie, że już nigdy nie będę tak marnować dni. Na strachu i obawach. I tym razem tej obietnicy postaram się nie złamać.
Przykłada swoje czoło do mojego. Nasze oddechy mieszają się ze sobą, a ja mam wrażenie wyróżnienia mogąc wdychać powietrze, którym oddycha Peeta. Lekko trącam nosem jego policzek, co zwykle robię, gdy dreszcze przejmują kontrolę nad moim ciałem przy styczności z Peetą. Już chcę zbliżyć swoje usta do jego, gdy mi przerywa:
-Zgadzasz się?- pyta z ekscytacją w oczach. Ogniki tańczące w jego błękitnych tęczówkach zdradzają, jakie to dla niego ważne- Żebym dalej prowadził piekarnię ojca?
Zatrzymuję wargi dosłownie parę centymetrów od jego. Nawet nie mogłabym pokręcić głową, a co dopiero się nie zgodzić. Peeta zanim zacznie pracę w piekarni chce się upewnić, czy aby nie mam nic przeciwko. Nie chciałabym, żeby rezygnował z wszystkiego, co mi się nie podoba, dlatego bez wahania potakuję głową. Nie mogłabym zrujnować jego pasji, co do pieczenia różnorodnych przysmaków i tym samym malować uśmiech na twarzach klientów. Nieraz miałam okazję się przekonać, jak pyszne są specjały Peety.
Godzę się nawet z myślą, że nie będzie go przez większość dnia. Ale przecież sam wspomniał, że mogę mu pomagać, jeśli zechcę. Poza tym mam do towarzystwa jeszcze Johannę, Annie oraz Finn’a, a z nimi nie sposób się nudzić. Mam nadzieję, że nie będzie mi tak brakować jego ciepłych ramion i kojącego głosu w ciągu dnia.
-Zapomniałbym o najważniejszym- przypomina sobie i momentalnie odrywa swoje usta od moich. Spoglądam na niego spode łba, ale on mnie skrzętnie ignoruje. Nie zwraca nawet uwagi na moje lekko zirytowane westchnięcie. Wyciąga spod lady małe zawiniątko i wkłada je w moje dłonie. Ostrożnie je rozpakowuję, a po chwili przed moimi oczami ukazuje się nasze zdjęcie ze ślubu, średniej wielkości oprawione w mahoniową ramkę.
-Zawsze potrafisz mnie zaskoczyć- wzdycham, wpatrując się w fotografię. Jesteśmy na niej uśmiechnięci, pełni radości. Chyba nikt nie pomyślałby, że nie tak dawno braliśmy udział w Igrzyskach. Wyglądamy na szczęśliwych i tacy naprawdę byliśmy. Przytuleni do siebie, Peeta w swoim garniturze, ja zaś w pięknej sukni, która na wywiadzie z Ceasarem zmieniła się w Kosogłosa. Nigdy nie zapomnę tego cudownego dnia.
-Mógłbym ją powiesić, pani Mellark?- jego figlarny uśmieszek przykuwa moją uwagę. Posłusznie oddaję fotografię, a Peeta po chwili wiesza ją na jednej ze ścian piekarni. Pięknie się prezentuje i podkreśla szyld piekarni- „U Katniss i Peety”. Chodź mój mąż pewnie będzie przebywał tutaj zdecydowanie częściej.
-Jednak ocalało więcej zdjęć ze ślubu- zauważam, wciąż wlepiając wzrok w obrazek. Wydaje mi się, że niezwykle pasuje do koloru ścian.
-To jeszcze nie koniec niespodzianek.
-W domu też mamy tą fotografię?- strzelam, podchodząc do Peety i kładąc głowę na jego ramieniu.
-I wszystko zepsułaś…- mówi, spuszczając głowę- Tak, większe i wisi nad naszym łóżkiem. Haymitch miał mnie wyręczyć pod naszą nieobecność.
-Jesteś kochany- szepczę, pozwalając, by jego usta znów zapanowały nad moimi. Jak już wspominałam, będą to dla mnie pamiętne walentynki. Tyle razy uśmiech przejmował moją twarz podczas jednego dnia, że w ciągu tego miesiąca nawet połowy z tego nie byłam świadkiem. Peeta w dodatku nie odetnie się już ode mnie, ani ja od niego. Musimy jakoś przetrwać nadchodzące dni, a najlepszą podporą dla siebie jesteśmy my nawzajem. Musimy chronić się nawzajem. Zawsze.