piątek, 16 stycznia 2015

27. "Wywiad"

Mam! Napisałam i możecie już czytać, a najważniejsze jest to, że dostałam weny! Yey ^^
Chciałam podziękować wam za wszystkie cenne dla mnie komentarze, jesteście kochani, że jednak mam dla kogo to pisać ;*
Kolejna notka powinna pojawić się wcześniej, o ile zasypiecie ten rozdział komentarzami :3 Pozdrawiam, skarby <3
K.G.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


-Auć!- piszczę, gdy Venia po raz kolejny stara się wyrwać włosy z mojej głowy. Przeprasza mnie spojrzeniem, wyciągając kępkę z grzebienia. Jak tak dalej pójdzie wyjdę na scenę całkiem łysa. Kątem oka zauważam zaniepokojony wzrok Peety. Wszyscy muszą wysłuchiwać moich jęków przez jeszcze co najmniej godzinę. W duchu modlę się, żeby te męczarnie jak najszybciej się skończyły.
Czuję, jak grzebień znów sunie wzdłuż moich włosów, rozplątując kołtuny na końcówkach. Venia jest dosłownie zawiedziona stanem, w jakim się im pokazałam. Miałam już depilację nóg i rąk, przedłużanie paznokci, na których teraz migoczą małe ogniki. Pozostał jeszcze do zrobienia odpowiedni makijaż i sukienka. Effie przed chwilą pobiegła po buty, a ja obawiam się, że wybierze największe szpilki, ale jestem jej niezmiernie wdzięczna za to, co dla mnie robi.
Spoglądam w stronę Peety, któremu Flavius zapina marynarkę. Jego garnitur naprawdę robi na mnie wrażenie. Nieskazitelny błękit kontrastuje z jego oczami, czyniąc go w ten sposób jeszcze bardziej atrakcyjnym. Peeta dostrzega moje spojrzenie i puszcza do mnie oko, przy czym ja od razu się rumienię.
-Katniss, znalazłam idealne buty!- entuzjastyczny głos Effie od razu przywraca mnie do rzeczywistości. Zbliża się do mnie, trzymając w ręku kremowe szpilki. Sam ich widok mnie przeraża. Takimi obcasami z pewnością można by zabijać na Igrzyskach. Są cieńsze niż mój mały palec.
-Ona tego nie włoży- wtrąca się Peeta, podchodząc do nas. Głos ma stanowczy.
-A to niby dlaczego?- Effie wydaje się być zawiedziona, ale jej oczy nadal lśnią na widok butów.
-Przecież jest w ciąży, a ja nie pozwolę, żeby ubrała takie szpilki.
-Przykro mi Effie, ale jednak muszę zgodzić się z Peetą- robię smutną minę, ale w głębi duszy skaczę z radości. Jestem mu niezmiernie wdzięczna, że jednak nie będę musiała ubierać tych narzędzi tortur.
-Nie są aż takie wysokie, no ale dobrze. Zobaczę, czy znajdę coś na płaskiej podeszwie. Katniss, nie chcę ci wytykać, ale przez tą ciążę stracisz figurę, zobaczysz- mówi, grożąc palcem i już odchodzi na poszukiwania innego obuwia. Odruchowo przewracam oczami. Akurat obchodzi mnie moja figura.
-Dziękuję, że się jej sprzeciwiłeś- szepczę do Peety, delikatnie całując jego usta- Po tym całym wywiadzie odwdzięczę ci się.
Niemal widzę, jak w jego oczach tańczą ogniki.
-Nie przejmuj się Effie. Dla mnie zawsze i tak będziesz najpiękniejsza- zakłada mi kosmyk włosów za ucho i przygryza płatek mojego ucha. Jego oddech przyjemnie drażni moją skórę, przez co się wzdrygam. Muszę przestać tak gwałtownie reagować na jego bliskość.
-Przestań, Peeta- upominam go, po raz kolejną rumieniąc się. Moja twarz pewnie przypomina buraka.
-Dlaczego?
-Bo jeśli nie przestaniesz jestem gotowa zedrzeć z ciebie ten garnitur tu i teraz- szepczę najciszej, jak potrafię, za to Peeta śmieje się, obnażając białe zęby. W jego śmianiu się jest takie coś, że ja od razu również mam ochotę wybuchnąć śmiechem. Jeszcze nawet nie rozszyfrowałam, co to takiego, ale czuję, jak moje policzki po prostu płoną. Przykładam do nich zimne dłonie, ale i to nie pomaga.
Effie robi ostatnie poprawki w makijażu i już jestem gotowa do wystąpienia przed kamerami. Podchodzę do lustra i prawie się nie poznaję. Częściowo upięte włosy opadają falami na moje nagie ramiona. Suknię o kolorze pomarańczowym okala srebrny brokat. Swoją drogą, myślę, że to Peeta pomagał Effie ją wybrać, ale wyglądam naprawdę pięknie. Góra ubioru kończy się tuż nad moim biustem, więc nie potrzebuję ramiączek. Falbanki u dołu dosłownie mienią się w świetle lampy. Odwracam się bokiem do lustra, spoglądając na brzuch. Zauważam, że trochę odznacza się dzięki przylegającej sukni, ale nie przeszkadza mi to. Jedynie na ten widok szerzej się uśmiecham.
Effie jednak znalazła srebrne baleriny, które z ulgą zakładam na stopy. Wyrobiliśmy się sporo przed czasem. Wywiad mamy wyznaczony na dwudziestą, a tymczasem zegar wskazuje parę minut po osiemnastej. Ostrożnie siadam na kanapie, obawiając się, czy brokat z sukni nagle się ze mnie nie zsypie. Powieki pod warstwą makijażu wydają mi się wyjątkowo ciężki i prawie przysypiam, gdyby nie Peeta wchodzący do pokoju. Na szczęście na razie jesteśmy sami, ale później może się to zmienić, więc chcę wykorzystać sytuację. Nachodzi mnie silna potrzeba jego bliskości, bo inaczej oszaleję.
Gdy mnie zauważa przystaje na chwilę i otwiera buzię ze zdumienia. Chce coś powiedzieć, ale w ostateczności rezygnuje, szeroko się uśmiechając.
-Dziękuję za wybór sukni- podchodzę do niego i obracam się, demonstrując jak falbanki magicznie lśnią.
-Skąd wiesz, że to ja?
-A kto inny mógłby wybrać pomarańczową, niczym zachodzące słońce?
-Ty akurat jesteś wschodzącym- na jego twarzy błądzi uśmiech, a ja nie wytrzymuję i wpijam się w jego wargi. Smak, jaki wlewa mi się do ust jest tym ulubionym. Właśnie za nim tęskniłam przez te parę minut. Nogi momentalnie odmawiają mi posłuszeństwa, a przez ciało przelewa się tak dobrze mi znane uczucie pożądania. Muszę się powstrzymywać, by nie zacząć odpinać jego marynarki. Karcę się w myślach, gdy jednak moje dłonie zmierzają do jego szyi. Nic nie poradzę na buzujące we mnie hormony. W duchu powtarzam sobie, żeby trzymać ręce przy sobie.
Nagle Peeta podnosi mnie, nie odrywając ust i zmierza ku kanapie. Sadza mnie sobie na kolanach, a ja uważam, żeby nie pognieść jego marynarki. Gdy w końcu odrywamy się od siebie, oboje łapczywie wdychamy powietrze. Kładę głowę na piersi Peety, czując jeszcze większe zmęczenie. Natomiast on przytula mnie do siebie. Mogę ten gest zaliczyć do najmilszych na świecie. Wiem, że na więcej w tej chwili nie mogę liczyć, więc jeszcze raz muszę nacieszyć się jego wargami.
Przysłuchuję się równomiernemu biciu jego serca, ale moje myśli teraz krążą wokół mamy. Dlaczego nie cieszy się z tego, że jestem w ciąży? Chyba jako matka powinna chociaż pozytywnie na to patrzeć. A może obawia się Peety? Myśli, że po tym, co zrobili mu w Kapitolu może zrobić mi krzywdę? Nie, przecież to wykluczone. On nigdy nie podniósłby na mnie ręki, ale jeśli znów błyszczące wspomnienia wrócą? I nie zdążę temu zapobiec? Momentalnie przed oczami pojawia mi się Peeta, który próbuje znów mnie udusić, tym razem w domu. Podchodzę do niego, kładę rękę na ramieniu, a on uderza mnie z całej siły w twarz. Odruchowo przykładam dłoń do policzka, który tamtego wieczora przyjął cios.
-Co cię trapi?- Peeta wprowadza mnie do rzeczywistości. Musiał pewnie zauważyć, że od jakiegoś czasu nad czymś uciążliwie myślę. Jego oczy nie pozwalają mi się wywinąć od odpowiedzi.
-Nic takiego. Nie będę zawracała ci głowy.
-Twoje zmartwienia są moimi- jego zaniepokojone spojrzenie nie daje mi spokoju. Tym bardziej, gdy całuje mnie w czoło moje usta same chcą mu wszystko powiedzieć.
-W szpitalu, kiedy poszedłeś do lekarza zobaczyć, co z tymi siniakami do sali weszła mama. Myślałam, że to będzie zwykła rozmowa, ale ona ni stąd, ni zowąd zapytała mnie, czy jesteśmy pewni, że będziemy odpowiedzialnymi rodzicami. Dziwne, nie sądzisz?- wyjaśniam, spoglądając mu w oczy. Marszczy tylko brwi, mocniej mnie przytulając.
-A ty, co jej odpowiedziałaś?
-Że to jest nasza sprawa, no i może trochę jej wypomniałam, jak postąpiła ze mną i Prim po śmierci taty. Przecież sobie poradzimy, prawda?
-Oczywiście, że tak. Nawet nie wiesz, jakim czynisz mnie szczęśliwym- gdy wspomina o dziecku, niemal zauważam, jak jego oczy lśnią.
-Co chcesz przez to powiedzieć?
-Że kiedy wyliczam dary od losu… was liczę podwójnie- wyjawia, całując mnie w czubek nosa- Tak w ogóle, to jak się czujesz?
-Bywało gorzej. Trochę mnie mdli, ale da się wytrzymać i…- dopiero teraz uświadamiam sobie, że rzeczywiście jest mi niedobrze.
-I co?- dopytuje się Peeta z troską w oczach.
-I mam wielką ochotę na czekoladowy budyń z bananami- odpowiadam z niekrytym uśmiechem na ustach. On mi wtóruje, przejeżdżając palcami po moim brzuchu.
-Może być truskawkowa galaretka z obiadu?
-No dobrze… Zjem wszystko, byle coś słodkiego- na samą myśl o słodkościach oblizuję usta.
-Zobaczę, co da się zrobić- mówi, jeszcze raz całuje moje czoło i wychodzi z pokoju, zostawiając mnie samą z wszystkimi myślami, które dręczą mnie od paru dni.
***
Czekamy, aż Ceasar nas zapowie, a ja przygotowuję się na spotkanie z kamerami. Moja ręka wyszukuje dłoń Peety i zachłannie ją chwyta. Jej zimno momentalnie przenosi się na moją skórę. Chyba jeszcze nigdy nie czułam, żeby jego ciało było tak chłodne, ale w tej chwili jest to mało istotne. Teraz za kulisami jesteśmy całkiem sami, nie to co rok, czy dwa lata temu. Nienawistne, a czasem zazdrosne spojrzenia innych trybutów dało mi się we znaki. Na wspomnienie tamtych chwil bez opamiętania się wzdrygam, a nogi same zaczynają mi drżeć, przez co muszę bezzwłocznie usiąść.
-Coś ci jest?- Peeta, pobladły na twarzy siada obok mnie. Jego naglące spojrzenie oczekuje odpowiedzi, a ja tylko kręcę przecząco głową.
-To tylko stres- mówię cicho, a on otacza moje dłonie swoimi. 
-Jeśli chcesz, mogę odpowiadać na większość pytań.
-Dziękuję- uśmiecham się, całując przelotnie jego usta. Bliskość Peety jest dla mnie w tej chwili najlepszą podporą.
Gdy słyszę, jak Ceasar prosi nas na scenę, moje serce dobrowolnie zaczyna swoje szybsze bicie. Peeta delikatnie pociąga mnie za rękę, bym wstała i ofiaruje mi swoje ramię. Bez tego przewróciłabym się na samym środku sceny.
Opuszczamy pomieszczenie za sceną, a ja od razu słyszę gromkie krzyki i gwizdy. Lekko unoszę kąciki ust, ale mój wzrok traci ostrość, jakbym za chwilę miała zemdleć. Ceasar całuje moją dłoń, obdarzając mnie ciepłym uśmiechem, po czym natychmiast siadam na fotelu. Myślę, że serce za chwilę dosłownie wyskoczy mi z piersi. Oddycham głęboko, by choć trochę się uspokoić. Peeta zajmuje miejsce obok mnie, a Ceasar na swoim fotelu, nadal z szerokim uśmiechem na ustach. W tym roku jego włosy przybrały limonowy kolor. Do barwy dobrał pasujący garnitur, ale i tak od samego nadmiaru makijażu jest mi niedobrze.
-Nasi słynni nieszczęśliwi kochankowie z Dwunastego Dystryktu! Choć teraz może już szczęśliwi- jego białe zęby aż kolą w oczy- Gromkie brawa dla nich, proszę!
Przez salę przechodzi gwar z nutą klaskania. Mam wrażenie, że za chwilę opadnę nieruchomo na fotel, więc bez zastanowienia wsuwam moją dłoń w Peety. Wzrokiem upewnia się, czy wszystko ze mną w porządku, a ja powoli zaczynam odzyskiwać ostrość widzenia.
-A więc powiedzcie, jak się między wami układa?- pierwsze pytanie pada w kierunku Peety, a przynajmniej tak mi się wydaje.
-Od ślubu, a może nawet przed, naprawdę wspaniale. Jej usta jeszcze nigdy nie były mi bliższe- odpowiada blondyn z niekrytym uśmiechem. Odwraca twarz do publiczności, która wybucha śmiechem. Czy naprawdę ta odpowiedź była taka zabawna?
Przed nami siedzą chyba setki Kapitolińczyków, oczywiście ubranych w najróżniejsze kolory tęczy, ale nie zauważam ani jednej kamery. Upewniam się jeszcze wzrokiem, rozglądając po sali. Marszczę brwi, gdy jednak to prawda. Na sali nie ma ani jednej kamery. Czyżby Kapitol nie chciał, żeby wszyscy oglądali nasz wywiad? Przecież to wielka atrakcja dla takich ludzi, jak oni. Nie potrafią przeżyć dnia bez plotki na czyjś temat, a tym bardziej nieszczęśliwych kochanków z Dwunastki.
-Widzę, że niedługo rodzina Mellarków się powiększy, mam rację?- głos Ceasara sprowadza mnie na ziemię. Zakłopotanym wzrokiem spoglądam na niego, a on oczekuje odpowiedzi.
-Tak, ja i Peeta spodziewamy się dziecka- wyjaśniam z szerokim uśmiechem na ustach. Prowadzący klaszcze w dłonie, a caluteńka sala mu wtóruje. Zewsząd da się słyszeć przeciągliwe wzdychania.
-Wreszcie możecie być prawdziwą rodziną, ale Katniss, jak poradziliście sobie ze stratą pierwszego dziecka?- no tak, wymyślona ciąża nadal jest w ich pamięci. Udaję, że mina mi rzędnie na samo wspomnienie o niej. Bo tak w rzeczywistości powinno być, prawda? Otwieram buzię, by coś odpowiedzieć, ale po chwili zrezygnowana ją zamykam, spoglądając prosząco na Peetę.
-Cóż, z początku nie mogliśmy pogodzić się ze stratą dziecka, ale to nie nasza wina. Oczywiście Katniss się o wszystko obwiniała, ale przecież to przez Ćwierćwiecze Poskromienia i rebelię. Za to teraz los może wynagrodzić nam tą okropną stratę- Peeta mówi wszystko płynnie, a do tego na jego twarzy pojawia się niekryty smutek. Na koniec mocniej ściska moją dłoń.
-Peeta, powiedz mi, jak zareagowałeś na wieść o drugim dziecku?
-Byłem oczywiście zaskoczony, ale też wniebowzięty. Wiem, że razem z Katniss będziemy jak najlepszymi rodzicami dla naszego dziecka, bo cóż może być piękniejszego, niż dostać życie i dać je komuś innemu? Rodzina, największe bogactwo,  które nic nie kosztuje, a oddalibyśmy za nią wszystko…- zawsze wiedziałam, że Peeta ma dar mówienia, ale to, co powiedział przed chwilą dosłownie wbiło mnie w fotel. Mimowolnie w moich oczach pojawiają się łzy. Chociaż w myślach nakazuję im, aby z nich nie wypływały one i tak robią swoje i ściekają po moich policzkach. Peeta naprawdę tak myśli? Czy może to znowu gra na uczuciach Kapitolińczyków? Od razu odrzucam od siebie tą myśl. Wierzę, że on mówi, to co siedzi mu w głębi serca, ale ubiera to w tak piękne słowa, że czym prędzej znów muszę osuszyć policzki palcami. Na koniec przypieczętowuje swoje słowa pocałunkiem, złożonym na moich ustach. Zewsząd dobiega nas jeszcze większy zachwyt, ale w tej chwili tylko skupiam się na jego wargach. Nic innego nie istnieje. Żadna sala wypełniona po brzegi kolorowymi mieszkańcami. Nie ma Ceasara, a my jesteśmy w swoim własnym świecie.
Nagle na scenę wchodzi dwójka mężczyzn, ubranych w białe stroje. Nawet bez pokazywania twarzy potrafię ich rozpoznać. To Strażnicy Pokoju. Tylko, co oni tutaj robią?
Ceasar nie jest pewien, co w takiej sytuacji powinien zrobić, więc tylko otwiera usta i je zamyka, wstając z fotela. Razem z Peetą idziemy za jego przykładem. Blondyn staje przede mną, oddzielając mnie od Strażników, a ja zaczynam dobrowolnie dygotać. Skoro tu przyszli muszą coś od nas chcieć.
-Panna Mellark? Pójdzie pani z nami- mówi jeden ze Strażników, wyciągając mnie za ramię ze sceny. Z początku się opieram, ale później Peeta nas ponownie rozdziela.
-Ona nigdzie nie pójdzie, a jak już to ze mną- chłodny głos chłopaka niepokoi mężczyzn.
-Ale mamy tutaj wywiad. Nie mogą panowie przyjść trochę później?- zakłopotany Ceasar staje tuż obok nas, zaciągając mnie z powrotem na fotel, lecz Strażnicy jeszcze nie skończyli.
-O co chodzi?- pytam zniecierpliwiona.
-Musi pani złożyć zeznania do sytuacji z Rory’m Hawthorn’em. Bezzwłocznie udamy się do Pałacu Prezydenckiego.
Czuję, jak nogi dosłownie uginają się pode mną. Kurczowo przytrzymuję się Peety, żeby tylko nie upaść. Musimy złożyć te zeznania, bo wiem, że ze Strażnikami Pokoju się nie zadziera. Nie dadzą nam spokoju. Może też uda mi się wskórać coś, żeby złapali w końcu Gale’a. Przecież stanowi dla mnie śmiertelne zagrożenie. I nie tylko dla mnie.
Na sali roznoszą się okrzyki niezadowolenia. Parę osób próbuje nas powstrzymać, żeby dokończyć wywiad, ale sprawa z Rory’m jest w tej chwili ważniejsza. Żegnam się z Ceasarem, a on szepcze do mnie ciche „powodzenia”. Pomimo tego już wiem, że tej nocy nie będę spać spokojnie… 


piątek, 9 stycznia 2015

26. "Najlepsze lekarstwo"



Kolejny rozdział :3 Trochę dłuższy niż pozostałe, więc liczę na wasze komentarze <3 Pozdrawiam i niech los zawsze wam sprzyja! ;*
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

 Przyjemne ciepło rozchodzi się po moim ciele, zaczynając od dłoni. Stopniowo pokrywa ramiona, a po chwili dochodzi do palców u stóp. Odruchowo unoszę kąciki ust, szukając źródła tego wspaniałego uczucia. Lekko poruszam palcami prawej ręki, badając opuszkami palców miękkie podłożę. To samo próbuję z lewą dłonią. Dziwi mnie fakt, że nie mogę jej ruszyć. Dopiero teraz czuję na niej drobny ciężar. Marszczę brwi, decydując się na otworzenie oczu. Przenikliwy ból w tylnej części głowy dostatecznie mnie rozbudza. Cicho syczę, wykrzywiając twarz w grymasie.
 W pomieszczeniu, w którym się znajduję panuje lekki półmrok. Próbuję sobie przypomnieć, jak się tu znalazłam. Co się wydarzyło? W nozdrza wdziera mi się ten nieprzyjemny, szpitalny zapach. Dlaczego to akurat zawsze musi być szpitalna sala?
 Nagle wszystkie wydarzenia uderzają mnie w twarz. Przed oczami przebiega mi gonitwa za Rory’m, zawalający się budynek, ręka chłopaka, wystająca spod gruzów domu. Moje ciało tężeje na wspomnienie tamtych chwil. Znów musiałam przyczynić się do śmierci niewinnej osoby. Kolejny raz nie potrafiłam komuś pomóc.
 Zawsze spotykałam Rory’ego uśmiechniętego od ucha do ucha. Pomimo przeciwności losu, z jakimi wzmagały się nasze rodziny, on był niesamowicie pozytywnie nastawiony do życia. Pomagał Gale’owi, jak tylko umiał. Tak, jak jego starszy brat był podporą rodziny. Nie pozwalał jej się zawalić pod gruzami szarej rzeczywistości. Wiem, że nigdy nikogo nie odważyłby się skrzywdzić. Ale tam, w zawalającym się budynku widziałam w nim kogoś całkiem innego. W jego szarych oczach dominował strach. Dążył tylko do tego, aby ochronić rodzinę. Gdyby ktoś wygrażał mi, że zabije moich bliskich pewnie posunęłabym się do tego, co Rory. Nie mam mu za złe, że próbował pozbawić mnie życia. Poświęcił się dla dobra Hazel i rodzeństwa. Mam tylko nadzieję, że teraz jest w o wiele lepszym miejscu.
 Pozostaje jeszcze kwestia Gale’a. Gdyby ktoś powiedział mi parę lat temu, że on zrobi coś tak potwornego z pewnością wyśmiałabym go na miejscu. Mój przyjaciel, z którym dzieliłam tajemnice, zmartwienia, problemy tak po prostu usiłuje mnie zabić. Nie mogę w to uwierzyć, że zaledwie dwa lata temu byliśmy nierozłączni. Oboje pomagaliśmy sobie w utrzymaniu rodziny. A on tak po prostu odwrócił się ode mnie po tym wszystkim, co przeszliśmy. Po tym, co zrobił Prim, po rebelii, po wojnie. Teraz wrócił i pragnie mojej krwi, a najgorsze jest to, że nie mogę z nim po prostu porozmawiać. Czy tak nie byłoby łatwiej? Wyjaśnić parę spraw zamiast wysyłać koleżków, żeby to oni ubrudzili ręce zamiast niego. W dodatku jeszcze grozić swojej własnej rodzinie. Przecież to chore. Gale jest chory psychicznie. Ta jego cholerna zazdrość doprowadzi do naprawdę tragicznych skutków.
Delikatnie odwracam głowę w lewą stronę i dopiero teraz orientuję się, że jednak na sali nie jestem sama.
-Peeta- szepczę, ledwo słyszalnym głosem. Jego głowa spoczywa na łóżku tuż obok mnie. Na pewno jest wyczerpany, tak samo jak ja. Po raz kolejny mnie uratował. Gdyby nie on leżałabym martwa pod gruzami, jak Rory. Nie mam pojęcia ile jeszcze razy będzie musiał przybywać mi na ratunek, ryzykując własne życie. Ale wiem jedno, Gale na pewno już pojął, że to Peeta stanowi główną przeszkodę w dostaniu się do mnie. Nie mogę przecież pozwolić na to, żeby ta bestia zabiła mojego męża. Dziwne, pierwszy raz myślę o Peecie, jako o moim mężu. Przecież nie cały miesiąc temu się pobraliśmy, a ja dopiero teraz uświadamiam sobie, jakie to było dla nas ważne. Jesteśmy rodziną, co oznacza, że będziemy razem na zawsze, a nie tylko wtedy, kiedy jest dobrze. Peeta mnie nie zostawi, nie jest taki. Będziemy walczyć o swoje racje, a Gale niech wie, że z rodziną Mellarków nie wygra.
 Ostrożnie podnoszę rękę, by przeczesać jego blond włosy. Potem delikatnie dotykam policzka i orientuję się, że to on cały czas trzyma mnie za dłoń. To źródło tego przyjemnego ciepła, które oblewa moje ciało. Jego twarz jest taka spokojna, jakby już nigdy nie miał się niczym zamartwiać. Łagodne rysy sprawiają, że odruchowo się uśmiecham. Od razu przypominam sobie mój koszmar, gdzie Gale go torturował. Czy tak właśnie wyglądałby Peeta, gdyby… umarł? Spoglądam na jego klatkę piersiową, która równomiernie unosi się i opada. Co by się stało, gdyby przestała się poruszać? Próbuję wyobrazić sobie świat bez jego kojących ramion, troskliwych spojrzeń, błękitnych oczu, ciepłych pocałunków. Dla mnie przestałaby istnieć. Ta cholerna rzeczywistość. Nie widzę nic, oprócz bólu, łez i cierpienia. Nicość.
 Lekko unosi powieki, zapoznając się z otoczeniem. Gdy tylko zauważa, że ja także już nie śpię momentalnie na jego twarzy pojawia się uśmiech nadziei.
-Katniss…- szepcze, ściskając moją dłoń- Boże, tak się martwiłem. Błagam cię, nie rób tego więcej.
-Nawet nie zamierzam. Dziękuję i przepraszam- dopiero teraz zauważam u niego lekkiego sińca pod okiem i rozciętą wargę- Peeta, co się stało?
-Nic takiego, po prostu, gdy za tobą biegłem przewróciłem się. To wszystko- robi zmieszaną minę, a ja wiem, że to nie wszystko.
-Nie umiesz kłamać- spoglądam na niego z troską, a on tylko przeczesuje dłonią włosy w znaczącym geście- Proszę, powiedz mi. Peeta, kto cię pobił?
 Wzdycha, przygryzając dolną wargę.
-Dobrze, ale obiecaj, że nie będziesz się martwić- mówi stanowczo, a ja kiwam posłusznie głową- Gdy za tobą biegłem Gale rzucił się na mnie z jednej z ciemnych uliczek. I tak to się skończyło. Dlatego nie mogłem wcześniej tam przybyć.
-Co mu zrobiłeś?
-To samo, co on mi, tylko może trochę bardziej- znów spuszcza głowę, przeczesując włosy. Więc Gale jest w Kapitolu, a Peeta miał z nim styczność.
-Lekarze powinni cię opatrzyć- zauważam, przyglądając się jego siniakowi, który chyba zaczął przybierać mdławo fioletową barwę. W odpowiedzi tylko macha lekceważąco ręką.
-Chciałabyś coś zjeść?- pyta, szybko zmieniając temat.
-Owszem, ale jak dasz się opatrzyć lekarzom- mówię stanowczo, a on wzdycha z rezygnacją. W końcu dochodzi do tego, że jestem zmuszona prosić go pocałunkami. Ostrożnie muskam jego usta. Znów móc poczuć ich smak jest jak spełnienie najskrytszych marzeń. Delikatnie przesuwa opuszkami palców po moim policzku, kojąc w ten sposób ból, który rozsadza moją czaszkę. Nieoczekiwanie świat zaczyna wirować mi przed oczami. Jego zapach wdziera się do mojego nosa, przywołując wspomnienia z Dwunastki. Uświadamiam sobie, jak bardzo tęsknię za domem. Chciałabym móc znaleźć się w naszym ciepłym łóżku, przyrządzać herbatę w naszej przytulnej kuchni i przesiadywać przed kominkiem w te zimne dni.
 Gdy w końcu zdołam uprosić Peetę, żeby lekarze się nim zajęli do sali wchodzi mama. W świetle szpitalnej lampy wygląda mi na jeszcze bardziej starszą. Przez jej blond włosy przedzierają się siwe kosmyki, a pod oczami widnieją sińce. Uśmiecha się do mnie ciepło.
-Witaj, córeczko, jak się czujesz?- podchodzi bliżej mojego łóżka i zajmuje miejsce Peety.
-Tylko boli mnie głowa. To wszystko- podnoszę rękę, delikatnie przykładając ją do obolałego miejsca. Dopiero teraz czuję pod dłonią kawałek materiału. Na głowie zawiązany mam bandaż. To jest aż tak źle?
-W takim razie dostaniesz jeszcze leki przeciwbólowe i po sprawie. Na szczęście nic poważnego się wam nie stało, a uwierz mi, że mogło być o wiele gorzej- notuje coś w kartotece, a ja uważnie się jej przyglądam. Czy to ta sama kobieta, która odwróciła się ode mnie i Prim przed laty? Zamknęła się w swoim świecie bólu i goryczy. Nie chciała dopuścić do siebie nawet swoich własnych córek. Wiem, że źle postępuję, ale nie zapomnę jej tego i chyba już nigdy nie będę potrafiła jej zaufać. Myślałam, że po śmierci siostry zachowa się tak samo, gdy tata zginął w kopalni. Przecież Prim umarła prawie tak samo. Może w końcu doszło do mamy, że nie może teraz się po prostu wyłączyć z rzeczywistości. Musi wreszcie być matką, chociaż dla mnie.
-Córeczko, proszę cię, musisz na siebie uważać, w szczególności teraz, gdy jesteś w ciąży- mówi, przełykając głośno ślinę. Wypowiada to zdanie surowo, niemal oskarżycielsko. Nawet cień uśmiechu nie pojawia się na jej poważnej twarzy. Myślałam, że będzie choć trochę bardziej przejęta tym, że jej córka spodziewa się dziecka- Kochanie, czy wy nie za bardzo się spieszycie?
-A co to za pytanie?
-Po prostu chcę ci uświadomić, że macie dopiero po siedemnaście lat- wyjaśnia, zdejmując okulary i przeczyszczając szkła lekarskim fartuchem.
-Dobrze wiem, ile mam lat- obruszam się, spoglądając na nią spode łba.
-Przecież całe życie przed wami. Jesteście pewni, że będziecie odpowiedzialnymi rodzicami?
-Wiem, że mówiłam, że nigdy nie będę mieć dzieci, męża, ale to się zmieniło. I ja też się zmieniłam, mamo. Nie możesz dostrzec różnicy? Byłam przywódcą rebeliantów, Kosogłosem, obaliłam rządy Snowa, położyłam kres Igrzyskom i ty jeszcze śmiesz nazywać mnie nieodpowiedzialną? Jestem silniejsza, niż myślisz. Poza tym to jest sprawa moja i Peety, a ty nie powinnaś się wtrącać- ton mam ostry i nie zważam na słowa. W końcu mam okazję wyrzucić jej wszystko, to co siedziało w moim sercu od śmierci taty- Myślisz, że sobie nie poradzę? Że my sobie nie poradzimy? To ty odwróciłaś się od własnych dzieci! Wtedy przejmowałaś się tylko sobą, a tak się składa, że ja i Prim straciłyśmy ojca!
-Katniss…
-Co, Katniss?! Wyobraź sobie, że nam też było ciężko! Musiałam zastąpić Prim i ojca i matkę! To ty byłaś nieodpowiedzialna! Jak mogłaś zamknąć się w sobie i nas zostawić?! Wiesz, co? Jedyną osoba, która jest nieodpowiedzialna jesteś ty!- pierwszy raz na nią krzyczę i nie żałuję żadnego słowa. Niech dotrze do niej, jak wielką krzywdę wyrządziła mi i Prim.
-Skarbie, ja naprawdę…
-Jedyne, co w tej chwili możesz zrobić to wyjść- zaciskam zęby, żeby tylko nie wybuchnąć. Jej twarz przybrała kamienny wyraz. Bez słowa wstaje i kieruje się ku drzwiom.
-Wypisują cię o czternastej. Przepraszam, córeczko…- mówi w progu i znika w jednym ze szpitalnych korytarzy. Nie przyjmuję jej przeprosin. To, co zrobiła mi i Prim jest nie do wybaczenia. I chyba już zawsze będę miała o to do niej żal.
***
 Przed czternastą lekarze zdejmują mi bandaż i aplikują dożylnie środki przeciwbólowe. Najchętniej wróciłabym od razu do domu, ale przecież czeka nas jeszcze wywiad. To nie w porządku wobec Ceasar’a, znów rezygnować ze spotkania. Poza tym przecież nie możemy przekładać go w nieskończoność.
 Razem z Peetą wychodzimy ze szpitala, który oczywiście okrążony jest przez dziennikarzy. Z trudem przedzieramy się przez głęboki śnieg i błyski fleszy. Zewsząd atakują nas natarczywe pytania. Dlaczego oni nie mogą dać nam spokoju? Czemu do życia potrzebne są im czyjeś nieszczęścia lub plotki?
-Wynocha!- Peeta wrzeszczy na całe gardło, popychając jednego z dziennikarzy na śnieg- Nie macie nic lepszego do roboty?!
 Pierwszy raz widzę go takiego zdenerwowanego. Mówię mu, żeby się uspokoił, ale on mnie nie słucha. Marszczy tylko brwi, zaciskając pięści. Obawiam się, że za chwilę rzuci się ma któregoś mężczyznę, więc ciągnę go w kierunku samochodu. Jeszcze nawet, jak odjeżdżamy w kierunku Ośrodka Szkoleniowego nadal widzimy błyskanie fleszy.
 Wtulam się w ramię Peety i niemal czuję, jak jego mięśnie są naprężone. Spoglądam na jego poważną twarz i dostrzegam, że rozcięta warga dosyć szybko się goi. Nie wiem, co ci lekarze mu zrobili, ale nawet siniak na policzku nie jest już taki wielki i fioletowy.
-Peeta, co cię ugryzło?- pytam po długiej chwili. Blondyn od razu przytomnieje i skupia się na mnie. Chyba dopiero teraz zauważył, że przytulam się do jego ramienia.
-A co miało mnie ugryźć?- odpowiada pytaniem na pytanie tylko po to, by uniknąć odpowiedzi. Od niechcenia przyjeżdża dłonią jeden raz po moim ramieniu.
-Nigdy taki nie byłeś… To znaczy nigdy aż tak bardzo nie denerwowałeś się bez powodu.
-Bzdura- od razu odkręca ode mnie głowę, by spojrzeć na mijające nas budynki. Wiem, że coś jest nie tak.
-Peeta…- odrywam plecy od oparcia, próbując spojrzeć mu w oczy. Jeszcze nigdy nie unikał mojego wzroku, a ja nie wiem, co w takiej sytuacji powinnam zrobić- Proszę, powiedz mi. Czy zawsze muszę wszystko z ciebie wyciągać?
-Zrozum wreszcie, że nic mi nie jest- cedzi przez zaciśnięte zęby. Nienawiść wymalowana na jego twarzy nie zwiastuje nic dobrego.
 Peeta znów odwraca się twarzą do okna, a ja postanawiam do końca podróży siedzieć cicho.
***
 Wchodzimy do naszej sypialni w Ośrodku Szkoleniowym. Ostatni raz byliśmy tutaj w dniu naszego ślubu i przed 75 Głodowymi Igrzyskami. Ten potworny strach przed areną nigdy nie wyniesie się z tego miejsca.
 Siadam na łóżku, popijając herbatę. Za chwilę powinna zjawić się Effie wraz z ekipą przygotowawczą. Szykuje się długie popołudnie wypełnione dobieraniem sukienek, butów poprawianiem makijażu. O włosach nawet nie wspomnę. Odruchowo przewracam oczami, odkładając szklankę na nocną szafkę.
 Peeta, gdy tylko zobaczył, że przesiaduję w sypialni od razu rozgościł się w salonie. Postanawiam porozmawiać z nim o tych jego humorkach. To ja tu mam prawo do wahania nastroju, nie on.
Wchodzę do salonu, opatulona ciepłym szlafrokiem. Natomiast Peeta siedzi na kanapie, wpatrując się w wazon z różami, ustawiony na stole. Na moje nieszczęście to białe róże. Widać wciąż Kapitol nie może wyleczyć się z tych „pięknych” kwiatów.
 Siadam obok niego na kanapie, ale Peeta nawet nie zauważa mojej obecności. Zaczynam poważnie się o niego martwić. To przez Gale’a? Czy może przeze mnie?
-Peeta…- zaczynam, kładąc mu rękę na dłoni. Gdy to robię, momentalnie zrywa się z kanapy, jak oparzony. Marszczy brwi i znów zaciska zęby. Spoglądam na niego przerażonym wzrokiem, także wstając. Takie zachowanie nie jest z pewnością normalne- Co się dzieje?
 Z początku nie odpowiada, wpatrując się we mnie już nie błękitnymi oczami. Raczej oczami szaleńca, nienawiść wymalowana na jego twarzy daje mi do zrozumienia, że muszę się cofnąć. Tak też robię.
-Ty się dziejesz- dyszy, ostrożnie się do mnie zbliżając- Myślisz, że tak łatwo dam się owinąć wokół palca? Jesteś przekonana, że pozwolę wmówić sobie, że mnie niby kochasz?
Nie wiem, co powiedzieć. Słowa Peety ugodziły moje serce. Spoglądam na niego zatroskanym wzrokiem, on natomiast nienawistnym. Jedyne, co potrafię w tej chwili zrobić to tylko przecząco kręcić głową.
-No, co? Dlaczego teraz nie wyznasz mi swoich uczuć? Bo wszystko, co powiedziałem jest prawdą? Jesteś zmiechem, Katniss. Zakłamanym zmiechem!- wrzeszczy, ale nie rzuca się na mnie. Byłam przekonana, że najpierw dobierze się do mojej szyi, jak w Trzynastce. A tymczasem Peeta przyciska dłonie do twarzy i ciężko dyszy. Boję się zrobić jakikolwiek krok w jego stronę, więc stoję jak słup soli, a on opada z powrotem na kanapę.
-Przestań… Katniss cię kocha… Poślubiła cię i cię kocha…- szepcze Peeta ledwie słyszalnym głosem. Wreszcie zbieram się w sobie i siadam obok niego w odpowiedniej odległości. Widzę, jak jego ręce drżą, a klatka piersiowa nierównomiernie unosi się i opada.
-Tak, kocham cię, Peeta i nigdy nie przestanę. Uwierz mi i zaufaj moim słowom- delikatnie odrywam mu ręce od twarzy i zmuszam się do pokrzepiającego uśmiechu. Widzę w jego oczach, jak walczy sam ze sobą.
-Byłaś Kosogłosem. Prawda czy fałsz?- szybko pyta, spoglądając mi w oczy.
-Prawda- odpowiadam w równym tempie. Peeta próbuje oddzielić fikcję od rzeczywistości, a to oznacz tylko jedno. Błyszczące wspomnienia wróciły…
-Obaliliśmy rządy Snowa. Prawda czy fałsz?
-Prawda.
-Kochasz Gale’a. Prawda czy fałsz?
-Fałsz. Gale chce mnie zabić.
-Jesteś moją żoną. Prawda czy fałsz?
-Prawda.
-Spodziewamy się dziecka. Prawda czy fałsz?
-Prawda.
-Haymitch przestał pić. Prawda czy fałsz?
-Fałsz. To niewykonalne- uśmiecham się półgębkiem, a Peeta mi wtóruje. Błagam, niech on będzie sobą. Niech wróci mój dawny Peeta.
-Przestały cię męczyć koszmary. Prawda czy fałsz?
-Fałsz.
-Kochasz mnie. Prawda czy fałsz?- to najważniejsze pytanie nie zadaje już z nienawiścią w głosie. Spogląda mi w oczy, a ja znów mogę dostrzec jego błękitne tęczówki, w których mogłabym się utopić.
-Prawda- odpowiadam i wpijam się w jego wargi. Z początku nie wie, co ma zrobić. Wydaje się zagubiony, ale po chwili delikatnie odwzajemnia pocałunek. Najpierw nieśmiało, ale później porywczo i namiętnie. Splatam nasze dłonie, a on ostrożnie głaszcze mnie po włosach. Gdy po jakimś czasie odrywamy się od siebie próbuje mi wszystko wyjaśnić.
-Peeta, to błyszczące wspomnienia. Dlaczego nie powiedziałeś mi, że one wróciły?- pytam z wyrzutem, a on chwyta mnie za rękę.
-One nigdy nie zniknęły, Katniss. Przepraszam i dziękuję…- szepcze, całując przelotnie moje usta- W szczególności teraz, w Kapitolu wszystkie wspomnienia wróciły. Ale, gdy ty jesteś przy mnie, tak jakby zapominam o tamtych wydarzeniach. Nawet w Dwunastce były takie chwile, że nie potrafiłem oddzielić prawdy od fałszu, ale zawsze ty byłaś w pobliżu i koiłaś te wspomnienia pocałunkami. Jesteś dla mnie najlepszym lekarstwem, Katniss. Ale tutaj one wracają ze zdwojoną siłą- na koniec chowa twarz w dłoniach. Jest załamany tym, co zrobił mu Snow. Sama nie wiem, jak miałabym teraz postąpić. Może powinniśmy wracać do domu? Przecież zdrowie Peety jest ważniejsze.
-Wracamy do domu- oświadczam, wstając z kanapy i maszerując do sypialni, by spakować walizki. Peeta od razu wpada za mną do pokoju, chwytając mnie za dłonie.
-Katniss, miejmy to już z głowy i wystąpmy w tym cholernym wywiadzie- wzdycha, przeczesując dłonią włosy- Dopóki jesteś przy mnie nic się nie stanie. Ataki trwają tylko parę minut, a później wszystko wraca do normy.
-Dobrze, więc co mam robić?- pytam, kładąc dłoń na biodrze.
-Tylko mnie kochać. Nic więcej do szczęścia nie jest mi potrzebne. 




czwartek, 1 stycznia 2015

25. "Kolejna niewinna osoba"



 Mam dla was kolejny rozdział o wiele wcześniej, niż zazwyczaj, bo po paru dniach a nie po dwóch tygodniach xD Chciałabym utrzymać się z takimi odstępami, ale wszystkiego nie obiecuję oczywiście przez szkołę -.-  
To pierwsza notka w nowym roku :D Więc chciałabym poruszyć kwestię komentarzy. Jest ponad 10 tysięcy wyświetleń, z czego się niezmiernie cieszę, ale komentarzy tylko 90. Nawet nie wiecie, jak mi się japa cieszy, gdy widzę chociaż o jeden więcej przy jakiejkolwiek notce :3 I oczywiście dziękuję z całego serducha chociaż za te 90 komentarzy, które mega super motywują. Także piszcie, co mam pozmieniać i w ogóle c: Nie wstydźcie się <3 
Dłużej nie przeciągając zapraszam do czytania i komentowania :3
Pozdrawiam ;*
 ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
 Chłopak niepewnie spogląda na mnie spod kępki czarnych włosów. Zauważam, że jego dłonie niepokojąco drżą z zimna. Ubrany jest tylko w przewiewną kurtkę, a jego spodnie w kilku miejscach są podziurawione. Skoro Rory tu jest, niewykluczone też, że gdzieś w okolicy przesiaduje jego braciszek, który na pewno z wielką chęcią spotkałby się ze mną.
 Zimne ciarki przebiegają po moich plecach, gdy sobie to uświadamiam. Sprawnie chwytam Peetę za rękę. Nie byłam gotowa na to spotkanie po tak długim czasie. Z Rory’m prawie w ogóle nie miałam kontaktu. Parę razy zdarzało się, że odbierałam go ze szkoły, kiedy Gale nie mógł, ale na tym nasza znajomość się ograniczała.
-Rory… co ty tutaj robisz?- pytam, a mój głos lekko załamuje się na mroźnym wietrze.
-Katniss… Gale. On chce…- zaczyna, ale nie wie, jak sklecić zdania. Wstrzymuję oddech, zagryzając wargę i szykuję się na kolejne niebezpieczeństwo, które przygotowuje dla mnie los.
 Nagle chłopak niekontrolowanie zanosi się płaczem, upadając w zaspę śniegu. Chowa twarz w dłoniach, cicho szlochając. Nie wiem, jak w takiej sytuacji powinnam postąpić, ale po prostu do niego podbiegam.
-Rory! Rory, uspokój się! Co się dzieje?- pytam, chwytając go kurczowo za ramiona. Z początku próbuje się wyrwać, ale ja tak łatwo nie dam za wygraną. Niech dokończy, to co zaczął. Niech powie mi w końcu, co takiego knuje Gale.
 Peeta mnie powstrzymuje, żebym zostawiła go w spokoju, lecz ja wciąż próbuję go jakoś ukoić . W końcu dochodzi do tego, że siadam w śniegu, przytulając go. Jego zapach przypomina mi o kopalniach w Dwunastce, o domu i oczywiście o Gale’u. Nie mogę zapomnieć, że właśnie trzymam w objęciach krewnego mojego śmiertelnego wroga.
-Cii- szepczę, przyciskając jego głowę do piersi- Już dobrze. Już dobrze, Rory.
 Po chwili stopniowo zaczyna się uspokajać. Jego łzy spadają na moje spodnie. Drży, ale to chyba bardziej z zimna. Peeta siada obok nas, otulając chłopaka swoim płaszczem. Spoglądam na niego niepewnie, a on tylko przygryza wargę.
-Rory, już dobrze? Możesz mi powiedzieć, o co chodzi?- pytam łagodnie, lekko unosząc kąciki ust. Chłopiec podnosi głowę, by spojrzeć mi w oczy. Jego szare tęczówki przeszywają mnie na wylot. Jest tak podobny do Gale’a, a zarazem tak różny. Wiem, że nigdy nie posunąłby się do próby zabójstwa. Gale to co innego.
 Ostatnie krople łez spływają po smutnych policzkach Rory’ego i wzdycha z przejęciem. Cały czas czekam na wyjaśnienia. W międzyczasie znów ostrożnie chwytam rękę Peety, który momentalnie głaszcze kciukiem zewnętrzną część mojej dłoni.
-Katniss, przepraszam. Ja naprawdę nie chciałem. Tylko Gale wygrażał się, że z wszystkim skończy. Boję się go, Katniss- wypala na jednym wydechu. Nim zdążę dokładnie przetrawić jego słowa, Rory momentalnie wyrywa mi się, skręcając za róg najbliższego budynku.
-Rory!- krzyczę, zrywając się do biegu. Nie zważam na Peetę, który wrzeszczy na mnie, że mam się nigdzie nie ruszać. Nie zwracam uwagi na to, gdzie podążam. W głowie mam tylko to, żeby dogonić Rory’ego, który znów skręca w kolejną uliczkę. Słyszę za mną niewyraźne, ociężałe kroki, które należą do Peety. Nadal coś do mnie krzyczy, ale ja nawet się nie oglądam. Nie zwalniam, ani nie przystaję. Wręcz przeciwnie, jeszcze bardziej przyspieszam.
-Rory! Rory, do cholery stój!
 Wkraczamy w starą i ubogą kamienicę. Obdrapane drzwi i powybijane okna w budynkach naokoło na pewno nie zwiastują nic dobrego. Pomimo tego wciąż podążam za chłopakiem. On coś wie, a ja muszę to z niego wyciągnąć. Mróz coraz bardziej mi doskwiera, ale adrenalina wszystko sprowadza do normalnego poziomu. Pomimo tego, że szybko się męczę powoli zaczynam doganiać Rory’ego. Depczę mu po piętach. Peeta natomiast chyba się gdzieś zagubił, bo nie mogę dosłyszeć jego przyspieszonych kroków tuż za mną. Wiem, że będzie miał mi za złe, że znów go nie posłuchałam, ale informacja Rory’ego z pewnością jakoś nam pomoże. Nie będzie musiał się o mnie zamartwiać i w końcu zaczniemy normalnie żyć. O ile można mówić o normalnym życiu po dwukrotnym pobycie na arenie.
 Chłopak niespodziewanie wkracza do opuszczonego i najbardziej zaniedbanego z budynków. Jego ściany prawie się rozsypują, natomiast dach jest cały w dziurach. Mogę przysiąc, że jeden podmuch wiatru mógłby zmieść go z powierzchni ziemi.
 Staję w progu i dostrzegam go w cieniu w kącie pokoju. Księżyc pada na jego zmieszaną twarz, czyniąc go jeszcze bardziej przestraszonym. Boję oprzeć się o ścianę, by wyrównać oddech, żeby natychmiast nie runęła. Słyszę, jak pod moimi ociężałymi krokami skrzypi podłoga. Naprawdę obawiam się, że ten stary budynek za chwilę się na nas zawali.
 Wzrok skupiam na Rory’m i dopiero teraz zauważam w jego ręce gruby pal drewna. Wygląda, jakby nad czymś się zastanawiał, a ja obawiam się zrobić jakikolwiek krok w jego stronę, żeby tylko nie zadziałał zbyt pochopnie. Pozwalam sobie trochę ochłonąć, co nie jest łatwe, gdy przed oczami zaczynają pojawiać mi się drobne mroczki.
-Rory, co… Błagam, możesz wyjaśnić mi to całe zamieszanie?- pytam, dotykając zimną ręką czoła i oddychając głęboko.
-Ja nie chciałem, rozumiesz?! Nie chciałem tego wszystkiego! Gale mnie do tego zmusił, bo wygrażał się, że zabije całą naszą rodzinę! Katniss, on cię nadal kocha, a to że jesteś z kimś innym uważa za zdradę! Dlatego chce was zabić! Przepraszam cię, Katniss, ja naprawdę nie chciałem się w to wszystko mieszać, ale to nie jest zależne ode mnie! Chcę tylko ochronić przed nim naszą rodzinę…
 Jego słowa spadają na mnie z szybkością karabina maszynowego i przytłaczają swoim ciężarem. Momentalnie niekontrolowanie zaczynam drżeć, a nogi uginają się pode mną. Rory tylko stoi, wciąż trzymając w rękach drewniany pal, ale znów zauważam na jego policzkach, tak dobrze mi znane łzy bezsilności. I co on zamierza teraz zrobić? Zabić mnie? Oddać w ręce brata? Zaczynam potwornie żałować, że nie posłuchałam Peety i nie odpuściłam.
-Rory…- zaczynam, powoli podchodząc do niego. Chłopak momentalnie się płoszy, niczym dziki jeleń w potrzasku. Nie wie, co ma zrobić, a ja widzę w jego oczach zagubienie.
-Nie podchodź!- wrzeszczy, zamierzając się drewnianym palem. Odruchowo unoszę ręce na wysokość głowy, dając mu do zrozumienia, że nie chcę go skrzywdzić.
-Rory, nie rób czegoś, czego później będziesz żałować. Nie rób tego. Uspokój się, a ja porozmawiam z Gale’m i wszystko załatwimy, dobrze?- sama jestem zaskoczona tonem mojego głosu. Delikatny i cichy, jakbym z miłością zwracała się do Peety. Robię krok w jego stronę, a on natychmiast znów staje się czujny.
-Przepraszam. Nie chciałem tego robić…- wyznaje, a na to co po chwili się dzieje nie ma racjonalnego wytłumaczenia.
 Rory zaczyna mocno uderzać palem w ścianę budynku, w którym się znajdujemy. Jak na swój wiek jest całkiem silny. Nie potrzebuje wielu uderzeń, aby uzyskać wyczekiwany rezultat. Dom zaczyna delikatnie się chwiać, a ja postępuję pod wpływem instynktu. Podbiegam do chłopaka, próbując odebrać mu broń. Szarpię się z nim krótką chwilę, zanim on uderza mnie palem w głowę. Tracę równowagę i upadam na podłogę. Z początku tracę orientację, a czarne plamki przed oczami wywołują u mnie niepokój. Wciąż słyszę w głowie łomotanie i czuję, jak miejsce po uderzeniu zaczyna nieprzyjemnie pulsować z bólu. Pomimo tego nie wydaję z siebie żadnych dźwięków, aż do momentu, kiedy tuż obok mnie spada deska z górnego piętra. Momentalnie przytomnieję, a dom po chwili zaczyna się rozpadać.
-Przestań!- krzyczę, próbując podnieść się z podłogi. Rory nie słucha, wciąż uderzając o ściany budynku. Ból w tylnej części głowy jest wprost nieporównywalny z rozpaczą, jaka mnie ogarnia. To koniec. Zginę pod gruzami starego budynku, a wszystko przez moją niewyobrażalną głupotę. Dlaczego znów nie posłuchałam Peety?! Załamie się, jeśli znajdzie mnie martwą wśród ton drewna…
Naokoło mnie zaczynają spadać różne odłamki z górnego piętra, a ja wiem, że już nic z tego. Gale będzie dumny ze swojego brata, który wyrośnie na takiego samego mordercę, jak on. Będzie śmiał się na moimi zwłokami.
 Natychmiast przytomnieję, gdy wielki odłam drewna spada, prawie miażdżąc moją nogę. Nie wiem, dlaczego zaczynam wołać Peetę. Katniss, weź się w garść, on i tak po ciebie nie wróci. Jesteś głupią idiotką i tyle. Naraziłaś życie nienarodzonego dziecka i swoje, żeby tylko uzyskać informacje, które i tak na nic się nie zdadzą.
 Już prawie pogodziłam się z nieuchronną opcją śmierci, gdy pośród spadających odłamków słyszę coś jeszcze. Odgłos kroków, który towarzyszy mi niemal codziennie. W domu, na Ćwieku. A może tylko mi się zdaje? Tak bardzo go w tej chwili potrzebuję, że zaczynam majaczyć? Dałabym wszystko, żeby jego silne ramiona otuliły moje zimne ciało, zapewniając ochronę. Żebym chociaż mogła powiedzieć mu, jak bardzo go kocham i przepraszam, że jak zwykle byłam nieodpowiedzialna. Przecież obiecywałam mu, zaklinałam się, że będę mu posłuszna w sytuacjach zagrażających życiu.
 Nagle ktoś łapie mnie za ramiona, jednym ruchem podnosząc z ziemi. Ból z tylnej części głowy momentalnie zaczyna rozsadzać ją od środka. Nie mogę powstrzymać się od krzyku, który wypełnia niemal cały zrujnowany budynek. Mam nadzieję, że to on. Że jednak udało mu się mnie znaleźć. Nie mylę się, gdy zauważam błysk jego niebieskich oczu. Natychmiast robi mi się słabo. Czyli jednak nie umrę?
 Do głowy przychodzi mi jeszcze Rory. Nadal został w tym domu? Czy może jakimś cudem się wydostał?
 Nie jestem do końca przytomna, gdy Peeta wynosi mnie z zawalającego się budynku. Nie mam siły pozostawić otwartych powiek, ale nie chcę też ich zamykać, żeby Peeta nie zamartwiał się, że stracił mnie po raz kolejny. Chciałabym wrócić po Rory’ego i pomimo tego, co mi zrobił jakoś mu pomóc. Wiem, że nie ma szans się stamtąd ratować.
 Ostatni raz spoglądam nieprzytomnym wzrokiem na zawalający się budynek. Ostatnia ściana przewraca się, pozostawiając tylko po sobie kłęby dymu. Ale dostrzegam coś jeszcze- rękę chłopaka, wystającą spod dech drewna. Ten widok ma mnie prześladować do końca życia.
 Gale zabił kolejną niewinną osobę. Swoją chorą zazdrością będzie odpowiedzialny za śmierci następnych ludzi, a ja wiem, że na tym się nie skończy.
 Nie mam już siły nawet płakać. Z trudnością zostawiam na wpół otwarte powieki. Mijane budynki suną wokół nas z prędkością światła, a przynajmniej tak mi się wydaje. Peeta cały czas coś do mnie szepcze, ale ja już nie kontaktuję.
-Kocham cię. Będzie dobrze…- szepczę niewyraźnym głosem, by się nie niepokoił. Ostatnie, co jestem w stanie wychwycić to jego zaniepokojone spojrzenie i dotyk zimnych warg na moim czole. Później pochłania mnie głęboka ciemność.