poniedziałek, 25 sierpnia 2014

15. "Będziesz tatą"

Już dzisiaj mam dla was upragniony rozdział, w którym to Katniss wyznaje Peecie swoją małą tajemnicę :3 Mam nadzieję, że się spodoba <3
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Wczesnym rankiem zaczynam się pakować. Wreszcie wychodzę z tego cholernego szpitala. Peeta oczywiście mi pomaga. Może „pomaga” to niewłaściwe słowo… on mnie we wszystkim wyręcza, przez co wpadam w zakłopotanie, bo traktuje mnie, jakbym była co najmniej obłożnie chora. Jestem tylko w ciąży, a ciąża to raczej nie choroba…
Burza na szczęście ustała, lecz pogoda nie jest powalająca. Do tej pory pada deszcz, a niebo nadal jest po prostu usiane chmurami.
Doktor Grey na odchodnym jeszcze przepisuje mi witaminy i coś na apetyt. I na moje nieszczęście jeszcze oczywiście wspomina o tym, że mam się oszczędzać i pilnować.
-Spokojnie, doktorze. Zaopiekuję się nią i dopilnuję, żeby wszystkiego przestrzegała- oświadcza Peeta i całuje mnie w czoło.
-Panno Mellark, proszę też pamiętać, że jest pani w…
-Tak, wiem. Pamiętam, ale przepraszam spieszymy się na pociąg- przerywam mu i wstaję z krzesła. Jeszcze trochę, a zepsułby moją niespodziankę dla Peety- Serdecznie dziękuję za opiekę i leczenie. Do widzenia.
Odwracam się, biorąc walizki i wychodzę z sali. Może to trochę niegrzeczne, ale naprawdę ten lekarz gotów jest wszystko wygadać.
-Również dziękuję, panno Mellark- mówi za mną doktor Grey, ale się nie odwracam. Idę pospiesznie w kierunku wyjścia ze szpitala, obwieszona tymi wszystkimi torbami i walizkami. Słyszę za sobą kroki, ale tylko przyspieszam.
-Co cię znów ugryzło?- Peeta zatrzymuje mnie na środku holu, obok recepcji, chwytając za ramię.
-Nic, po prostu wychodzę, bo spóźnimy się na pociąg- wzruszam ramionami.
-Lekarz chyba powiedział, żebyś się nie przemęczała- bierze ode mnie wszystkie torby, a ja tylko spoglądam na niego zrezygnowanym wzrokiem.
-Nie jestem obłożnie chora- biorę od niego chociaż jedną torbę, ale on i tak nie daje za wygraną.
-Przestań się wygłupiać- znów mi ją odbiera.
-Wcale się nie wygłupiam- tym razem ja mu ją zabieram. I tak się przekomarzamy, aż zauważam, że recepcjonistka się nam przygląda. Jest gruba z krótkimi, czarnymi włosami i krzykliwym makijażem.
-Może pomóc?- pyta, skrzeczącym głosikiem, mrużąc złośliwie małe oczka.
-Dziękuję, poradzę sobie z mężem- odpowiadam, zabierając torbę i idąc do wyjścia. Nie czekam na Peetę, tylko od razu idę na stację kolejową. Prawdę mówiąc, nawet nie do końca wiem, gdzie jest ta stacja.
Wychodzę ze szpitala i od razu czuję zimny podmuch wiatru. Jak mi tego brakowało… Dwa tygodnie w czterech ścianach. Przecież można cholery dostać…
Idę uliczkami Czwartego Dystryktu, nawet nie oglądając się za siebie. Nie wiem, czy Peeta idzie za mną, czy nie. Dopiero co wyszłam ze szpitala i już mam wyrzuty sumienia. Znów podle go potraktowałam i znów przez to, że chciał mi pomóc. Nienawidzę samej siebie…
Nagle przed moimi oczami ukazują się ciemne plamki. Głowa potwornie mnie boli i zatrzymuję się, opierając o mur jednego z budynków. Zamykam oczy, w nadziei, że te zawroty miną.
-Katniss, Katniss… Słyszysz mnie? Co ci jest?- podnoszę oczy, a przede mną stoi zaniepokojony Peeta. Odzyskuję ostrość widzenia i jest mi troszkę lepiej.
-Nic takiego. Po prostu kolejne zawroty głowy.
-Wracamy do szpitala- zarządza, lekko pociągając mnie za rękę.
-Na pewno nie. Nie dam znów się zamknąć w tych czterech ścianach!- krzyczę, wyrywając dłoń- Zrozum, że nic mi nie jest. Już lepiej się czuję… Peeta, nie rób scen tylko chodźmy na stację, proszę cię.
- Ale jeśli jeszcze raz się to powtórzy jedziemy bezzwłocznie do szpitala, okay?
-Okay- mówię z uśmiechem i całuję go w usta.
Ruszamy w kierunku dworca, ja niestety pozbawiona jakiejkolwiek walizki, czy torby, ale mam nadzieję, że Peeta nie gniewa się na mnie za tamto…
Po chwili jesteśmy już w pociągu, jadącym do Dwunastego Dystryktu. Mam nadzieję, że podczas tej podróży obejdzie się od zbędnych niespodzianek, ale jestem czujna, skoro mamy być czyimś celem do unicestwienia.
Podczas jazdy dostałam z Peetą osobny przedział. Co prawda nie jest to taki pociąg, jakim jechaliśmy do Kapitolu na Igrzyska, ale wytrzymam tę parę godzin do Dwunastki.
Rozmawiamy o jakichś bzdurnych rzeczach, by trochę umilić czas i przegonić zbędne myśli.
Po około czterech godzinach jesteśmy już w Dwunastym Dystrykcie. Co ja gadam… „Już”? Dopiero jesteśmy w Dwunastym Dystrykcie. Naprawdę znielubiłam jazdy takimi pociągami. Zdecydowanie wolę te, którymi jechaliśmy na Igrzyska. I jeszcze mdłości, które towarzyszyły mi podczas podróży były nie do wytrzymania.
-No, to jesteśmy w domu- mówi Peeta, gdy wysiadamy z pociągu.
-Nareszcie- całuję go w usta i idziemy w kierunku Wioski Zwycięzców.
Gdy tylko ludzie nas zauważają od razu zaczynają klaskać i wiwatować, a ja nawet nie wiem z jakiego powodu. Z tego, że razem z Peetą jesteśmy już małżeństwem, czy z tego, że wróciliśmy do Dwunastki cali i zdrowi po wypadku?
Dochodzimy do naszego domu i szukam klucza w kieszeni, gdy nagle drzwi się otwierają i widzę w nich wszystkich…
-Niespodzianka!- krzyczą jednocześnie Haymitch, mama, Effie, Johanna, Annie, Beetee i Enobaria. Naprawdę nie spodziewałam się, że mogą tutaj być…
-Jejku… dziękuję wam- mówię i nie ukrywam wzruszenia.
-Takie przyjęcie-niespodzianka dla nowożeńców- Annie wysuwa się na przód. Ubrana jest w czarną, ciepłą sukienkę. Zapewne jest w żałobie po śmierci Finnicka…
Dalsza część dnia upłynęła nam pod znakiem tańców i zabawy. Chociaż to może nam wynagrodzić fakt, że nie mieliśmy wesela. Chciałam porozmawiać z Haymitchem, ale jakoś nie było okazji do rozmów na taki temat. Jedliśmy ciasta i desery, które przygotowała mama razem z Effie i Annie. A na popicie był oczywiście bimber, tyle że ja go nie piłam. Po pierwsze nie mogę pić tego typu napojów, będąc w ciąży, a po drugie nie przepadam za nimi. Peeta tak samo niezbyt pił, ale Haymitch jak zwykle się nie krępował. W skutek czego musieliśmy podprowadzać go pod drzwi swojego domu, bo nie był w stanie sam dojść.
Cała „impreza” skończyła się późnym wieczorem. Goście dostali tymczasowo pozwolenie na zamieszkanie w pozostałych domkach w Wiosce Zwycięzców. Wreszcie nie będę sama z Peetą i Haymitchem.
Siedzę na łóżku w naszej sypialni, otulona tym miękkim szlafrokiem. Mam zamiar teraz mu to powiedzieć. Nerwowo skubię paznokcie, bo nie wiem, jak na to zareaguje. Naprawdę się denerwuję.
-To co takiego chciałaś mi powiedzieć, kochanie?- pyta, siadając naprzeciwko mnie na łóżku. Łapię go za rękę, a serce bije mi, jak oszalałe. Trochę się trzęsę, ale próbuję ukryć ten fakt.
-Peeta… bo ja…- biorę głęboki oddech- Jestem w ciąży…
Z początku wpatruje się we mnie oszołomionym wzrokiem, ale po chwili lekko się uśmiecha.
-Naprawdę?- pyta, szczerze się uśmiechając. Kiwam tylko głową i znów mam łzy w oczach.
-Będziesz tatą…
-Będę tatą…- powtarza to, jak mantrę i wiem, że naprawdę się cieszy. W końcu chciał zostać rodzicem, bo wiem, jak uwielbia dzieci.
Zbliża swoje wargi do moich i namiętnie mnie całuje, kładąc mi dłoń na brzuchu.
-Naprawdę się cieszysz?- szepczę, patrząc mu w oczy.
-A jak miałbym się nie cieszyć, skoro nie długo będzie nas trójka?- kładziemy się na łóżku i wiem, że Peeta będzie idealnym tatą…


14. "Jesteśmy celem"



Okay, na wstępie chcę ogłosić, że nie za bardzo podoba mi się ten rozdział xD Więc możecie wytykać mi jakiekolwiek niedopatrzenia i co byście pozmieniali :3 
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Budzę się z niewyobrażalnym wrzaskiem. Od razu siadam na łóżku, panicznie rozglądając się na boki. Nadal czuję nóż w klatce piersiowej i krew spływającą mi z ramion oraz z szyi. Oddycham tak łapczywie, jakbym przed chwilą się topiła i do tego jestem zlana potem.
W pokoju panuje taka ciemność, jak w lochach. W tych przerażających, cuchnących krwią lochach…
Zauważam Peetę siadającego pospiesznie na łóżku obok mnie. Musiałam go z pewnością wystraszyć tymi krzykami, bo jego tęczówki już nie są niebieskie, tylko całe czarne.
-Peeta… Peeta… On tam był… a ja przywiązana…- dyszę, wtulając się w niego, a on głaszcze mnie po głowie- Krew i ja… i ty… a potem… martwa…
Wylewam łzy w jego podkoszulek, jęcząc i zaciskając paznokcie na jego plecach. Przez długi czas nie mogę się uspokoić, aż brakuje mi tchu.
-Katniss… Już dobrze, jestem przy tobie. Spokojnie- szepcze, gładząc dłonią mój policzek i przy okazji wycierając też łzy. A ja wpatruję się w jego niebieskie oczy, które dają mi ukojenie. Nie wiem, co bym w takich chwilach bez niego zrobiła…
Próbuję sobie wmówić, że to był tylko sen, że to wymysły mojej wyobraźni, ale jakoś te stwierdzenia mi nie wchodzą. Mam przeczucie, że ten sen kiedyś może wydarzyć się naprawdę…
-Chyba już dzisiaj nie zasnę- chowam twarz w dłoniach, a Peeta otacza mnie ramieniem i całuje w czoło- Przepraszam…
-Katniss, jeśli jeszcze raz mnie za coś przeprosisz to osobiście naślę na ciebie Johannę- wiem, że próbuje mnie jakoś rozweselić, ale jednak mu się to nie udaje. Po tym horrorze z pewnością nie będzie mi do śmiechu przez dłuższy czas.
-Czy ty mi grozisz?
-A i owszem- figlarnie się uśmiecha, bawiąc się moimi palcami- Aha, i jeszcze jedno… Jeśli w tej chwili mnie nie pocałujesz to przysięgam, że włożysz jedną z sukienek Effie.
-Peeto Mellark, czy to jest szantaż? Bo jeśli tak, to…
-I jeszcze do tego diamentowe szpilki- przerywa mi, podnosząc jedną brew.
-O, nie… Tylko nie to…
-I przefarbuję ci włosy na różowo-niebieskie- dodaje, zakładając mi kosmyk za ucho.
-Okay, przekonałeś mnie- bez namysłu zbliżam moje wargi do jego. Próbuję się skupić i wyobrazić sobie pocałunek Gale’a. Jest z pewnością nieporównywalny do pocałunku z Peetą. Zarzucam mu ręce na szyję i wsuwam dłoń w jego blond włosy. Nie chcę myśleć teraz o Gale’u, ale nie mogę przestać… Ten koszmar był aż tak prawdziwy, że mogłabym nazwać go rzeczywistym. Naprawdę czułam jego obecność… Jego nienawiść do mnie i do Peety. Wiem, że kiedyś będę musiała stawić mu czoła. Że będę musiała spojrzeć mu w oczy i powiedzieć: „w moim sercu nie ma już dla ciebie miejsca”… Tak, zrobię to. Zrobię to bez wahania.
Tylko zastanawia mnie fakt, dlaczego akurat Gale mi się przyśnił. Wczorajszego wieczora raczej o nim nie rozmyślałam. Myślałam bardziej nad tym, co powiedział mi lekarz… a jednak dziecko pojawiło się w moim koszmarze…
-To co? Opowiesz mi o tym śnie?- Peeta wyrywa mnie z zadumy, dotykając mojej dłoni. Lekko i powoli kiwam głową, a on całuje mnie w czubek nosa.
Po chwili złączamy nasze łóżka i kładę się na piersi Peety, wpatrując się w głęboką ciemność. Opowiadam mój cały koszmar ze szczegółami. Tylko nie wspominam mu o dziecku.
Gdy zbliżamy się do końca coraz mocniej mnie przytula i gdy dochodzę do momentu z lecącym nożem znów zaczynam płakać. Siadam i wtulam się w niego całym ciałem.
-Katniss, to tylko sen. Uwierz mi, to nigdy się nie zdarzy, bo nie pozwolę cię skrzywdzić- szepcze i całuje mnie w czubek głowy, co daje mi duże poczucie bezpieczeństwa.
-Wiem to, ale ten koszmar był tak realistyczny- mówię przez łzy. Widzę, że Peeta też jest przerażony, ale próbuje mnie pocieszać. Zaciska usta w prostą kreskę. A więc też uważa, że to naprawdę może się zdarzyć… W sumie te wszystkie wypadki mogą coś znaczyć…
-Peeta, nie uważasz, że to wszystko jest w jakiś sposób ze sobą powiązane?- podnoszę się, a on tylko marszczy brwi, spoglądając na mnie pytająco- Kosogłosy, próbujące mnie wykończyć, nasza ślubna limuzyna, staczająca się z urwiska bez hamulców i jeszcze do tego ten sen. To nie mogło wydarzyć się przypadkiem.
-Dobra, od teraz nie spuszczam cię z oka.
-Ale nie rozumiesz, że jeśli jestem czyimś celem, to ty też nim będziesz? Posłuchaj… wtedy, gdy napadły mnie Kosogłosy ty mnie uratowałeś. Po wypadku samochodu znów ty mnie uratowałeś. Teraz po tym śnie znów ty mnie uspokajałeś. Wiesz, co to znaczy?
-Że ten ktoś będzie próbował także mnie zabić…
-No, właśnie- oczy znów mam pełne łez. Myśl, że Peeta może przeze mnie zginąć nawet nie chce przejść mi przez gardło.
-Nie. Nikt nie zabije ani ciebie, ani mnie, bo jesteś powodem, dla którego nie chcę umrzeć.
Nagle słyszymy grzmot i ogromną ulewę. Zrywam się i podchodzę do okna, opierając dłonie o parapet. Po chwili za mną pojawia się Peeta.
-Burza? Na początku grudnia? Nie wydaje ci się to dziwne?- pytam, nadal wpatrując się w niebo usłane czarnymi chmurami. Pomimo tego, że jest gdzieś około trzeciej w nocy na dworze całkiem dobrze widać, gdyż błyskawice wszystko rozjaśniają.
-Nie wiem… może to jakieś oberwanie chmury lub zmiany klimatyczne?- wyjaśnia, obejmując mnie delikatnie w talii.
Dreszcze przechodzą mnie na myśl o tym wszystkim. Nienawidzę burzy… Pamiętam, że wtedy zawsze chowałyśmy się z Prim w łóżku pod kołdrą, krzycząc przy każdym grzmocie. Może mam już siedemnaście lat, ale nadal panicznie boję się tych wszystkich błysków i uderzeń.
Wzdycham, odchodząc od okna i pozostawiając przy nim Peetę. Siadam na łóżku i otulam miękką kołdrą. Burza nadal nie ustaje, a ja tak bardzo chcę móc wreszcie się niczym nie obawiać…
Zastanawia mnie jeszcze jedno. Dlaczego nikt nie przyszedł mnie odwiedzić w szpitalu? Ani Haymitch, ani Johanna, ani nawet mama. Tylko Peeta dotrzymywał mi towarzystwa przez te wszystkie dni. I to po części za lustrem weneckim… Ale chciałabym porozmawiać z Haymitchem na temat wypadku. Czy wiedział, że mogło się coś wydarzyć, bo ja naprawdę nie wiem co mam o tym myśleć… Czy ktoś rzeczywiście na mnie poluje?
Mój wzrok wędruje od Peety, stojącego nadal przy oknie do lustra weneckiego. Wpatruję się w ciemność panującą po jego drugiej stronie. Pustka, której tak bardzo się obawiam.
Niespodziewanie ciarki przechodzą całe moje plecy i zaczynam lekko drżeć. Wiem, że coś jest nie tak. Rozglądam się po sali, ale nie zauważam nic niepokojącego. Znów musiało mi się wydawać, czy coś…
Nagle ogromny błysk sprowadza mnie do pionu, a po drugiej stronie lustra weneckiego zauważam postać… Postać, którą bardzo dobrze znam… Gale…
Zaczynam krzyczeć i wierzgać się na łóżku, wskazując na szybę.
-Peeta! To on! Peeta!- wrzeszczę, a on do mnie podbiega, łapiąc za ramiona.
-Katniss, uspokój się- próbuje mnie przekrzyczeć, ale ja nadal wskazuję na lustro. Oszołomiona wpatruję się w jego oczy, w których widzę niepokój.
-Ale on naprawdę tam jest! Uwierz mi!- płacz mam na czubku nosa, a Peeta tylko wzdycha i podchodzi do szyby. Kolejna błyskawica rozcina niebo, rozświetlając jego i nikogo więcej… Nie ma go. Zniknął, jakby nagle się rozpłynął.
-I co? Nikogo tu nie ma- stwierdza, przykładając dłoń do lustra i wpatrując się w pustą ciemność. Ponownie wzrusza ramionami i odwraca się w moim kierunku.
-Ale widziałam go! Dlaczego nie chcesz mi uwierzyć?
-Wierzę ci, ale sama zobacz. Ja przynajmniej tam nikogo nie widzę- podchodzi w moim kierunku i siada obok, kładąc rękę na mojej dłoni- A kogo takiego tam zobaczyłaś?
-Gale’a… Gdy zabłysło stał tam z rękoma skrzyżowanymi na piersi.
-Nie obawiaj się go. Gdy tylko spróbuje ci cokolwiek zrobić to od razu tego pożałuje… Przyrzekam, kochanie- lekko się uśmiecham i ponownie kładziemy się na łóżku. Wtulam się w niego i złączam nasze dłonie. Jeśli miałabym umrzeć, to tylko z nim.
 Wiem, że nie będę już spać. Za dużo wrażeń, jak na jedną noc. Zdecydowanie… Nadal wpatruję się w lustro i myślę o tym, że Peeta pierwszy raz powiedział do mnie „kochanie”…


niedziela, 24 sierpnia 2014

13. "Martwa"



Już jest nowy rozdział, ale ostatnio spadła ilość komentarzy ;c Proszę, postarajcie się, bo to naprawdę mnie motywuje, co jest po prostu bezcenne <3 Dla was to chwilka, ale dla mnie szczery uśmiech ;* A więc zapraszam do czytania, komentowania i mam nadzieję, że nie zmartwię was tym rozdziałem :3
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Powoli otwieram oczy, a mój wzrok odzyskuje ostrość. Nie mam pojęcia gdzie jestem. Chłód okrąża całe moje ciało i próbuję się skupić. Próbuję sobie przypomnieć, co się wydarzyło. Nic jednak nie przychodzi mi do głowy. Nic nie pamiętam…

Dookoła panuje głęboka ciemność, tylko nade mną świeci maluteńka lampka. Słyszę kapanie wody i znaną mi już dobrze woń krwi. Nienawidzę jej. Przypomina mi o najgorszych chwilach w moim życiu. Wylosowanie do Igrzysk, śmierć niewinnych osób, w tym mojej siostry. Krótko mówiąc krew równa się Snow…

Dopiero teraz orientuję się, że siedzę na krześle, a ręce mam związane z tyłu oparcia. Sznurek boleśnie wrzyna mi się w dłonie, gdy próbuję się go pozbyć. Wcale nie krzyczę, aby ktoś mi pomógł. Nie wiem, dlaczego… Dlaczego zachowuję się tak spokojnie. Jakby związanie kogoś w ciemnym pomieszczeniu, w którym czuć krew było czymś całkiem normalnym.

Zastanawiam się, gdzie jest Peeta. Może on mógłby mi pomóc, ale i tak mnie pewnie nie usłyszy. Tylko… jak ja się tutaj dostałam? Kompletnie nic nie pamiętam i to mi nie daje spokoju.

Znów próbuję rozwiązać sznury, ocierając je o poręcz krzesła. Chociaż może trochę uda mi się je poluźnić, by tak mnie nie uwierały. Stękam z bólu i coraz bardziej się wierzgam. Nie, nic z tego… w rezultacie jeszcze bardziej rozbolały mnie nadgarstki. Świetnie… nie dość, że mam blizny po okaleczaniu to będę miała jeszcze po węzłach…

Zaciskam powieki, odchylając głowę do tyłu, a światło bijące z małej lampki oblewa mi twarz. Bardzo szybko się męczę. Już zdecydowanie szybciej oddycham po mocowaniu z linami… i nawet wiem dlaczego. Dziecko…

-Witaj, Kotna- słyszę czyjś głos z kąta pomieszczenia. Momentalnie otwieram oczy, nie podnosząc głowy. A więc to on… To wszystko jego sprawka. Nie chcę nawet na niego patrzeć. Po tym, co mi zrobił nie chcę nic o nim słyszeć, a teraz jestem z nim w jednym pomieszczeniu. Nie… to nie może być prawda. Nie teraz… Już dość wycierpiałam, a on mi jeszcze to wszystko przypomina.

Schylam głowę do pionu i wpatruję się w kąt, zaciskając zęby. Widzę, jak się tam porusza. Pokój, jakby troszkę się rozjaśnił i sprawia wrażenie lochów. A może właśnie jestem w lochach? Przywiązana do krzesła, wśród zapachu krwi i kapania wody. Na pewno…

Ściany pomieszczenia wysadzane są obdrapanym już kamieniem. Dostrzegam w jednym miejscu napis „Mellark”, ale zakreślony. Później, w niewielkiej odległości od pierwszego „Peeta”, tyle że nad nim napisane krwią „kill”, co oznacza zabić. Wiem, że to on jest właścicielem tego dzieła. Bo kto inny może nienawidzić Peety bardziej od niego?

-Gale…- szepczę, nie odrywając wzroku od malowideł. Na dźwięk swojego imienia lekko się wzdryga i obraca w moją stronę. Powoli wychodzi z cienia, a ja zamieram. Pierwsze, co rejestruje mój mózg to wielki i ostry nóż w jego prawej ręce, a drugie to krew… Krew na jego rękach, ubraniu, twarzy, wszędzie. Momentalnie robi mi się niedobrze, ale powstrzymuję się od wymiotów.

-Jak dawno nie usłyszałem twojego głosu- mówi, krzyżując ręce na klatce piersiowej i podnosząc jedną brew.

-I więcej go nie usłyszysz- zaczynam dygotać, choć nie chcę okazywać mu słabości. Muszę udowodnić, że jestem silniejsza, niż mu się wydaje.

-A gdzie kochaś, co? Zostawił cię? W tak ważnym i kulminacyjnym momencie?- zaczyna się śmiać, a ja zauważam kolejne malowidła za jego plecami. Obsesyjne pisanie przekreślonego „Mellark” i to w dodatku krwią z pewnością nie jest normalne.

-Gdzie on jest?! Co mu zrobiłeś, do cholery?!-krzyczę, wierzgając się na krześle.

-Spokojnie, Kotna. Jeszcze żyje, ale z ledwością- znów zaczyna się śmiać, obnażając swoje białe zęby. Teraz już wiem, że nienawidzę go tak, jak Snowa. Gapię się na niego z pode łba, jeszcze bardziej przygryzając wargę.

-Co?! Zostaw go w spokoju! On nie jest niczemu winien!

-Och, ależ jest. Wasza „udawana” miłość wcale nie była udawana- wyjaśnia, przeczesując dłonią włosy, na których zostają czerwone ślady- A to wszystko jego wina. Przez co poniósł już karę.

-Co mu zrobiłeś?! Gadaj!- szarpię się, a on tylko patrzy na mnie z pobłażliwością. Wie, że jestem teraz pod jego kontrolą, ale ja nie dam się tak łatwo. Weźmie mnie martwą, albo wcale.

-Można powiedzieć, że nie stanowi już zagrożenia- śmieje się, jak psychopata i gładzi nóż palcem. Co? Peeta nie stanowi już zagrożenia? Czyli… Nie! To nie może dziać się naprawdę! On nie żyje… Nie mam już nikogo… Na samą myśl boli mnie serce. Nie mogę sobie wyobrazić świata bez niego. Bez jego namiętnych pocałunków, ciepłych ramion, które zawsze gotowe są obronić mnie przed złem… Zrozumiałam, jak bardzo był dla mnie ważny…

Wypełnia mnie nieopanowana furia, a łzy pieką mnie pod powiekami. On go zabił… a może wcale jeszcze nie? Może Peeta męczy się gdzieś w dalszej części lochów? Sam, torturowany, albo nawet gorzej… Muszę mu pomóc. Muszę…

-Dlaczego nie możesz znieść myśli, że ktoś inny może mnie kochać?!- coraz mocniej zaciskam zęby.

-Bo to ja cię kocham- podchodzi do mnie i zbliża swoje wargi do moich. Próbuję się odsunąć, lecz on już je muska, ale nie tak jak to robił Peeta. Nie tak delikatnie i zmysłowo. Gale całuje mnie brutalnie i dziko. Ja nic do niego nie czuję i dlatego w ogóle nie zaiskrzyło. A przynajmniej tak mi się wydaje.

Gale w końcu odrywa swoje wargi od moich całkiem usatysfakcjonowany. Lekko się uśmiecha, znów gładząc nóż.

-Ty podły draniu! Jak śmiesz po tym co mi zrobiłeś?! Po tym co zrobiłeś Prim!- wrzeszczę, a on wytrzeszcza oczy.

-Jak mnie nazwałaś?- zdecydowanie podchodzi i uderza mnie pięścią w twarz. Momentalnie krew ścieka mi z nosa, a pod okiem z pewnością będę miała wielkiego sińca. Na chwilę pojawiają mi się gwiazdy przed oczami, ale próbuję odzyskać świadomość. Cały czas na niego patrzę, a on złowrogo się śmieje.

-Dlaczego to zrobiłeś? Dlaczego ją zabiłeś?!- krew coraz mocniej kapie mi z nosa na spodnie, a on zaczyna powoli mnie okrążać.

-Powiedzmy, że po części chciałem się zemścić, a po części nie- chodzi wokół mnie, wciąż gładząc nóż- Myślałem, że jeśli ją zabiję to będę mógł cię pocieszać i się w jakiś sposób do siebie zbliżymy. A tymczasem ktoś zdradził mój świetny plan!- ciska nożem pomiędzy moje nogi i w ostatniej chwili zdążam je rozsunąć- Och, przepraszam, kochanie.

-Nie nazywaj mnie tak! Tylko Peeta może się tak do mnie odnosić!- krzyczę przez zaciśnięte zęby, a łzy w końcu spływają mi po policzkach. Myśl o śmierci Prim i w dodatku jeszcze Peety za dużo mnie kosztuje- Nienawidzę cię! Kiedy to w końcu zrozumiesz, co?! Nigdy cię nie pokocham!

-Ach, tak? No, dobrze. Skoro mnie nie, to już nikogo!- podchodzi w moim kierunku i uwalnia mnie z węzłów. Od razu masuję obolałe miejsca, a on jednym szarpnięciem strąca mnie z krzesła- Wstawaj! No, już!

Wycieram ręką krew spod nosa i powoli się podnoszę, zaciskając pięści. Nagle Gale rusza w moim kierunku i jednym ruchem przecina moje ramię nożem. Wyję z bólu, ale nadal jestem na nogach. Przykładam dłoń do rany, z której już zaczyna się sączyć krew. Spoglądam na niego gniewnie, a on znów uderza mnie w twarz, przez co już leżę na ziemi. Dyszę i nie mam już na nic siły. Gale mnie za chwilę wykończy.

Podbiega i kładzie się na mnie zupełnie tak, jak Clove podczas 74 Głodowych Igrzysk. Jego ciężar zupełnie mnie unieruchamia. Ból wypełnia całe moje ciało i po chwili z ledwością zdołam oddychać.

-Wiesz co, Kotna? Myślałem, że trochę dłużej się z tobą pobawię. No, ale trudno- przykłada nóż do mojego gardła, a ja cały czas z nienawiścią wpatruję mu się w oczy.

-Nie skrzywdzisz mnie! Nie skrzywdzisz nas!- wrzeszczę mu w twarz, spoglądając na brzuch.

-Ach, tak? Mellark miał zostać tatą? Słodko… Wielka szkoda, że jednak wasze plany nie wypalą- uśmiecha się i lekko przecina mi skórę na gardle. Wierzgam się, próbując uwolnić chociaż jedną rękę, ale nic z tego. Nie daję już rady i wiem, że za chwilę spotkam się z Prim. Łzy spływają mi po policzkach i zaciskam zęby.

-No cóż… trzeba było wybrać Hawthorne’a- tym razem wbija nóż w moje lewe ramię. Nie mam już na nic siły. Nie mam siły się bronić i z nim walczyć.

-Skoro mnie kochasz, to dlaczego tak mnie krzywdzisz?- jęczę, zagryzając wargę, by choć trochę stłumić ból.

Rozluźnia ucisk i po chwili mnie uwalnia. Zaczynam łapczywie wdychać powietrze, przyciskając dłoń do szyi. Pospiesznie wstaję, choć trudno mi utrzymać równowagę. Tyle myśli kłębi mi się w głowie. Prim, Peeta, Gale próbujący mnie zabić, ja cała we krwi…
Stoję z rozstawionymi nogami, zaciskając pięści. Cała obciekam krwią, a on zatrzymuje się parę metrów ode mnie odwrócony plecami. Może to dobry moment na ucieczkę? Ale przecież daleko nie dojdę w takim stanie.

-Nienawidzę cię- szepczę, zaciskając zęby. Chcę się na niego rzucić, ale z pewnością jest silniejszy i przede wszystkim uzbrojony.

-A ja cię kocham!- wrzeszczy, odwracając się i ciskając nożem w moim kierunku. Patrzę, jak broń przeszywa powietrze, a po chwili moją klatkę piersiową. Padam na ziemię i spoglądam, jak podłoga wokół mnie zaczyna zabarwiać się na czerwono. Martwa…